– Nie – rzeki w końcu Legiar z westchnieniem. – Ty się prawie nie zmieniłeś.
Łujan domyślał się, co jego gość ma na myśli, uśmiechnął się więc, pragnąc ukryć przykrość.
– No cóż… Im mniej na tym świecie wielkich magów, tym rzadziej się ze sobą spotykają, ale zarazem łatwiej żyć nam, magom całkiem zwyczajnym…
Legiar uniósł brew ze zdziwieniem.
– Zapanowałeś nad swoją pychą? Po naszym pierwszym spotkaniu byłem prawie pewien, że to niemożliwe… Czy może udajesz?
– Nie wszystkim dano wielkość” – oświadczy! Łujan beznamiętnie.
– Lecz tobie była dana – sprzeciwił się Legiar. Zamilkli na chwilę. Łujan spochmurniał i zerknął na tamtego z ledwie widocznym wyrzutem.
– Pozostałem uczniem Orlana. Myślę, że by to zrozumiał.
Jednooki mag uśmiechnął się.
– On by to zrozumiał… Z czego wnosisz, że ja tego nie rozumiem?
Znowu zapadła cisza. Legiar z ciekawością przeglądał półki z książkami. Łujan mu w tym nie przeszkadzał i czekał cierpliwie na ciąg dalszy rozmowy.
– Zrobiłeś postępy…
Lart odwrócił się do niego i strzepnął z palców książkowy pył.
– Postępy w nauce. Lecz przyszedłem do ciebie nie jako do uczonego i dziekana, a nawet nie jak do maga… Przyszedłem do ciebie, jako do ucznia Orlana.
Łujan nie spuszczał oczu ze swego gościa. Jego martwa źrenica błyszczała niczym kawałek lodu.
– Jako do ucznia Orlana… Spójrz.
Na dłoni Legiara pojawił się złoty krążek ze skomplikowanym wycięciem pośrodku. Takiż łańcuch zwieszał się między palcami. Na podłodze migotał jasny poblask.
– To Amulet Wieszczbiarza – wyjaśnił spokojnie Legiar. – Znana jest jego moc, lecz wszystkich jego właściwości nikt do końca nie poznał. Od czasu, gdy zginął jego właściciel, prorok imieniem Orwin, amulet został osierocony i sam winien wybrać nowego pana… nowego wieszczbiarza. Ten, kto go znajdzie, będzie miał możność spoglądać w przyszłość, lecz tylko w przypadku, jeśli artefakt sam go wybierze. Głupca, który zapragnie posługiwać się nim bezprawnie, medalion po prostu zabije. Złoto nie zna litości. Nie mogę oddać go żadnemu magowi, gdyż zaczną mnie dręczyć wątpliwości, rozmaite podejrzenia, zawiść… W dłoniach zwykłego człeka amulet jest bezużyteczny. Co czynić?
Zmrużył powieki. Żywe oko zwęziło się w wąską szczelinę, martwe zdawało się błyskać figlarnie.
– Przyniosłem go tobie, Łujanie. Jesteś uczniem Orlana. Obce mu były wszelka chełpliwość i pycha… Był bardzo mądry, mądrzejszy od nas wszystkich, wciąż jeszcze żyjących. Niedługo był twoim mentorem, lecz pozostawił w twej duszy wyraźny ślad, który dostrzegam… Przyniósłbym gojeniu, lecz go już nie ma. Weź go i ukryj, zgoda?
Łujan wziął zloty medalion, który okazał się ciepły jak żywa istota.
– Co powinienem zrobić? – usłyszał własny głos.
Legiar uśmiechnął się lekko.
– Nic. Ukryć i chronić. Sam wybierze swego pana, nie musisz mu w tym pomagać. I spoglądaj na niego od czasu do czasu, czy nie zaczyna rdzewieć… Wiem, że jest złoty. Jeśli zacznie pokrywać się rdzą, będzie to oznaczało niebezpieczeństwo dla świata. Tak twierdził Pierwszy Wieszczbiarz i widziały niebiosa, że staruszek miał rację…
Kącik wąskich ust wielkiego maga drgnął spazmatycznie.
Już wychodząc, odwrócił się jeszcze na progu.
– Jak widzisz, jestem już stary. Większość z nas postarzała się, nie doczekawszy się następców. Jesteś szczęściarzem, że masz ten swój uniwersytet. Gdzieś po świecie błądzi jeszcze nowa, niespełniona do końca nadzieja: były Odźwierny, o którym nie wiem, kim się stal. Dobrze schowaj medalion… i żegnaj.
Odszedł. Łujan nigdy więcej go nie spotkał. Tamta wizyta zaowocowała jednak dziełem jego życia, historią wielkich magów.
