– I jedno, i drugie… Nadzieja w nocy przed kaźnią… i wątpliwości… Udręka… Miotanie się między wiarą a rozpaczą. Potem znowu iluzja nadziei… Człowiek nie jest przez to gotów… umrzeć z godnością.
– Nie wszyscy potrafią umierać z godnością – stwierdził tamten. – Ale skąd pan to wszystko wie? Nie przeżył pan przecież nocy, czekając na egzekucję, więc skąd pan wie, czym są rozpacz i nadzieja?
– Zdaje mi się – rzekł Soll z westchnieniem – że sporo już wiem. Życie nauczyło mnie różnych rzeczy. Lecz pan na pewno lepiej wie… czym jest noc poprzedzająca egzekucję.
Stojąca obok Toria zamarła. Tułacz jakby się zdziwił.
– Tak? Wiem wiele rzeczy, to prawda. A pan jest pilnym uczniem, Soll.
Egert zadrżał na dźwięk swego nazwiska. Dotknął szramy dłonią.
– Czy można to… usunąć?
– Nie można – rzucił Tułacz, patrząc w wodę. – Ścięte głowy nie przyrastają z powrotem do karków. Tylko mały głuptas może próbować przykleić łapkę żuka, którą sam wcześniej – oderwał. Niektóre zaklęcia są także nieodwracalne. Będziesz musiał sam się z tym zmierzyć, Soll.
Nastała cisza. Kartonowa czapeczka, miotając się między brzegami kanału, namokła w końcu, rozmiękła i zaczęła tonąć.
– Tak myślałem – ponuro rzekł Soll.
Jego głos zabrzmiał w taki sposób, że wszystkie włosy Torii stanęły dęba.
– Egercie…
Skoczyła ku niemu i wczepiła się w jego ramię.
– Egercie, wszystko jeszcze… będzie dobrze. Nie trzeba… Chodźmy do domu. Jeszcze się przekonasz…
W tym momencie straciła panowanie nad sobą i gorzko zapłakała.
Soll, stojąc nad podziw twardo na nogach, podtrzymał ją ramieniem, tak więc teraz ona wsparła się na nim. Powoli, w milczeniu zaczęli odchodzić. Za plecami usłyszeli niegłośne:
– Chwileczkę…
Stanęli i odwrócili się.
Tułacz stał wsparty o balustradę i oglądał w zadumie noski swoich butów. Podniósł głowę i zmrużył oczy przed wschodzącym coraz wyżej słońcem.
– Zaklęcie jest nieodwracalne, lecz może być odrzucone… w szczególnych okolicznościach. Taka chwila zdarza się raz w życiu i przepuszczenie takiej okazji oznacza całkowitą stratę nadziei. Warunki są następujące…
Zarzucając szpadę do tyłu, wyszedł im na spotkanie. Egertowi wydało się na mgnienie oka, że Tułacz jest jego rówieśnikiem.
– Posłuchaj i zapamiętaj, Solclass="underline"
GDY PIERWSZA RZECZ W TWOJEJ DUSZY OKAŻE SIĘ OSTATNIA…
GDY PRZEJDZIESZ DROGĘ DO KOŃCA…
GDY NA PIĘĆ PYTAŃ PIĘĆ RAZY ODPOWIESZ: TAK…
Tułacz zamilkł. Dodał po chwili:
– Klątwa przestanie istnieć. Tylko nie popełnij błędu. Łatwo się pomylić, lecz pomyłka może cię drogo kosztować. Żegnajcie, drodzy państwo. I nie powtarzajcie starych błędów…
Woźny uniwersytecki przetarł oczy ze zdumienia, kiedy ujrzał wchodzących po schodach Solla z córką dziekana. Oboje byli bladzi jak para nieboszczyków, ledwie trzymali się na nogach, dlatego też podtrzymywali siebie nawzajem.
Część trzecia
Rozdział 7
Latem skalna pólka, stanowiąca podwórzec, rozpalała się jak żelazna patelnia i unosiło się nad nią rozedrgane powietrze. Wioska u podnóża góry rozpływała się w słonecznym blasku. Mistrz Orlan uśmiechał się tajemniczo. „Pozory… W znanym skrywa się nieznane, w wiedzy niewiedza i nie dowiercisz się do dna owej studni, choćbyś nie wiem jak się starał. Zresztą, po co ci dno? Pij z niej i bądź szczęśliwy”.
Mały Łujan nie od razu zrozumiał, o jakiej studni mówi nauczyciel. W domku na skale nie było żadnej studni. Wodę trzeba było nosić z dołu i było to bardzo ciężkie…
Natomiast w domku starego maga było chłodno nawet w największe upały, a stalowe skrzydło, przybite nad wejściem, chroniło mieszkańców od wrogiej napaści i chorób. Łujan dobrze wiedział, że tak będzie, dopóki żyje jego mistrz.
