Выбрать главу

– No widzisz – powiedział, patrząc w podłogę. – Jestem całkowicie poddany klątwie. Cały czas rozmyślam o tym, co w mojej duszy jest najważniejsze i co jest ostatnie… i kto zapyta pięć razy, żebym odpowiedział pięć razy „tak”.

Toria potarła skroń gestem podobnym do ojcowego.

– Nie mogę w to uwierzyć. A jeśli każą zrobić ci coś… okropnego? Nie zdołasz się sprzeciwić?

Uśmiechnął się krzywo.

– jeśli będę miał nóż na gardle…

– Lecz przecież nie jesteś podły? – mruknęła niepewnie. Nie odpowiedział. Na zlanym deszczem dziedzińcu trzepotał się wściekle wielki, czarny gawron.

Egert westchnął i z miną, jakby szedł na ścięcie opowiedział jej o dyliżansie i rozbójnikach, którzy zatrzymali pojazd w biały dzień pośrodku drogi.

Nastąpiła kolejna chwila ciszy. Spodziewał się, że panna po prostu wstanie i wyjdzie, lecz nie ruszyła się z miejsca.

– A gdyby – spytała drżącym głosem – a gdybym to była… ja?

Zakrył twarz dłońmi.

Długo spoglądała na niesforne kosmyki jasnych włosów, na atletyczny, lecz obecnie bezsilny tors, potem położyła mu dłoń na ramieniu.

Zamarł.

– Nie odpowiadasz za swoje postępki – stwierdziła z przekonaniem. – Jesteś jak chory… Trzeba znaleźć na to lekarstwo. Znajdziemy je…

Mówiła z wysiłkiem, niczym lekarz pocieszający konającego i mówiący mu o szybkim powrocie do zdrowia. Naprężony mięsień drgnął pod jej palcami, jakby lekko się rozluźniając. Zmiana ta była ledwie wyczuwalna, lecz w następnym momencie Toria odczuła całą wiązkę jego emocji: nadziei, wdzięczności, pragnienia wiary. Nie zdejmując dłoni z ciepłego ramienia życzyła sobie w duchu, by jej wymuszone słowa okazały się jednak prawdą.

Drzwi otwarły się z trzaskiem. Do pokoju wszedł szeroko uśmiechnięty Lis, trzymający pod pachą parę książek.

Zmrużone, piwne oczka zatrzymały się na Egercie, przesunęły się potem na Torię i jej wyciągniętą dłoń. Trwali tak we troje jakiś czas, w końcu rudzielec otworzył szeroko oczy i usta, aby wreszcie wybełkotać nieskładne przeprosiny. Potem uciekł z pokoju, pozostawiając książki na podłodze.

Toria nie cofnęła dłoni. Odczekała, aż ścichnie w korytarzu tupot nóg Kajetana i powiedziała poważnie:

– Wiesz, co myślę? Klątwa będzie zdjęta, kiedy znajdziesz się w sytuacji bez wyjścia i zwyciężysz… Czy nie to miał na myśli Tułacz, mówiąc: „przejdziesz drogę do końca”?

Egert nie odpowiedział.

Skończyły się dni deszczowe i jesienne słońce zaczęło jasno świecić, dzięki czemu mieszczanom poprawiły się trochę humory. „Nie będzie końca świata – mówili do siebie, wychodząc rankiem na ganek – przeciwnie: świat staje się piękniejszy”.

Wieża Łasza sterczała nad głównym placem niczym grożący palec. Wydawało się, że ostatnio skurczyła się i zwiotczała jak paluszek staruszka. Na placu wokół niej było pusto. Większość ludzi starała się obejść ją szerokim lukiem, tym bardziej, że dym z okienek walił wciąż coraz gęstszy, niepokojące dźwięki dochodziły coraz częściej, a przypadkowi przechodnie, którzy znaleźli się w pobliżu późną nocą, zapewniali znajomych, że słyszeli jakiś straszny, podziemny ryk.

Władze miejskie milczały i najwidoczniej nie zamierzały niczego przedsięwziąć. Wśród studentów nadal należało do dobrego tonu kpić sobie z zakonu kasza. Lis wspominał przy takich okazjach swą starą, głupią nianię, która panicznie bała się ducha apteki, jakim straszyli ją jego starsi bracia. Zajęcia odbywały się jak gdyby nigdy nic i tylko paru przestraszonych chłopaczków pod różnymi pretekstami wyjechało do domu.

– Ojciec się niepokoi – oznajmiła pewnego dnia Toria.

Siedzieli późnym wieczorem w bibliotece, przy świetle jedynej świeczki, stojącej na wózku bibliotecznym.

