– Słyszała pani, że on ją kocha? – dochodził z jakiejś dali stłumiony głos Karwera. – Uwierzyła mu pani? Przecież gotów jest zastąpić panią pierwszą napotkaną kózką!
– Dlaczego pierwszą napotkaną? – zaoponował Bonifor z teatralną emfazą. – Przecież to najśliczniejsza kózka w zagrodzie! Prawda, Soll?
– Jak wam nie wstyd…
Egert ledwie rozpoznał głos Torii.
– Nam ma być wstyd?! – oburzył się szczerze Karwer, w przeciwieństwie do Bonifora. – Nam a nie jemu?!
– Uciekaj! – błagał ją w myślach Egert.
Stalą wciąż obok. Czyżby lęk sparaliżował jej nogi? Chłodne ostrze znowu dotknęło szyi Egerta.
– No, co jest, Soll! Ogłaszam was mężem i żoną, ciebie i ukochaną kozę! Czekamy na noc poślubną!
Dirk i Bonifor, zachwyceni pomysłowością kolegi, odwrócili kozę ogonem do Egerta.
– Do dzieła! Masz na to pięć minut… Potem odejdziesz zdrów i cały ze swoją damą. Prawda, droga pani? Nie chce przecież pani wracać sama?
Zdawało się, że spadł deszcz, gdyż po splątanej koziej sierści ściekała woda. Egertowi zdrętwiały kolana. Wydało mu się teraz, że jest małym chłopcem, stojącym po kolana w rzece Kawie i spogląda na rosnące przy brzegu żółte kwiatki, potem próbuje je zerwać…
Drgnął z bólu, gdy Karwer przeciągnął ostrzem po jego uchu.
– Nad czym tak dumasz? Ostrze mej szpady może odciąć ucho, palec i wszystko, co zechcę… A może ty… już?! To prawda, że trzebią studentów, proszę pani?
Strach pozbawił Egerta zdolności myślenia i odczuwania. Z mowy Karwera pojął jedynie, że Toria wciąż jest tutaj. Po myślał z dziecięcą urazą: dlaczego?
Skrzypiąca lampa wciąż kołysała się na wietrze. Noc wydała się Torii gęsta jak smoła. Lepkie powietrze dławiło jej krtań, nie mogła więc wydobyć z niej krzyku ani nawet słowa. Powinna wzywać pomocy, dobijać się do najbliższych drzwi, pobiec do ojca… Szok jednak zamienił ją w bezsilnego, niemego świadka.
Koza szarpnęła się rozpaczliwie. Bonifor uniemożliwił jej ucieczkę, ściskając kolanami grzbiet zwierzęcia. Karwer musnął szpadą gardło ofiary.
– No, Soll?! Rozpinaj spodnie!
Ciemność gęstniała coraz bardziej, otaczając ze wszystkich stron Egerta. Zalała jego głowę i pierś, zakleiła uszy, wlała się do gardła, uniemożliwiając zaczerpnięcie powietrza. Przez chwilę poczuł się, jakby był żywcem pochowany w ziemi. Nie ma już góry ani dołu, tylko ziemia sypie się nań i dusi…
Potem zrobiło mu się lżej na duszy i ostatnim przebłyskiem świadomości pojął, że umiera. Dziękować niebiosom, że kona tak lekko, bez bólu. Przeklęty Tułacz nie wziął pod uwagę jednej rzeczy: Egert nie potrafił pokonać swego strachu, lecz nie może także przekroczyć pewnej granicy. Stąd śmierć… Dzięki niebiosom.
Upadł miękko twarzą w błotnistą maź, która okazała się ciepłą i miękką jak pierzyna. Jak dobrze. Wraz z nim odwróciła się też latarnia na ciemnym niebie. Karwer krzyczał i wymachiwał szpadą. Niech macha. Egerta już tutaj nie ma. Nareszcie.
Pochylili się we trzech nad leżącym. Nieszczęsna kózka odskoczyła i uciekła, becząc żałośnie.
– Soll! Nie udawaj, Soll!
Toria odepchnęła w dwie strony Dirka i Bonifora. Egert leżał na boku, a jego twarz znikała i pojawiała się w świetle rozkołysanej lampy.
– Odpowiecie za to – powiedziała zadziwiająco spokojnie. – Odpowiecie za wszystko… Zabiliście go, łotry!
– Ależ, droga pani… – wymamrotał zmieszany Bonifor.
Dirk cofnął się, Karwer schował szpadę do pochwy.
– Nie tknęliśmy go nawet palcem. Czym zawiniliśmy?
– Zapłacicie za to – syknęła przez zaciśnięte zęby. – Mój ojciec znajdzie was choćby pod ziemią,… Nie tylko w waszym parszywym Kawarrenie, ale nawet na końcu świata!