Dopóki żyje mistrz…
Dziekan oderwał wzrok od ognia buzującego w kominie. Jak zwykle po Dniu Wszelkiej Radości nastały szare, wilgotne, jesienne dni. Jego nauczyciel miał zwyczaj palić w kominku nawet w środku lata, uważając, że ogień sprzyja rozmyślaniom. Być może miał rację, lecz Łujan nie przejął od niego tego nawyku i latem jego komin pozostawał pusty i zimny.
Kto wie, jak ułożyłyby się jego dalsze losy, gdyby Orlan żył parę lat dłużej?
Mnóstwo błędów… Całe życie to zbiór pomyłek. Zawsze w przeczuciu nieszczęścia odczuwał charakterystyczny chłód w piersi. Tak samo było dzisiaj.
Obejrzał się. Jego córka siedziała na krawędzi biurka i jej oświetlona ogniem twarz zdawała się emanować srogością. Przypominała teraz inną kobietę, nie mniej piękną własną matkę. Dziekan potarł skroń w zamyśleniu, lecz złe przeczucie nie znikało. Za plecami Torii błyszczały w półmroku rozpalone oczy Egerta Solla.
Dziekan poruszył płonące polana i ogień zapłonął żywiej. Tak samo płonął ogień w domku na skale, a przy kominku stały dwa fotele z wysokimi oparciami, w jednym siedział starzec, w drugim zauroczony jego naukami chłopiec… Starzeję się, pomyślał z ironią. Coraz bardziej żyję przeszłością. Skąd jednak to dojmująco złe przeczucie?
– Pięć razy „tak” – po raz któryś wymamrotał Egert. – Kto zapyta pięć razy? I jak zdążyć z odpowiedziami?
Toria patrzyła na ojca z niemym żądaniem.
Odwrócił się. Nie on zadał zagadkę, nie musi więc znać odpowiedzi. Jemu także przydałaby się pomoc, lecz ten, który nie raz mu pomagał i doradzał, spoczął wiele dziesiątek lat temu w skalnym grobowcu pod wyrzeźbionym w kamieniu skrzydłem.
Ktoś zakołatał ostro do drzwi. Toria drgnęła, Egert odwrócił głowę, Łujan podniósł brwi ze zdziwieniem.
– Tak?
W półotwartych drzwiach pojawiła się koścista twarz Kajetana, a za nim widać było tłumek szepczących niespokojnie, przepychających się kolegów.
– Panie dziekanie – wykrztusił Lis – tam… na placu… Łasz!
Egert poczuł w żołądku lodowatą kulę.
Plac był jak zwykle przepełniony, lecz niezwyczajnie cichy. Wieża Łaszą miała szeroko otwarte wrota, z których wypływała gęsta chmura kadzidlanego dymu. Migały w tej gęstwie szare opończe, jednakże nikt ze wstrząśniętych niezwykłym wydarzeniem mieszczan nie mógł zobaczyć ich wyraźnie w spoistych jak wojłok, brązowych kłębach.
Grupka studentów przecinała tłum jak ostry nóż, którego ostrzem był dziekan Łujan. Egert szedł za nim, mając w uszach przymilny głos brata Fagirry: „Nadchodzi czas próby… dla wszystkich mieszkańców, Egercie. Jakiej konkretnie, dowiesz w chwili wyświecenia. Trzeba zdążyć pojednać się z Łaszem, zanim nadejdzie… to, co nieuniknione. Przeżyjesz to z nami, podczas gdy inni zginą marnie…”.
Ciężki, brązowy dym zaczął unosić się ku niebu. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą się kłębił, ukazał się pierścień złożony ze sług Łaszą, stojących do siebie plecami, twardo i nieruchomo jak ostrokół. Kaptury mieli nisko puszczone, twarze, więc były niewidoczne dla widzów, skryte za grubą tkaniną. Egert skrył się za czyimiś plecami, gdyż wydało mu się, że spod jednego z kapturów śledzą go bystre, uważne oczy.
– Co to za… – zaczęła z uśmieszkiem Toria, lecz w tym momencie przeciągły, raniący uszy dźwięk w jednej chwili zamknął usta wszystkim stojącym na placu.
W szarym kole opończy mignął ognistoczerwony kubrak znanego Egertowi karzełka. Zza pleców nieruchomych jak posągi zakonników wzbił się w górę snop dymu i wraz z nim wzbił się w powietrze sam Mistrz, jakby unosząc się na jego kłębach. Soll wiedział chyba, jako jeden z niewielu, że księżycowo blada, otoczona srebrną łuną włosów twarz, unosząca się nad zębatym murem kapturów, należy do przełożonego zakonu.