Выбрать главу

– Hej, dziewczyno! Zatańcz z nami!

Ulica wokół niej zawirowała.

Z trudem nadążała w biegu, usiłując wyrwać dłoń. Znalazła się na samym końcu korowodu, lecz po chwili ktoś uczepił się jej wolnej ręki spotniałymi paluchami. Bojąc się, że upadnie i zostanie rozdeptana, usiłowała naśladować ruchy tancerzy, uwzględniając ostre zakręty i nie wpadając na ścianę. W pewnym momencie łańcuch się rozerwał. Na dziewczynę nieomal wpadli biegnący z tyłu, udało jej się jednak zręcznie wywinąć i uciec, pozostawiając za plecami rozchichotany wąż.

Serce jej kołatało, pierś falowała gwałtownie, chwytała łapczywie powietrze. Włosy miała potargane, a cienkie trzewiczki pokryte błotem. Wsparłszy się dłonią o ścianę, zadrżała, ujrzawszy leżącą pod murem nieruchomą postać. Pokonując strach, zbliżyła się i zajrzała mu w twarz. Był to śpiący twardo pijak, brunet z wielkimi wąsami, które wznosiły się chwacko wraz z miarowym oddechem.

Odskoczyła od niego i poszła dalej. Jakiś chłopak podetknął jej pod nos solony precelek, lecz spojrzała na niego w taki sposób, że natychmiast się cofnął. Szeroką ulicą pędzili w obie strony jeźdźcy. Pomyślała o zabójczych końskich kopytach i nieostrożnych, pijanych pieszych.

Właśnie jeden z nich upadł pośrodku jezdni. Toria zmartwiała, widząc, że jeźdźcy wracają.

– Bokiem! – krzyknął ktoś rozkazująco.

Podkute kopyta zadudniły na bruku tuż obok głowy leżącego, lecz mądre zwierzęta, bez wątpienia mądrzejsze niż jeźdźcy, starały się nie potrącić nieszczęśnika i kawalkada pojechała dalej bez przeszkód.

Człowiek leżący na kamieniach nawet nie drgnął. Toria pokonała odrazę i zbliżyła się do niego.

Leżący był bardzo wysoki i barczysty. Jasne włosy zlepiły się na potylicy w kłąb czarnej, zakrzepłej krwi. Widocznie nie był to jego pierwszy upadek.

Czując bicie własnego serca, Toria przykucnęła i zajrzała w twarz, spoczywającą na bruku.

– Soll…

Nie odpowiadał. Twarz wyglądała jak gipsowa maska, poznaczona strugami łez.

– Soll – powtórzyła ze strachem – nie możesz tutaj być… Stratują… Słyszy mnie pan?

Bokiem przebiegał kolejny roztańczony korowód. Czyjaś stopa w ciężkim bucie trąciła plecy Egerta. Nie ruszył się. Chwyciła go za ramiona.

– Egercie… Obudź się! Zbudź się natychmiast!

Na końcu ulicy rozległ się tętent kopyt. Dźwignięcie rosłego mężczyzny okazało się dla niej niewykonalne. Zaciskając zęby, przewróciła go na plecy, potem na brzuch i znowu na plecy. Turlała go, jakby był ściętym pniem. Głowa ze zlepionymi strąkami jasnych włosów przewalała się bezwładnie.

Jeźdźcy przejechali przez miejsce, gdzie dopiero co leżał Egert, krzesząc iskry spod kopyt. Toria poczuła od nich dym i wino. Wsparła bezwładne ciało o ścianę. Oczy miał otwarte, lecz puste, jakby przezierały martwo przez zajmującą się nim dziewczynę. Przestraszyła się, nie widziała bowiem jeszcze u nikogo czegoś podobnego.

– Soll – jęknęła z rozpaczą – proszę… Słyszysz mnie?

W matowych, nieruchomych źrenicach nie pojawił się nawet cień zrozumienia.

Walcząc ciągle ze strachem, spróbowała z innej beczki.

– Ach, tak?! Nie wiem zupełnie, dlaczego muszę zajmować się każdym napotkanym pijakiem?!

Pochyliła się nad jego twarzą, pragnąc wyczuć gęsty odór wina, lecz go nie było. Zrozumiała, że jest absolutnie trzeźwy.

Bardzo się tym stropiła. Najlepszym wyjściem wydawało się jej pobiec do ojca i prosić go o pomoc. Zrobiła nawet parę kroków, lecz w końcu zawróciła. Coś jej mówiło, że pozostawić teraz Egerta oznaczało skazać go na śmierć. Ojciec nie zdąży na czas, a tymczasem bezwładne ciało zdepczą rozbawione tłumy, a jutro służba miejska przyniesie do uniwersytetu jego zmasakrowane zwłoki.

