– Ależ, droga pani! – zawołał Karwer, doskonale udając zmieszanie. – Nie mogę pojąć, co taką porządną panienkę łączy z… tym osobnikiem?
Usta porucznika skrzywiły się w wyrazie odrazy, kiedy zerknął na Solla.
– Przypominam, że zabił pani narzeczonego! Myślę, że już wtedy w głębi duszy był takim, jakim stał się teraz… Wie pani, kim?
– Proszę pozwolić nam przejść – powtórzyła, robiąc krok do przodu.
Karwer natychmiast usunął się z drogi.
– Proszę bardzo… Nawet nam przez myśl nie przeszło niepokoić w jakikolwiek sposób piękną córę dziekana, znanego maga… Ale ten człowiek, droga pani… Chce pani się dowiedzieć, kim naprawdę jest Egert Soll?
Egert nie odzywał się. Powoli docierało do niego, co się dzieje. Było to gorsze niż zatruty sztylet Fagirry. Czuł, że będzie musiał wypić do dna tę czarę goryczy.
Jakby czytając w jego myślach, Karwer błyskawicznie wydobył szpadę. Egert zobaczył klingę lśniącą w świetle latarni i poczuł, jak uginają się pod nim kolana.
– Odpowie pan za to – rzuciła Toria zdławionym głosem.
Karwer uniósł brew.
– Za co? Czyżbym robił coś złego? Panna może odejść lub zostać… W tym drugim przypadku zobaczy prawdziwą twarz swego, hm, przyjaciela.
Sztych jego szpady znalazł się blisko grdyki Solla.
Egert poczuł, że słabnie. Wrogi głos docierał do niego jakby przez szum młyńskiego koła. Był to szum krwi tętniącej w skroniach. Starając się przezwyciężyć strach, przypomniał sobie wypowiedziane kiedyś słowa: „Znajdziesz się w sytuacji bez wyjścia i zwyciężysz. Musisz przejść do końca swoją drogę… Czy nie to miał Tułacz na myśli?”
– Przykro mi z pani powodu – mówił dalej Karwer. – Okrutny los zetknął panią z człekiem, delikatnie mówiąc, niewiele wartym… Na kolana, Soll!
Egert zachwiał się. Toria wychwyciła jego spojrzenie. „Znajdziesz się w sytuacji bez wyjścia i zwyciężysz…” Wielkie nieba, jak można zwyciężyć spadającą z góry lawinę? W duszy Solla miotał się tchórzliwy człowieczek i młodzian czuł, że za chwilę opanuje go całkowicie.
– Słyszysz, Soll? – powtórzył z cicha Karwer. – Na kolana!
Toria patrzyła na niego. Czyżby myślała…
Nie mając odwagi myśleć dalej, padł w lepkie błoto pod nogami. Kolana same się ugięły i teraz miał przed oczyma przetarty pas oficerski i lśniące spodnie munduru.
– Widzi pani? – doszedł go z góry wzgardliwy głos. – Proszę go zapytać teraz o cokolwiek. Na pewno odpowie…
Egert nie widział Torii, lecz wyczuwał jej bolesne napięcie, rozterkę przemieszaną z nadzieją.
Ma więc nadzieję… Nie rozumie, że to niemożliwe. Niemożliwe pokonać klątwę Tułacza. Teraz ani nigdy.
Szpada drżała niecierpliwie w dłoni Karwera.
– Mów: jestem ostatnią szmatą…
– Egercie – odezwała się Toria z oddali, tonem pochodzącym z tamtego białego dnia, gdy stali przed wiecznie kwitnącym drzewkiem na grobie Pierwszego Wieszczbiarza.
– Jestem ostatnią szmatą – wydusił z siebie, z trudem poruszając spierzchniętymi wargami.
Karwer chrząknął z zadowoleniem.
– Słyszycie?! Powtarzaj za mną: jestem tchórzliwą suką…
– Egercie – powtórzyła ledwie dosłyszalnie.
– Jestem tchórzliwą suką – powtarzały samoistnie jego wargi.
Dirk i Bonifor buchnęli chichotem pełnym złośliwej uciechy.
– Powtarzaj, Solclass="underline" jestem ofermą i męską dziwką…
– Zostawcie go! – krzyknęła przeraźliwie Toria.
Karwer zdziwił się.
– Czemu się tak nim pani przejmuje? Tym… Przecież to prawda, że jest taki, zastaliśmy go w karczmie z kochasiem… Oczywiście nie wiedziała pani o tym?
