Выбрать главу

– Witaj, przyjacielu. Na początek chcę powiedzieć, że miło mi widzieć cię zdrowego i całego.

Soll wymamrotał niewyraźnie powitanie. Lis, otoczony grupką wielbicieli, nadal wykpiwał zakon Łasza. Studenci śmiali się.

Fagirra przysłuchiwał się uważnie. Z jego twarzy nie znikał pobłażliwy uśmiech, podobny temu, z jakim stary nauczyciel przyjmuje błędne odpowiedzi niesfornego ucznia, przeliczając w myślach rózgi, jakie mu wymierzy. Egerta znowu strach obleciał.

– Widzę, że godziny spędzone nad księgami nie dodały młodzieży mądrości – rzekł z westchnieniem Fagirra. – A tymczasem zbliża się termin…

– Jaki termin? – wyrwało się Egertowi, który zaraz się zreflektował. – Chciałem spytać: kiedy?

Fagirra znowu uśmiechnął się łagodnie.

– My wiemy, kiedy… Lecz wiedza o tym dostępna jest jedynie wtajemniczonym. Jesteś z nami, Egercie?

Soll zastygł. Chciał milcząco potwierdzić, pragnąc zadowolić mnicha, a jednocześnie kołatała mu się po głowie myśclass="underline" może to jedna z przepowiedzianych pięciu odpowiedzi? Być może zagadka Tułacza powiązana jest z zakonem Łasza?

– Co z tobą, Soll? – spytał tamten z wyrzutem. – Wahasz się? W obliczu ostatecznego Końca?

Lis zawinął się w pelerynę, uformował z jej skraju kaptur i przechadzał się tak po tawernie, ponuro kręcąc głową i wlepiając wzrok w powałę. Soll milczał.

Fagirra wzruszył ramionami, jakby chcąc powiedzieć: a to pech! Szybkim, niezauważalnym dla innych ruchem wyciągnął dłoń w stronę Solla.

– Siedź spokojnie, Soll. Nie ruszaj się, choćby nie wiem co…

Egert zerknął w bok. Mnich przytknął do jego żeber cienki sztylet z ciemną plamą na ostrzu.

Nie był pewien, kiedy ostatnio odczuwał tak dojmujący lęk. Nie zerwał się z wrzaskiem tylko dlatego, że nogi miał jak sparaliżowane.

– To nie będzie natychmiastowa śmierć – oświadczył spokojnie zakonnik. – Będzie długa, Egercie. Długa i, by tak rzec, nieprzyjemna. Wystarczy jedno ukłucie i niewielka ranka… Słuchasz mnie?

Soll siedział blady jak chusta, czując pulsowanie krwi w żyłach.

– Teraz uważaj, Egercie. Byłeś razem z dziekanem, kiedy usłyszał o Końcu Czasów?

Zdołał jedynie kiwnąć głową twierdząco, mając ściśnięte gardło.

– To dobrze. Co wtedy powiedział, co zrobił?

– Odszedł do swego gabinetu – wykrztusił Egert, przerażony sobą.

– A co robił w gabinecie?

Soll poczuł natychmiastową ulgę, skoro mógł przyznać się do niewiedzy.

– Co robił w gabinecie, Egercie?

Studenci tańczyli wokół Lisa wywijającego z gładkolicą Farri. Wśród tej wesołej zabawy zarówno świszczący głos mnicha, jak i zatrute ostrze wydawały się jakimś nonsensem.

– Nie wiem – szepnął Soll. – Nie widziałem.

– Prosiliśmy, byś patrzył i słuchał, pamiętasz?

Czubek sztyletu niemal przebijał materiał koszuli.

– Nikt tego nie widział. To było niewykonalne. Zamknął drzwi…

Fagirra westchnął ciężko.

– Źle, bardzo źle… Swoją drogą, czy pan dziekan otwierał kiedyś przy tobie swój sejf? Zamknięty na klucz i zaklęcie?

Pamięć Egerta podsunęła mu zdradliwy obrazek: dziekan podchodzący do jednej z zamkniętych szaf…

– Na klucz – rzucił, byle tylko coś powiedzieć.

– Widziałeś, co tam ukrywa?

Żaden z rozbawionych studentów nie zauważał sztyletu ani bladości kolegi. Lis objawił wszem i wobec, że musi udać się za potrzebą.

– Nie – wykrztusił Egert. – Nie widziałem.

Fagirra przestał się uśmiechać. Łaskawy wyraz znikł, zakonnik zmarszczył się srogo.

– Nieładnie się wykręcać. Mów konkretnie. Czy dziekan zamierza coś uczynić w związku z ogłoszeniem Końca?

Ciężkie drzwi wejściowe rąbnęły o ścianę. Studenci obejrzeli się ze zdziwieniem.

