Выбрать главу

Ludzie na placu zaszeptali, poruszali i rozglądali się niespokojnie. Przeciągły dźwięk się powtórzył i znowu zapadła martwa cisza, nietypowa w tak ludnym miejscu. Ciężki dym unosił się ku niebu powoli, jakby niechętnie.

Pomiędzy szarymi opończami znowu mignęła czerwień. Karlik ze swoim rogiem także pojawił się na podwyższeniu. Poruszył ustami, a może tak się tylko Egertowi zdawało. Nagle nad ludzkimi głowami rozległ się potężny, huczący głos:

– NADCHODZI…

Egert zadrżał. „Nadchodzi czas próby…”

– PRZYGOTUJ… SWÓJ DOM… I SWOJE ŻYCIE…

„Trzeba zdążyć pojednać się…”

– CZAS PŁYNĄŁ… TERAZ MINĄŁ. RZEKA ŻYCIA WYSCHŁA. CZAS MINĄŁ… NADCHODZI KRES CZASU!

Ludzie milczeli, niczego nie pojmując.

– KRES CZASU – dudnił głos z trąby karła, przebijając się przez kłęby dymu. – ŁASZ WIDZI, ŻE NADSZEDŁ KONIEC WSZYSTKIEGO. JEST NA WYCIĄGNIĘCIE RĘKI. NIKT NIE ZNA DNIA ANI GODZINY! ŁASZ WIDZI WSZYSTKO… KONIEC ŚWIATA, KONIEC ŻYCIA, WIECZNY KRES CZASÓW… ŁASZ WIDZI WSZYSTKO!

Karzełek odjął trąbę od wykrzywionych ust i splunął obficie.

– To koniec! – rozległ się wysoki krzyk Mistrza. – Przesypał się piasek w klepsydrach… Koniec!

Jak na komendę szarzy mnisi jednocześnie poruszyli rękami. Załopotały szerokie rękawy, a niektórzy najbliżej stojący poczuli na twarzach chłodny powiew, jakby z piwnicznej krypty.

– Koniec – zaskrzeczały kaptury. – Koniec…

Znowu wzbił się dym, tym razem czarny, jak od pożaru, przesłaniając postać Mistrza i purpurowego karzełka i mur szarych figur. Widowisko zrobiło na ludziach silne wrażenie. Egert usłyszał w pobliżu histeryczny, kobiecy krzyk:

– Oj, ludzie, ludzie, jakże to… Nie chcę, nie mogę!… Obejrzał się. Kobieta była brzemienna i przykładała na zmianę dłoń do zalanego łzami policzka i sporego, krągłego brzucha.

Grupa w szarych opończach skryła się bezszelestnie za bramą Wieży, która równie bezdźwięcznie się za nimi zamknęła. Spod dolnej szczeliny wciąż jeszcze wypełzały czarne smużki dymu, przypominające rozdrażnione węże.

Egert ucieszył się, jak nigdy dotąd, z towarzystwa dziekana. Pochwyciwszy pytający wzrok Torii, uśmiechnął się tylko blado, w sposób tyleż uspokajający, co zastanawiający. Twarz Torii mocno spochmurniała. Dziekan położył jej dłoń na ramieniu.

– Chodźmy…

Tłum rozchodził się powoli. Zaniepokojeni ludzie nie patrzyli na siebie, gdzieś tam płakał donośnie wystraszony dzieciak, wiele kobiet także krzywiło płaczliwie usta. Jakiś przygłuchy starzec chwytał otaczających za rękawy, usiłując dowiedzieć się, co obwieścili „ci w opończach”. Opędzali się od niego, jedni ponurzy, inni rozdrażnieni. Gdzieś rozległ się wymuszony, sztuczny śmiech.

– Też wymyślili! To chyba kpiny?

Nikt mu nie odpowiedział i chichot zamarł żałośnie.

Studenci tłoczyli się na progu uniwersytetu, między żmiją i małpką. Wszystkie spojrzenia zwróciły się na dziekana. Przeszedł między nimi bez słowa, potem przez zatłoczony korytarz, pozostawiając nieme zapytania bez odpowiedzi. Egert i Toria szli za nim.

Na dziedzińcu spotkali Lisa. Siedział na ramionach jakiegoś siłacza, trzymając przy ustach blaszany lejek i pokrzykiwał złowieszczo:

– Nadchodzi… Nadchodzi… Uuu…

Nadszedł dzień, gdy w fotelu jego mistrza zasiadł ktoś inny.

Chłopak słyszał niejeden raz od Orlana o Larcie Legiarze. Spotkanie z nim, kiedy pojawił się w domku na skale, mogło drogo kosztować małego, skoro nierozważnie omal nie zaczął magicznego pojedynku z nieproszonym gościem.