Soll słyszał jej bezdźwięczne wołanie: pokonaj to, Eger cie, pokonaj klątwę…
Trzasnęły drzwi. Ponura kucharka poszła w stronę szopy, zwracając ku obecnym na podwórku ludziom, jak poprzednio, obojętne spojrzenie. Bawiąc się klingą, Karwer odczekał aż wróci do kuchni i zamknie za sobą drzwi, potem znowu zamachał szpadą przed nosem ofiary.
– Odpowiadaj, ofermo. Jesteś Egertem Sollem?
– Tak – wychrypiał.
– Jesteś dezerterem?
– Tak.
W tym momencie oblał się zimnym potem. Złamać zaklęcie… Pięć razy odpowiedzieć „tak”.
– Ty zabiłeś narzeczonego tej cudnej panny?
– Tak.
Toria drżała. Zgarbiony Soll wyczuwał, że także zrozumiała sytuację i chłonął jej gorączkowe, niecierpliwe oczekiwanie.
Karwer uśmiechnął się szeroko.
– Kochasz tę pannę, Egercie?
– Tak! – krzyknął po raz czwarty, czując jak szaleńczo trzepocze się jego serce.
Zdawało mu się, że słyszy ciężki oddech Torii. Niebiosa, dopomóżcie. Szansa ma być tylko jedna, kiedy pierwsze w duszy okaże się ostatnim… Czy to oznacza: odrzucić strach?
Podniósł głowę, oczekując na piąte pytanie. Napotkawszy jego wzrok, Karwer cofnął się bezwiednie, jakby ujrzał przed sobą widmo dawnego Egerta. Odstąpił na krok, badawczo spoglądając na ofiarę, dostrzegając jak drży na całym ciele. Uśmiechnął się z satysfakcją.
– Drżysz przede mną?
– Tak!
Zerwał się z kolan. Zdążył jeszcze dojrzeć zaskoczenie w oczach Karwera, poczuł za plecami poruszenie Torii, skoczył do przodu, zamierzając chwycić porucznika za gardło. Tamten prędko zasłonił się klingą. Egert wyciągnął rękę, żeby odtrącić ostrze i w tym momencie przypływ okropnego, mdlącego strachu zamienił go na powrót w roztrzęsione, przerażone stworzonko.
Nogi ugięły się pod nim i przysiadł na ziemi. Drżącymi palcami dotknął policzka. Szrama pozostała na swoim miejscu, podobnie jak zżerający duszę lęk.
Latarnia kołysała się, skrzypiąc. Egert czuł, jak nogi mu marzną w lodowatej cieczy. Gdzieś z dachu ściekała woda. Kap… kap… kap… Toria zaszeptała coś bezradnie. Karwer, opamiętawszy się, zmrużył złośliwie powieki.
– No więc tak… Teraz okażesz tej pannie swoją miłość.
Zwrócił się teraz do swych towarzyszy.
– Boniforze… widzisz tę kózkę w zagrodzie? Właściciel na pewno się nie obrazi, jeśli przez chwilę się z nią zabawimy…
Wciąż jeszcze czepiał się resztek nadziei, powtarzając pod nosem kolejne „tak”. Bonitor otwierał tymczasem zagrodę. Toria, niczego nie pojmując, spoglądała po kolei na Bonifora, Karwera i wąsatego Dirka. Czarna kałuża połyskiwała tłustymi plamami na powierzchni.
Poczuł w sercu ostatnie drgnienie nadziei, które zaraz zamarło, ustępując miejsca poczuciu beznadziei. Wiedział, że Toria także to czuje. Ich oczy spotkały się.
– Uciekaj – szepnęła. – Proszę… uciekaj.
Stała wciąż nieruchomo, jakby nie była w stanie zrobić nawet kroku. Karwer chrząknął znacząco.
Chuda i brudna kózka najwyraźniej przywykła do złego traktowania. Nawet nie zabeczała, gdy Bonifor, klnąc pod nosem, rzucił ją pod nogi Karwera. Ten zaś chwycił za sznurek na szyi nieszczęsnego stworzenia i spojrzał współczująco na zmieszaną pannę.
– Słyszała pani, że on ją kocha?
Soll spoglądał na szary, podrygujący kozi ogonek. Nie zdarzy się żaden cud. Nie zdarzy. Strach pętał jego wolę i rozum. Zgubił sam siebie i stracił Torię… tułacz nie zostawia dróg ucieczki.
Karwer podetknął pyszczek kozy Egertowi.
– Oto odpowiednia para dla ciebie. Twoja nowa ukochana… Pocałuj ją!
Czy Toria nie rozumie, że powinna uciekać? Jaki sens dręczyć się tą ohydną sceną?
Z dwóch stron naparły na niego ostrza szpad Dirka i Boni fora.
– Popatrz, jaka ładna! Prześliczna! Całuj ją!
Odór zwierzęcia drażnił jego nozdrza.