Najpierw pojawiła się w wejściu noga w ubłoconym bucie oficerskim, potem pozłacana garda szpady, a w końcu objawił się sam Karwer Ott z wielką szpadą u boku i dwoma gwardzistami z tyłu: Bonitorem i bezimiennym z wąsikiem.

W „Jednookiej Musze” dawno nie widziano takich gości, toteż wszyscy przyglądali im się bacznie. Fagirra przerwał wypytywanie i sposępniał. Karwer powiódł po studentach z lekka zamglonym okiem. Chociaż świeżo upieczony porucznik był mocno pijany, przed jego wzrokiem nie ukrył się skurczony w kącie Egert ani towarzyszący mu Fagirra.

– Ach! – zawołał radośnie. – To twoja dziewczyna?

Wszyscy milczeli. Karwer przeszedł przez izbę, tupiąc obcasami, i stanął przed nimi, nie dostrzegając ukrytego pod stołem sztyletu.

– Nie wiem tylko – podjął oficer, wodząc wzrokiem od jednego do drugiego – kto tutaj jest czyją dziewczyną? Boniforze – zwrócił się do przyjaciela – popatrz, jak tulą się do siebie…

Czknął głośno, po czym zwrócił się do drugiego towarzysza, który tym samym wreszcie zyskał miano.

– Dirku… Chyba weźmiemy ich obu? Co to dla nas…

Soll poczuł, jak zatrute ostrze odsunęło się od jego boku i odetchnął swobodniej.

– Hej, panowie ze szpadami!

Studenci zbili się w ciasną grupę, rzucając nieprzyjazne spojrzenia intruzom.

– Zgubiliście tu coś? Może pomóc?

Karwer zerknął z ukosa na bezbronnych żaków i splunął w ich stronę na deski podłogi. Ślina wylądował jednak na bucie wąsatego Dirka, który pospiesznie otarł go o cholewkę drugiego. Zabrzęczały ostrogi.

– Wstawaj, Soll – zażądał Bonifor. – Pożegnaj się z ukochanym. Już czas.

Egert dostrzegł kątem oka, że jadowite ostrze znika w metalowej pochewce, uczepionej łydki Fagirry. Miał ochotę uściskać trzech swoich prześladowców.

Karwer pochylił się i chwycił mocno za kołnierz Egerta. Zrobiło się małe zamieszanie, gdyż jednocześnie chcieli to uczynić także Dirk i Bonifor. Fagirra powoli wstał i usunął się w cień.

– Ej! ej, ej! – rozległy się ostrzegawcze okrzyki.

Studenci otoczyli ich zwartą grupą i zaczęli zadawać pytania:

– Soll, co to za jedni?…

– Jakie błyszczące guziki… Poobrywamy?

– Patrz, trzech na jednego i jeszcze zęby szczerzą!

– Dajcie Sollowi parę noży, niech nimi porzuca… Zaraz pogubią guziki!

Karwer chrząknął znacząco i położył dłoń na rękojeści szpady. Studenci trochę się cofnęli, lecz nie zamierzali uciekać.

W tym momencie Lis powrócił z ustronnego miejsca do tawerny w znakomitym nastroju. Przecisnął się między kolegami i ogarnąwszy wzrokiem trzech uzbrojonych intruzów, nastających na pobladłego Solla, w mig ocenił sytuację.

– Tatusiu! – pisnął, rzucając się Karwerowi na szyję.

Zrobiło się kolejne zamieszanie. Dirk i Bonifor zostawili w spokoju Egerta, wytrzeszczając zdumione oczy na rudego chłopaczka, szlochającego na piersi porucznika.

– Tatusiu… Dlaczego rzuciłeś moją mamę?

Wśród studentów rozległy się chichoty. Karwer nadaremnie starał się oderwać dłonie rudzielca od epoletów.

– Ty… ty… – dyszał, nie wiedząc, co powiedzieć.

Lis podskoczył i otoczył jego talię udami. Oficer ledwo utrzymał się na nogach. Kajetan czule chwycił go za uszy.

– Pamiętasz, jak ciągnąłeś moją mamusię na sianko?

– Zabierzcie go! – wrzasnął Karwer do towarzyszy.

– Wyrzekasz się mnie?! – zawył boleśnie rudy.

Zeskoczył na ziemię, wpijając w porucznika zrozpaczone, piwne oczy.

– Wyrzekasz się własnego syna?! Popatrz tylko na mnie… Wykapany tatuś! Ta sama wredna morda!

Studenci ryknęli śmiechem, nawet Soll uśmiechnął się blado. Dirk i Bonifor rozglądali się wokół niespokojnie rozlatanymi, zaczerwienionymi oczami.

Nagle, jakby olśniony, Lis skrzywił się podejrzliwie i zerknął na oficera spode łba.