Dirk cofał się ciągle. Bonifor, zerkając na nieruchomego Solla i na Torię, poszedł za jego przykładem. Karwer speszył się mocno.
– Nigdy jeszcze nie spotkaliście prawdziwego maga – podjęła nieswoim, dziwnie stalowym głosem. – Lecz poznacie mego ojca, kiedy przyjdzie do was!
Karwer uniósł głowę i wtedy ujrzała strach w jego oczach, nie wywołany klątwą Tułacza, lecz zwyczajnym, głęboko skrywanym tchórzostwem.
Nie mogła się powstrzymać i plunęła im pod nogi. Już po chwili podwórze było puste, jeśli nie liczyć ciała spoczywającego na ziemi i plączącej nad nim, załamującej ręce kobiety.
Raz już płakała nad martwym, leżącym na ziemi człowiekiem. Teraz zdawało się jej, że przeżywa ten sam koszmar, śniony powtórnie. Znowu została całkiem sama, a krople deszczu ściekały po zastygłej twarzy Egerta. Miała nadzieję, że klątwa zostanie przezwyciężona przez jego szlachetność, lecz zaklęcie okazało się silniejsze od niego. Dlatego poniósł klęskę.
Siedziała w chłodnej mazi. Przeżyty przed chwilą wstrząs sparaliżował jej ręce, język i mózg. Nie próbowała przywrócić go do życia, wyczuć pulsu, nie nacierała mu skroni. Siedziała bezwładnie z opuszczonymi rękami, niezdolna nawet do płaczu.
Mogli powalić go na kolana, lecz nie zdołali ostatecznie upodlić. Sarni są w głębi duszy tchórzami, wywyższają się w cudzych oczach, poniżając tych, którzy są według nich słabsi. Nawet Tułaczowi nie wystarczy zaklęć na wszystkich nędzników. Egert leży teraz ze szramą przy ziemi i żadne pięciokrotne „tak” nie odmieni przeżytych przezeń okropności…
W końcu zapłakała.
Z mroku wyszedł zabłąkany, bezpański pies. Obwąchał leżącego i zajrzał współczująco w oczy dziewczyny. Toria szlochała dalej, unosząc twarz ku niebu, sprawiając, że krople deszczu mieszały się na jej policzkach ze łzami. Pies westchnął głęboko, unosząc chude żebra pod cienką skórą, pokręcił się chwilę i zniknął w ciemności.
Wiele lat minęło od czasu, gdy pogrzebano jej matkę. Na mogile Dinara dwukrotnie wyrosła i obeschła trawa. Wydaje się, że ten deszcz będzie padał wiecznie. Zwiędnie drzewo na grobie Pierwszego Wieszczbiarza, a Soll pozostał przeklęty na wieki. Dlaczego? Dlaczego ona mogła przebaczyć mu śmierć Dinara, a Tułacz nie wybaczył? Dlaczego klątwa jest nieodwracalna i jakim prawem ktoś oprócz niej ośmielił się go osądzać?!
Wydało się jej, że jego powieki lekko drgnęły. Może to tylko gra niepewnego światła? Pochyliła się nad nim i dotknęła nieśmiało. Soll poruszył się nieznacznie i z wysiłkiem uniósł powieki.
– Ty… tutaj?
Zadrżała, słysząc obcy, ponury ton w jego głosie. Patrzył na nią oczami stuletniego mędrca, nie zranionego młodzieńca.
– Płaczesz? Nie powinnaś… Wszystko dobrze. Teraz już wiem… jak się umiera. Nie takie to znowu straszne. Wszystko teraz będzie dobrze… Proszę cię…
Spróbował się podnieść, za trzecim razem zdołał usiąść, ona zaś mogła mu się rzucić na szyję.
– Taki jestem – powiedział smutno. – Taki… Dlaczego nie uciekłaś? Dlaczego przy mnie zostałaś? Czym na to zasłużyłem?
– Przysięgałeś – szepnęła – że zrzucisz…
– Tak – mamrotał, gładząc jej włosy – zrzucę. Na pewno. Tylko, jest taka sprawa, Tor… Jeśli mi się nie uda, zabijesz mnie, dobrze? To nic strasznego… Głupio mi prosie o to ciebie, ale nie mam nikogo innego… Lepiej nie zwracaj uwagi na moją gadaninę… Coś wymyślę… Sama zobaczysz. Wszystko będzie dobrze, nie płacz.
Z głębi bramy patrzył na nich bezpański pies o chudych bokach.
Kilka godzin później Toria dostała silnej gorączki.
Miotała się w rozgrzanej pościeli niczym kotka na rozpalonym, blaszanym dachu. Egert po raz pierwszy przekroczył próg jej niewielkiego pokoiku. Siedział na krawędzi łóżka, trzymając jej dłoń w swojej. Dziekan przyniósł i postawił bez słowa na stoliku słoiczek z parującą, mocno pachnącą ziołami maścią.