Samouwielbienie Łujana zostało tego dnia poważnie naruszone. Zmuszony był zdać się na wyrozumiałość silniejszego. Legiar bez wątpienia przewyższał w sztuce magicznej nie tylko czternastoletniego chłopca, ale wielu innych magów. Postanowił jednak oszczędzić przeciwnika, choćby z uwagi na jego młode lata. Chłopiec poddał się. Nagrodą za to była długa, początkowo trudna, lecz potem niezwykle zajmująca i pamiętna dla Łujana rozmowa.

Nad ranem długiej nocy wielki mag Legiar zaproponował, by chłopak poszedł za nim. Była to dla niego szansa odmiany losu i zdobycia nowego mistrza. Łujan to doceniał, a jednak odmówił spokojnie i w pełni świadomie. Nie byłoby mu łatwo zmienić nauczyciela, chociaż zostanie uczniem Larta byłoby dla niego wielkim zaszczytem.

Kiedy podrósł, wielekroć zapytywał sam siebie: czy było warto? Czy nie nazbyt drogo kosztowała go wierność mogile Orlana? Mając czternaście lat pozostał jedynie w towarzystwie mądrych, lecz bezdusznych ksiąg. Stał się magiem, lecz nigdy nie osiągnie wielkości.

Wiele lat przeżuwał w duszy tę gorycz. Ludzie nazywali go oficjalnie i między sobą „panem magiem” i „wielkim czarnoksiężnikiem”, nikt jednak nie domyślał się, że od czasu młodości aż do tej pory poczynił niewielkie postępy w sztuce magii.

Swoją drogą, nie stracił niczego, czego nauczył się pod stalowym skrzydłem Orlana. Stał się dość potężny, lecz nie sięgnął wyżyn. Zagłębił się w naukę, stal się znakomitym historykiem, lecz w sercu pozostały bolesne dwie zadry. Pierwszą była nieszczęsna matka Torii, druga dotyczyła nieosiągalnej wielkości.

Nigdy jeszcze tak bardzo jak dzisiaj nie żałował, że jej nie osiągnął. Zamknąwszy za sobą drzwi gabinetu, przestał jakiś czas pod stalowym skrzydłem, próbując zebrać myśli. Rozum podpowiadał mu, że nie ma powodu do niepokoju. Ludzie w szarych opończach zawsze lubili spektakularne efekty, a rzekomy „kres czasu” to kolejna pułapka na dusze obywateli, których pragną przyciągnąć do Wieży. Tak mówił rozum, lecz narastało w nim przeczucie nieszczęścia, a wiedział z doświadczenia, że może zaufać owemu odczuciu.

Znał je od dawna. Szczególnie mocno objawiło się tej nocy, kiedy pozostawił na pastwę losu ukochaną i znienawidzoną, dręczącą go i udręczoną kobietę. Zostawił ją wtedy, urażony jej pogardą.

Skrzydło rozpościerało się nad jego głową, jakby jednym zamachem mogło odpędzić niemiłe myśli. Postawszy jakiś czas przed wysoką szafą, zamkniętą na klucz i dla pewności zabezpieczoną zaklęciem, Łujan westchnął i otworzył oba zabezpieczenia.

Na czarnej, atłasowej poduszce spoczywała tam jaspisów a niewielka szkatułka, mniej więcej rozmiarów tabakiery. Dziekan wziął ją do ręki i otworzył wieczko bez żadnego wysiłku.

Na wyścielonym aksamitem dnie szkatułki spoczywał medalion ze szczerego złota i na złotym łańcuszku. Dziekan mimo woli wstrzymał oddech, gdy położył na dłoni połyskliwy krążek ze skomplikowanym wycięciem w środku. Zdawało się niezwykle prostą rzeczą spojrzeć przez nie na słońce, lecz mag zadrżał na samą myśl tego rodzaju, fest powiernikiem, ale nie panem…

Drugi raz w życiu spotkał Larta Legiara, kiedy sam już był szanowanym magiem i dziekanem uniwersytetu.

Łujan wiedział już wtedy o Trzeciej Sile, dobijającej się do Wrót Wszechświata i Odźwiernym, który nie zgodził się odsunąć zasuwy i wpuścić jej do naszego świata. Rola Larta w tej sprawie była okryta tajemnicą Dziekan zadrżał, ujrzawszy twarz swego gościa. Wielki Legiar mocno postarzał się i twarz jego żłobiły bruzdy, jakich wcześniej nie było. Jedno oko zdawało się ślepe, za to drugie było jak poprzednio przenikliwe i prześmiewcze.

– Świat pozostał, jaki jest – oznajmił zamiast przywitania.

– Za to my się zmieniamy – odparł Łujan, starając się przeniknąć zamiary gościa.

Jakiś czas przyglądali się sobie. Łujana dręczyły liczne pytania o obcą Siłę, która chciał wedrzeć się do tego świata, o los Odźwiernego i o przeznaczenie Legiara, milczał jednak, dobrze wiedząc, że o nic nie zapyta.