– Nie pokazuje tego po sobie, ale znam go. Denerwuje go ten cały Łasz.

Świeca roniła krople wosku.

– Łasz – powtórzył ledwie słyszalnie Egert. – Kiedy poszukiwaliście w Kawarrenie jakichś rękopisów… mówiłaś, że zakon został stworzony przez jakiegoś szalonego maga?

– Święte Widziadło – szepnęła Toria. – Uważa się, że ów mag stał się po śmierci Świętym Widziadłem. Niczego jednak nie wiadomo dokładnie. Ojciec prosił, żeby Dinar się tym zajął. Niczego jednak nie znaleźliśmy! Absolutnie niczego… To było przed wiekami. Wszelkie rękopisy, dotyczące historii kasza zaginęły, jakby ktoś usuwał je specjalnie…

– Oni powiadają, że to tajemnica – odparł z ponurym uśmiechem. – Faktycznie potrafią ją chronić.

Toria myślała o czymś przez chwilę, potem przyznała niechętnie:

– W swoim czasie namawiali do czegoś ojca. Proponowali mu… nie wiem, co. Współpracę? Pieniądze? Władzę? Odmówił im kilkakrotnie. Ale teraz… bardzo się niepokoi. Czeka na coś, chociaż, nie wie, czego ma oczekiwać.

Soll zdziwił się.

– Czyżby?… Przecież magowie znają, a przynajmniej powinni znać, rozmaite tajemnice… także tajemnice przyszłości?

Torii wydało się, że w słowach tych pobrzękuje powątpiewanie, co do mocy jej ojca. Urażona, potrząsnęła głową.

– Co ty wiesz! Tak, ojciec ma wielką wiedzę… niepojętą dla nas. Ale nie fest Wieszczbiarzem!

Egert uznał, że lepiej nie odpowiadać. Nie chciał się z nią spierać, a przy okazji wykazywać niewiedzą. Panna zawstydziła się swego wybuchu, wymamrotała więc pojednawczo:

– Rozumiesz… Przyszłość znana jest tylko Wieszczbiarzom. To specjalny dar nielicznych magów, dysponujących w dodatku Amuletem, który pojawił się na tym świecie za sprawą pierwszego Wieszczbiarza i od tej chwili przechodzi na kolejnych następców.

Nieco zdenerwowana nie mogła dobrać odpowiednich słów.

– Z ojca na syna? – spytał niepewnie Soll.

– Nie. Wieszczbiarze nie są związani pokrewieństwem. Na świecie może istnieć tylko jeden Wieszczbiarz. Gdy umiera, Amulet sam znajduje nowego. Magiczne przedmioty to po – trafią. To bardzo stary artefakt. Prawdę mówiąc, nie do końca wiem, co to jest.

Toria westchnęła głęboko.

Egert uniósł głowę, zdawało mu się bowiem, że poczuł na twarzy lekki magiczny podmuch od zapełniających półki skarbów wiedzy. Od dawna zamierzał wypytać Torię o życie czarnoksiężników, lecz obawiał się poruszyć tak trudny, dosyć przerażający go temat.

– A… gdzie jest obecny Wieszczbiarz? – spytał ostrożnie. – Ten, który posiada teraz Amulet?

Toria sposępniała.

– Nie ma Wieszczbiarza. Ostatni zmarł pół wieku temu i od tego czasu…

Znowu westchnęła.

– Bywa i tak. Zapewne nowy jeszcze się nie narodził.

Egert nic nie mówił, nie wiedząc, czy ma prawo pytać dalej. Ciekawość jednak przezwyciężyła obawę, tak więc w końcu podjął indagację.

– Co wiec teraz robi Amulet? Podróżuje, czy czeka na nowego pana ukryty przed ludźmi?

– Spoczywa w sejfie mego ojca – wyrwało się Torii, która zbyt późno ugryzła się w język.

Minęła dłuższa chwila. Egert patrzył na nią okrągłymi, pełnymi wyrzutu oczyma.

– Dlaczego… mi to… powiedziałaś?!

Doskonale zdawała sobie sprawę, ze popełniła błąd, próbowała więc rozładować sytuację zwykłą paplaniną.

– I jakie to ma znaczenie? – zapytała, oglądając uważnie fałdy na swojej sukience. – Przecież chyba nie doniesiesz o tym na zewnątrz, prawda?

Odwrócił twarz. Dobrze wiedziała, o co mu chodziło, on zaś wiedział, że ona wie.

Dziekan zerkał z ukosa na córkę, poprawiając pogrzebaczem trzeszczące na kominie polana.