Medalion spoczywał wdzięcznie na otwartej dłoni. Dziekan podniósł go do światła i obejrzał ze wszystkich stron. Rdzy nie było. Ani jednej plamki. A jednak złe przeczucie wciąż narastało w nim niczym bolesny, jątrzący się wrzód.
Minęło półtora tygodnia od objawienia o Kresie Czasu. Wieża Łasza parę razy dziennie wydawała przeciągły jęk, mrożący krew w żyłach spokojnych obywateli. Z wąskich okienek wzbijał się gęsty dym. Żaden z zakapturzonych nie pojawił się w mieście. Mieszczan dręczyła trwoga.
Zapotrzebowanie na napoje wyskokowe wzrosło dziesięciokrotnie. O tym, że chmiel przepędza niewesołe myśli i przytępia strach wiadomo było, jak się okazało, nie tylko Sollowi. Żony czekały na mężów we łzach i lęku, ci zaś powracali do domu na czworakach i oświadczali bełkotliwie, że koniec czasów się zbliża. Dzielnice rzemieślnicze i handlowe pogrążały się sukcesywnie w pijaństwie. W dzielnicy arystokracji na razie panował porządek, lecz i tutaj można było spotkać podpitego lokaja lub spadającego z kozła stangreta. Wysokie okna rezydencji bogaczy były dokładnie zasłonięte i któż mógł wiedzieć, co się działo za ciężkimi kotarami. Sporo mieszkańców, mających krewnych na przedmieściach lub w okolicznych wioskach, uznało za właściwe złożyć im długie wizyty. Codziennie z miejskiej bramy wyjeżdżał sznur wozów zapełnionych rozmaitym dobytkiem.
Karczmy kwitły. Zarówno świeżo warzone, jak i dawno odstałe w beczkach trunki szły jak woda. Jeśli jednak w większości tawern pito, by zagłuszyć strach, w studenckiej „Jednookiej Musze” panowała nieskrępowana, niewymuszona uciecha.
Lis święcił wielkie triumfy. Dziesiątki razy parodiował zakapturzonych albo nawet samego Mistrza, czyli karła z rogiem. Dziwny dźwięk, jaki wydawał ów instrument, w wykonaniu rudzielca brzmiał wielce rubasznie i nieprzystojnie. Studenci oklaskiwali go, rozparci na ławach. Tylko jeden Egert nie brał udziału w powszechnej zabawie.
Jak zwykle skryty w kącie, z trudem mieszcząc pod ławą długie nogi, żłobił drewniany blat czubkiem tępego noża. Wargi poruszały się bezdźwięcznie, jakby układając się do słowa „tak”. Stojący przed nim kielich z winem pozostawał prawie nienaruszony.
Musi przejść drogę do końca. Pierwsza rzecz w jego duszy musi się okazać ostatnią… Co jest pierwszym w jego duszy? Czyżby bezustanny strach? Tak wiec, aby się wyzwolić spod brzemienia klątwy, trzeba przede wszystkim wyzwolić się od strachu. To jednak błędne koło. Żeby się nie bać, trzeba przestać się bać… Lecz jeśli najważniejszą rzeczą nie jest strach, to co w takim razie?
Westchnął. Krążył w kółko jak koń w kieracie. Najważniejsze dla niego było tchórzostwo lub pragnienie pozbycia się go. Nic innego nie przychodziło mu póki co do głowy.
Długi stół zakołysał się, kiedy ktoś się do niego przysiadł. Soll podniósł głowę nie od razu. Nieliczni koledzy zostawiali rozbawioną kompanię, żeby we względnym spokoju wypić wino, zakąszając rumianym pierożkiem. Lis, nieco już zmęczony swymi wygłupami, kontynuował je na życzenie rozbawionej publiki. W ogólnym śmiechu Egert usłyszał z boku cichy, lecz przenikliwy chichot.
Obejrzał się i spojrzał na siedzącego obok. W pierwszej chwili ten dobrze zbudowany młody człowiek wydał mu się nieznajomy, lecz zaraz potem zadrżał, rozpoznając Fagirrę.
Dotychczas nie pokazywał się w tej tawernie żaden zakapturzony. Odziany był skromnie i prosto, jak większość kolegów Solla. Pozbawiony złowieszczego kaptura wydawał się młodszy, niemal rówieśnikiem Egerta. Nic zatem dziwnego, że nikt nie zwrócił nań szczególnej uwagi. Pociągając jakiś napój z wysokiego kielicha, spoglądał przyjaźnie na osłupiałego Solla. Tatuaż gildii szermierzy był ledwo widoczny pod mankietem koszuli.
Egert nie wpadł na nic lepszego, jak wziąć swój kielich i także pociągnąć spory łyk. Fagirra uśmiechnął się.