Выбрать главу

– A może ty w ogóle nie umiesz robić dzieci?!

Opamiętawszy się w końcu, Karwer wyszarpnął szpadę. Studenci odskoczyli. Tylko Lis pozostał na miejscu. Chwycił za stojącą na stole pieprzniczkę i sypnął jej zawartością prosto w oczy gwardzisty.

Jego dziki wrzask sprowadził do świetlicy karczmarza, kucharza i wszystkich posługaczy. Spurpurowiały na twarzy Karwer, kaszlący i oślepiony, siadł z rozmachem na podłodze, usiłując oczyścić straszliwie piekące źrenice. Jego druhowie chwycili za broń, lecz w tym momencie posypały się na ich głowy ze wszystkich stron zydle, kufle, a nawet sprzęty kuchenne. Pozostawiając za sobą stosy zniszczonych mebli, odprowadzani kpinami i obelgami gwardziści opuścili plac boju, odgrażając się, że jeszcze tu wrócą.

Następnego dnia Toria wspięła się jak zwykle na drabinkę i zajrzała przez okrągłe okienko do auli, lecz nie zobaczyła Egerta Solla wśród studentów.

Przebiegła parę razy wzrokiem po rzędach ławek, posępniejąc. Nieobecność młodzieńca sprawiła jej przykrość. W końcu z katedry przemawiał właśnie jej ojciec! Zadumana zeszła na dół i obserwowała z roztargnieniem wyczyny kota, łowcy myszy. Później, dziwiąc się sobie samej, poszła do bursy.

Dobrze pamiętała drogę do tego pokoju. Dinar nie lubi!, żeby go odwiedzała, zapewne wstydził się skromności tego miejsca. Nie bacząc na to, odwiedzała go jednak, przysiadając na krawędzi stolika. Biedaczek wówczas zaczynał się krzątać, zbierać porozrzucane rzeczy i ścierać kurz z parapetu…

Westchnęła, wspominając narzeczonego. Podeszła do znajomych drzwi, czując się mocno niezręcznie. W zamknie tym pokoju panowała absolutna cisza, jakby nikogo tam nie było. Głupio to wygląda, pomyślała, zastukała i weszła do środka.

Egert siedział przy stole z opuszczoną nisko głową. Toria natychmiast zauważyła leżące przed nim kartki papieru i pióro upaćkane atramentem. Obejrzał się w stronę wchodzącego gościa i drgnął na jej widok. Potrącony jego dłonią kałamarz, upadł i rozlał swą zawartość.

Następna chwila zeszła im na wspólnym, milczącym ścieraniu śladów jego niezgrabności z blatu i podłogi. Spojrzenie Torii niechcący padło na gęsto zapisane kartki i mimowolnie przeczytała: „…i dlatego możemy wspominać o wszystkim, co się wydarzyło…”. Prędko odwróciła wzrok. Egert zauważył to i uśmiechnął się ze znużeniem.

– Nigdy nie pisałem listów.

– Powinieneś być na wykładzie – zauważyła oschle.

– Tak – przyznał z westchnieniem. – Muszę jednak… jeszcze dzisiaj… napisać do pewnej kobiety.

Jesienny wiatr świszczał za oknem, miotając i łomocząc niezamkniętą okiennicą. Dziewczyna dopiero teraz spostrzegła, że w pokoiku panuje szary półmrok.

– Tak – podjął Egert. – Postanowiłem wreszcie napisać do matki.

Wiatr przylepił do szyby żółty liść klonu, rozchodzący się promieniście jak słońce. Chwilę wisiał na szkle, potem oderwał się i pofrunął dalej.

– Nie wiedziałam… że masz matkę – powiedziała cicho i zaraz się zmieszała. – To znaczy… że ciągle żyje.

Egert spuścił oczy.

– Tak, żyje.

– To dobrze – wymamrotała, nie będąc w stanie wymyślić niczego lepszego.

Soll uśmiechnął się gorzko.

– Nie jestem dobrym synem. Z całą pewnością.

Za oknem znów zawył wicher i przeciąg poruszył papierami na stole.

– Wydaje mi się – rzekła Toria nieoczekiwanie dla samej siebie – że nawet złego syna matka kocha tak samo. Być może nawet mocniej…

Spojrzał na nią bystro i twarz mu się rozjaśniła.

– Prawda?

Nie wiedzieć czemu Toria wspomniała w tej chwili nieznajomego malca, szlochającego nad martwym wróblem. Miała wtedy czternaście lat. Zbliżyła się i wyjaśniła mu poważnie, że martwego ptaka należy zostawić w spokoju. Na pewno ptasi król ożywi w zaświatach swego poddanego. Ocierając zapłakane oczy, malec zapytał wtedy z taką samą, naiwną nadzieją: „Prawda?”.