Zbierając wszystkie siły, przycisnęła palce do jego skroni. Skóra była ciepła, krew zdawała się pulsować regularnie, miał więc szansę powrócić między żywych. Odetchnęła i, tak jak uczył ją ojciec, zaczęła kolistymi, zdecydowanymi ruchami masować jego karki potylicę. Jego nieruchomy wzrok przerażał, powtarzała więc drżącym głosem:

– Egercie… Obudź się. Ocknij się, proszę cię… Co zrobię, jeśli się nie obudzisz?

Palce jej drętwiały, a tymczasem oczy mężczyzny wciąż pozostawały martwe. Myśl o tym, że całkiem postradał zmysły, wywołała ciarki na jej plecach.

– Nie – mamrotała. – Tak nie można, nie można…

Wokół nich krążyły dziesiątki tupiących nóg. Ktoś zdzierał gardło, próbując przebić się ponad uliczny szum ze sprośnymi kupletami.

Toria była bliska płaczu, kiedy szeroko otwarte szaroniebieskie oczy nareszcie drgnęły. Powieki opadły i uniosły się ponownie. Soll spojrzał na nią z tępym zdumieniem.

– Soll – powiedziała szybko – musimy iść do domu. Słyszysz mnie?

Jego usta poruszały się bezgłośnie, wreszcie wyszeptał:

– Kim jesteś?

Zalała się zimnym potem. Czyżby wstrząs, przeżyty na placu kaźni, całkiem odebrał mu rozum?

– Toria – szepnęła niepewnie. – Nie poznajesz mnie?

Opuchnięte powieki znowu opadły.

– Gwiazdy – rzekł cicho – jak na niebie. Potrząsnęła go za ramię.

– Nie! Nie jesteśmy w niebie wśród gwiazd. Jestem Toria, córka dziekana. Oprzytomniej nareszcie, Egercie!

Ostatnie słowo utonęło w przeciągłym szlochaniu. Soll znowu otworzył oczy. Tym razem spojrzał ciepło i przytomnie.

– Nie zwariowałem, nie bój się, Torio… Masz gwiazdozbiór pieprzyków… na szyi.

Odruchowo przesunęła dłonią po swej szyi. Egert znowu poruszył wargami:

– Śpiewają…

Z oddali dochodziła nieskładna pijacka piosenka. Z najbliższego dachu słychać było dyszenie. Pijak, który dostał się tam niewiadomym sposobem, bawił się, dmuchając na chorągiewkę od wiatru.

– Jest noc? – spytał Egert.

Toria westchnęła.

– Tak. Dzisiaj był Dzień Wszelkiej Radości.

Oczy Solla zmętniały.

– Nie znalazłem go… i teraz nigdy nie znajdę.

– Tułacza? – zapytała szeptem.

Z trudem poruszył się, kiwając głową.

– Zjawi się znowu za rok – próbowała go pocieszyć.

Pokręcił głową.

– Cały rok… Nie przeżyję tego.

Nie było w tych słowach ani odrobiny przesady, czy kokieterii, lecz spokojna pewność.

– Soll – zreflektowała się Toria – musimy stąd iść. Wstań. Pójdziemy razem.

Kiwnął głową znów ociężale.

– Nie mogę. Zostanę tutaj. Idź sama.

– Tak nie można – mówiła, starając się, by brzmiało to spokojnie i łagodnie. – Nie można, Egercie. Zadepczą cię tutaj. Spróbuj się podnieść…

– Ale ja naprawdę nie mogę – oznajmił ze zdziwieniem. – Żuk bez skrzydeł – dodał bez namysłu. – Nie miał skrzydeł. Nie można naprawić mu nóżki. Nie wychodzi mi, mamo… Dlaczego się nie udało? Widocznie martwi… nie chodzą. Nie ma odwrotu!

Jego oczy znów się zamgliły. Toria w panice zaczęła potrząsać jego bezwładne ramiona.

– Jesteś żywy! Żywy, Egercie! Wstań!

– Toria – zaszeptał nieprzytomnie. – Toria… Tak ci na imię. Jestem żywy. Nie o to chodzi, Torio…

Wyciągnął przed siebie dłonie złożone w łódeczkę.

– To jak motyl, który sam mi usiadł na dłoni. Jak dar losu. Jedyny raz w całym moim życiu. Zabiłem go, Torio. W Kawarrenie go… zabiłem. I zabiłem siebie, ponieważ…

Rozwarł palce, jakby przesypywał niewidzialny piasek.

– Straciłem wtedy… Torio…

Bezsilnie odchylił się do tyłu.

Patrzyła na niego uważnie, nie wiedząc, co powiedzieć.

– To naprawdę ty? – zapytał szeptem. – Czy tylko przywidzenie?