Выбрать главу

Wystraszyła się.

– To naprawdę ja.

Niepewnie wyciągnął dłoń i delikatnie musnął jej policzek.

– Nigdy niczego tak naprawdę nie miałem. Żebrak Soll. Niebo puste, bez jednej gwiazdki… Niczego prawdziwego. Tylko jedna Toria… Poza tym niczego. Droga nagrzana słońcem… Idę nią samotnie. Nie mam po co żyć. Jestem już… po drugiej stronie. Dziękuję, że mogłem cię zobaczyć.

Jego dłoń opadła.

– Dziękuję, kochana Torio.

– Soll – wyszeptała z przerażeniem.

– Tak mi ciężko – oznajmił, znowu opuszczając powieki. – Gwiazdozbiór pieprzyków… Taką cię zobaczyłem. Jak nigdy w życiu. Wybacz mi…

Zadrżał i otworzył oczy.

– Torio… Plac morderców. Mordercy na pieńku, mordercy w tłumie i ja także jestem mordercą… Głowy, oczy, zęby, usta… Dlaczego nikt nie chce… skrócić mojej męki?!

Poderwał się, niemal wstając i znowu zmiękł, opadając z powrotem.

– Egercie – powiedziała głucho – nie powinieneś teraz o tym myśleć. Jeśli w tej chwili nie wstaniesz… nie wiem, co zrobię.

Rzeczywiście tego nie wiedziała.

– Odejdź – powiedział z zamkniętymi oczami. – Ulice nie są bezpieczne. Święto. Noc. Może będą chcieli… Jeśli cię napadną, nie zdołam cię obronić. Będę patrzeć bezsilnie. Nie zdołam pomóc. Uciekaj.

Uniósł powieki i Toria napotkała jego zrozpaczone, cierpiętnicze spojrzenie.

– Nie bój się o mnie! – krzyknęła, próbując opanować niespodziewane uczucie, ściskające jej gardło. – Dam sobie radę. Wstań!

Czy jej głos nabrał niezwykłej siły, czy też Egert zaczął w końcu dochodzić do siebie, w każdym razie z największym wysiłkiem udało się postawić do pionu jego ociężały korpus. Toria podstawiła kark i Egert położył rękę na jej ramieniu. Nawet przez grubą tkaninę sukienki czuła, że stara się być jej jak najmniejszym ciężarem.

– Śmiało – zachęciła go, próbując stanąć na wysokości zadania. – Trzymaj się, Soll… Chodźmy.

Było im trudniej iść, niż się spodziewała. Nogi Egerta były niemal bezwładne. Odpoczywając kilkakroć, wykrztusiła w końcu:

– Nie… nic z tego nie wyjdzie. Pójdę do uniwersytetu, wezwę pomoc…

Soll przysiadł na jezdni, ona także ledwie się trzymała na nogach. Czując się bardzo głupio, powtórzyła najbardziej sugestywnie, jak umiała:

– Postaram się szybko… To już niedaleko. Zaczekasz, tak?

Podniósł głowę. Zobaczyła jego oczy.

– Egercie – zapewniła go czym prędzej – nie zostawię cię tak. Zawołam ludzi, ojciec mi pomoże. Przysięgam, że cię nie zostawię…

Milczał z pochyloną głową.

– Oczywiście – rzucił w końcu cicho. – Idź.

Posiedziała chwilę przy nim, potem rzekła trzeźwo:

– Nie. Jednak pójdziemy sami. Trochę odpoczniemy i damy radę. Prawda?

Egert wziął ją za rękę, nie patrząc. Wzdrygnęła się, ale nie cofnęła dłoni.

Długo gładził palcami jej dłoń. Potem zacisnął palce, nie mocno, ale tak, że wyczuła pulsowanie jego krwi.

– Dziękuję… Nie zasłużyłem na to.

Zatrzymując się co pewien czas na odpoczynek, przedzierając się przez tłum podpitych świętujących, szli tak przez resztę nocy. Kiedy nastał mglisty poranek miasto nieco przycichło, wyglądając jak ogromny biesiadny stół z resztkami uczty. Rozwiał się dym pochodni, fajerwerków i petard, poranny wietrzyk szeleścił w stosach śmieci, pędził po zalanych winem jezdniach, wśród okruchów butelek, zerwanych wstęg i serpentyn, miotał wilgotną mgłą i aż do kości przenikał dwoje zmęczonych wędrowców.

Dotarli w końcu do łukowatego mostku nad kanałem. Po zmarszczonej powierzchni płynęła papierowa czapeczka z chwościkiem. Puste ulice i zasłonięte okna sprawiały wrażenie martwoty. Wokół nie było żywej duszy, tylko na samym środku mostka stał nieruchomo wysoki, zapatrzony w wodę człowiek.