Toria uśmiechnęła się do swych wspomnieli.

– Prawda.

O szyby zabębniły krople deszczu.

Za każdym razem, kiedy Toria wracała do domu z kolejną dziurą na pończoszce, jej matka kręciła milcząco głową i sięgała na półkę po pudło z przyborami do szycia. Córka z ciekawością zaglądała do tajemniczego wnętrza pudełka z kłębkami różnokolorowych nici i błyszczącymi zapasowymi guzikami. Matka wyciągała igłę z poduszeczki i brała się za robotę, co pewien czas przygryzając nić białymi ząbkami. Wkrótce na miejscu kompromitującej dziurki pojawiał się wyhaftowany czerwony żuczek w czarne ciapki. Pończochy panny po kilku tygodniach pstrzyły się takimi żuczkami, mniejszymi i większymi. Lubiła sobie wyobrażać, że ożywają i wędrują po łydkach, łaskocząc je łapkami…

A gdyby jej matka wciąż żyła? Gdyby ojciec jej wtedy nie wypuścił, zaparł się w drzwiach, zamknął je zaklęciem?

Ojciec i córka przeżyli wiele lat razem i przez cały ten czas nie ujrzała przy nim ani jednej kobiety. Ani jednej.

Wieża Łaszą odezwała się przenikliwym wyciem. Toria skrzywiła się niechętnie i zaniepokoiła, widząc zmianę, jaka zaszła na twarzy Egerta. Na pewno trudno jest żyć w ciągłym strachu.

– To nic – powiedziała trzeźwo. – Nie zwracaj na to uwagi. W te bzdury o końcu czasów wierzą tylko trumniarze… liczący na zysk.

Uśmiechnęła się z własnego żartu, lecz Egert nie odpowiedział tym samym. Między jego brwiami rysowała się głęboka, pionowa bruzda.

Dźwięk powtórzył się, przypominając jeszcze bardziej histeryczny jęk. Zauważyła, że Soll zaczai szczękać zębami. Odwróciła wzrok, on także starał się ukryć ten takt. Dłuższą chwilę starał się wziąć w garść. Czuła się niezręcznie, będąc świadkiem tej milczącej wałki.

Jakiś czas zastanawiała się, czy powinna się cicho oddalić, czy też zostać i udawać, że niczego nie widzi. Wieża wreszcie zamilkła, lecz on się nie uspokoił i szczęki chodziły mu nadal. Przytrzymał je w końcu dłonią. Toria wyszła bez słowa na korytarz, napełniła wodą z banki żelazny kubek i zaniosła go Sollowi.

Wypił, krztusząc się. Blada twarz poczerwieniała, z oczu pociekły łzy. Chcąc mu pomóc, dwa razy walnęła go po karku. Koszulę miał mokrą, jakby ktoś zlał go wiadrem wody.

– Wszystko będzie dobrze – wymamrotała, zmieszana. – Posłuchaj… Nie będzie żadnego Kresu Czasu. Nie bój się…

Wziął głęboki oddech i nagle zaczął mówić o wszystkim: o Fagirrze, o Mistrzu, obrzędzie w Wieży, obietnicach i pogróżkach, o tajnej misji… Toria wysłuchała go spokojnie do końca, nie przerywając. Opowiedział jeszcze o ostatnim spotkaniu z zakapturzonym i zamilkł.

Spojrzała mu prosto w oczy.

– To wszystko?

– Wszystko – przytaknął.

Milczała jakiś czas.

– Nie masz do mnie zaufania? – spytała potem cicho.

Uśmiechnął się niepewnie. Dziwne pytanie po tym wszystkim, co jej opowiedział!

– Powiedz mi całą prawdę – dodała ponuro.

Powiedział więc także o zatrutym sztylecie.

Znowu nastała długa chwila milczenia, chyba dziesięciominutowa, potem uniosła głowę.

– Nic mu nie powiedziałeś?

– Niczego przecież nie wiem – odparł znużonym głosem. – A gdybym wiedział, pewnie bym doniósł o tym dla świętego spokoju…

– Nie – zaprzeczyła, jakby zdumiona takim obrotem spraw. – Nie powiedziałbyś – dodała trochę bez przekonania.

– Widzisz, co się ze mną dzieje – przypomniał znacząco. – Nie jestem już sobą, lecz marną, tchórzliwą istotą…

– Mógłbyś spróbować to przełamać? – zapytała ostrożnie. – Spróbować przestać się bać?

Wzruszył ramionami.

– Spróbuj przestać mrugać powiekami.

Spróbowała, jakiś czas patrzyła w okno szeroko otwartymi oczami, jakby kogoś obserwowała, w końcu jednak nie wytrzymała i bezrozumnie zatrzepotała rzęsami.