– Już niedaleko – wychrypiała Toria, układając wygodniej rękę Solla na swym ramieniu. – Prawie jesteśmy na miejscu.

Egert wsparł się wolną dłonią o balustradę i stanął jak skamieniały.

Człowiek na moście odwrócił głowę. Toria ujrzała niemłodą twarz, pooraną bruzdami, o wielkich, jasnych oczach. Wydala się jej znajoma. Chwilę później zorientowała się, że widziała go w Kawarrenie, gdzie zamieszkiwał w gospodzie „Wspaniały Miecz”.

Tułacz stał nieruchomo, nie spuszczając z nich oczu, które były całkiem bez wyrazu. Tak, w każdym razie, odebrała je Toria.

– Egercie – powiedziała, poruszając z trudem wyschniętymi wargami – to przeznaczenie.

Wczepiony dłonią w balustradę Soll ruszył do przodu, lecz zatrzymał się, niezdolny uczynić nic więcej.

Tułacz odwrócił się do nich. W prawej dłoni trzymał garstkę małych kamyczków. Jeden poleciał po wodach kanału, pozostawiając na niej szerokie kręgi.

Soll milczał. Mijały minuty, a wraz z nimi kolejne kamyki wpadały do wody.

– Egercie – szepnęła Toria – spróbuj teraz… Zrób coś.

Zużywszy cały zapas, Tułacz rzucił przepraszające spojrzenie dwojgu zmęczonym przechodniom, po czym zszedł z mostu.

Dało się słyszeć świszczące westchnienie. Soll nabrał powietrza w płuca rozwierając posiniałe wargi.

W tym momencie dziewczyna odtrąciła jego rękę i pobiegła tak szybko, że dół jej sukienki załopotał niczym żagiel.

– Proszę pana! Proszę zaczekać!

Tułacz zatrzymał się, chociaż nie od razu. Odwrócił się i zapytał:

– Tak?

Była tak blisko niego, że mogłaby dotknąć wyciągniętą ręką wymyślnie zdobionej gardy jego szpady. Z trudem zniosła badawcze spojrzenie tamtego. Wypaliła prosto w jego pomarszczoną twarz:

– Jest ze mną… pewien człowiek. Chciałby… Musi z panem porozmawiać, to sprawa życia lub śmierci. Błagam, niech pan go wysłucha!

Wąskie wargi drgnęły lekko.

– Jest niemową?

– Słucham? – zmieszała się Toria.

Tułacz westchnął ciężko. Uśmiechnął się, lecz w taki sposób, że nie sprawił tym ulgi rozmówczyni.

– Czy ten człowiek jest niemową? Dlaczego przemawia pani w jego imieniu?

Toria obejrzała się bezradnie na Solla. Stał wciąż na moście, wczepiony dłonią w balustradę i sprawiał wrażenie, jakby zapomniał języka w gębie. Wiatr rozwiewał przybrudzone, białe kudły.

– Egercie! – zawołała Toria. – Weź się w garść! Powiedz… to, co chciałeś powiedzieć.

Soll patrzył na Tułacza jak mógłby schwytany w potrzask lisek patrzyć na kłusownika i nadal uparcie milczał.

Tułacz skłonił się lekko Torii i poszedł dalej. Wstrząśnięta absurdem całej sytuacji, ruszyła za nim, wołając jak nachalna żebraczka:

– Proszę pana! Proszę…

Chyba nawet chwyciła go za rękaw. Gotowa była paść na kolana, gdy Tułacz odwrócił się znowu i spytał ze zdziwieniem:

– O co chodzi?

– Proszę nie odchodzić – szepnęła, zdyszana. – On zaraz powie… powie.

– Tułacz zmierzył ją przenikliwym spojrzeniem, aż zadrżała, czując się, jakby przenikał ją na wskroś. Cienkie wargi znowu drgnęły w uśmieszku.

– No cóż… Być może ma pani rację. Być może.

Zawróciwszy, powolnym krokiem wszedł na most.

Egert stał wciąż w tym samym miejscu. Tułacz podszedł doń bardzo blisko, tak że jego oczy spotkały się z oczami wysokiego młodzieńca.

– Tak?

Egert przełknął gulę śliny, dławiącą gardło.

– Kawarren – odparł ledwie dosłyszalnie.

– Pamiętam – rzekł Tułacz z cierpliwym uśmiechem. – Ładne miasto… – I nagle zapytał ni stąd, ni zowąd: – Jak pan sądzi, czy losowanie przed egzekucją jest aktem miłosierdzia, czy też przeciwnie, okrucieństwa?

Soll zadrżał i zaszeptał z wysiłkiem: