Выбрать главу

– Łasz!

To jedno krótkie słowo otrzeźwiło go jak policzek. W zwierciadle majaczyły w niepewnym świetle pochodni ciemne, zakapturzone postaci. Niektórzy kryli pod kapturami twarze, inni odrzucili je do tylu. Całe zgromadzenie sług Łaszą wędrowało dokądś po nocy, a wicher łopotał ich szarymi opończami.

– Gdzie to się dzieje? – spytała strwożona Toria.

– Cisza – wycedził Łujan przez zęby. – Znika…

Obraz zbladł, jakby pokrywając się mleczną mgiełką, potem powróciła woskowo biała płaszczyzna i tylko w jej głębi błyskały jeszcze niewielkie ogniki.

– Zły dzień – wymamrotał dziekan, jakby zdziwiony tym, co zobaczył. – A raczej zła noc…

Wyciągnął ręce i rozpostarł dłonie nad zwierciadłem. Egert, zamierając, ujrzał przeświecające przez skórę żyły, ścięgna i mięśnie.

Zwierciadło zadrgało i znów pociemniało. Dziekan cofnął dłonie, jak oparzony. Egert znowu zobaczył ludzi z pochodniami. Zdawało się, że ich przybyło. Wszyscy poruszali się w dziwnym szyku, pochylając się regularnie, jakby oddając komuś pokłony.

– Egercie – zapytała cicho Toria – czy to jakiś obrzęd? Wiesz może, jaki?

Soll pokręcił przecząco głową. Samo przypomnienie o jego mimowolnych kontaktach z zakonem było dla niego przykrym zgrzytem. Panna zrozumiała swoją gafę i uścisnęła przepraszająco jego dłoń. Dziekan zerknął bystro na nich oboje i znowu się pochylił nad czarą.

Postaci tonęły w ciemności, to znów się z niej wynurzały. Wszystko pojawiało się w oderwanych fragmentach: czyjś bul w rozmiękłej glinie, mokra pola opończy… Nagle Egert drgnął, rozpoznawszy siwiznę Mistrza. Co pewien czas powracała gęsta mgła, a wówczas dziekan wyciągał ponownie dłonie, zgrzytając zębami. Zasłona ustępowała z niechęcią, jakby była dziełem zakapturzonych…

– Gdzie to się dzieje, ojcze? – znów zapytała córka. – Gdzie to jest? Co oni robią?

Dziekan tylko przygryzł wargi, próbując raz za razem przywołać umykającą wizję.

Dopiero nad ranem mgła całkowicie ustąpiła, poddając się woli umęczonego maga. W głębi czary noc także szarzała, bladły płomienie pochodni, a cała trójka mogła bez przeszkód obserwować niekończące się rytualne pokłony.

Mnisi stali wokół wyniosłego wzgórza. Egert rozpoznał to miejsce, pamiętał je z wycieczki z Toria nad rzekę. Zakapturzeni bezustannie rozkopywali ziemię wielkimi łopatami. Tu i ówdzie czerniały jej pryzmy, niczym kopce wykonane przez gigantycznego kreta. Można już było dostrzec wystające spod ziemi… Egert pochylił się do przodu, wytrzeszczając oczy… Pożółkłe kości i czaszki, bez wątpienia ludzkie i bardzo stare. Ziemia zalegała w pustych oczodołach.

– To – wykrzyknęła zdławionym głosem Toria – przecież tamto wzgórze…

Zwierciadło pękło. Woda trysnęła we wszystkie strony. Dziekan, tak zawsze spokojny i beznamiętny, teraz uderzał wodę dłońmi, krzycząc:

– Ha! Przejrzałem was, przeklęci! Przejrzałem, lecz przegapiłem!

Świece, które paliły się całą noc, wcale nie roniąc wosku, zgasły w tej chwili, jakby od jednego podmuchu wiatru. Mrugając powiekami, na poły oślepiony Egert, nie od razu dostrzegł w porannym półmroku wykrzywione goryczą oblicze dziekana.

– Przegapiłem… To moja wina. Szaleńcy… Nędznicy. Nie czekają wcale końca świata, lecz go przyzywają. Już przyzwali.

– To wzgórze… – powtórzyła jego córka ze strachem.

Dziekan chwycił się za głowę ociekającymi wodą rękami.

– To wzgórze, Egercie… Pochowano tam ofiary Czarnego Moru, gdzie było legowisko owego zła, ukryte przed ludźmi… Czarny Mór niegdyś spustoszył miasto, ale może także spustoszyć cały świat, jeśli się go nie powstrzyma… Lart Legiar go powstrzymał wiele lat temu. Teraz nikt tego nie zdoła. Teraz…

Zęby dziekana zadzwoniły, uderzając o siebie. Westchnął i podszedł do okna.

– Ależ, panie dziekanie – szepnął Egert, z trudem panując nad drżącym głosem – jest pan przecież wielkim magiem… Obroni pan miasto…

Łujan obejrzał się. Jego spojrzenie kazało młodzieńcowi zamilknąć.

– Jestem historykiem – oznajmił ponuro dziekan. – Uczonym. Nigdy jednak nie stałem się wielkim magiem i nigdy już nim się nie stanę. Pozostałem jedynie uczniem, czeladnikiem… Nie wielkim magiem! Nie dziw się, Torio. Nie patrz na mnie, Soll, z takim żalem! Jestem w stanie władać jedynie tym, czym zdołam. Rozum i wiedza uczyniły mnie magiem, lecz jedynie poślednim!

Przez jakiś czas w gabinecie panowała zupełna cisza. Potem, to ciszej, to głośniej, jeden za drugim, jakby przekazując sobie przestrach, a w końcu zgodnym chórem w całym mieście zawyły psy.

Kto mógł przypuszczać, że w lochach miejskich żyło aż tyle szczurów.

Na ulicach kotłowało się od szaroburych grzbietów. Psy szalały, usłyszawszy tupot drobnych łapek i szuranie długich ogonów, miotały się, rzucając ku drzwiom, ujadały i wyły aż do chwili, gdy w ścianę domu nie uderzył kamień, ciśnięty czyjąś drżącą dłonią. Najodważniejsi mężczyźni wychodzili z domów uzbrojeni w ciężkie pałki i tłukli ile sil nieprzebrane kolumny wąsatych, zębatych pyszczków.

Tego dnia ustały handel na rynku i praca w warsztatach. Nad miastem zawisł wszechogarniający strach, niczym dławiący obłok. Ulicami zawładnęły szczury. Zamknięci na głucho w domach ludzie bali się mówić głośno, większość bowiem miała wrażenie, że przez szczeliny w drzwiach i szpary w okiennicach wpełza do ich domów jakaś złowroga siła.

Mór pojawił się trzeciego dnia.

Ulice przestały być ciche. W ciągu kilku zaledwie godzin rozwarły się drzwi i okiennice, zza których wznosiły się ku niebiosom płacz i zgrzytanie zębów. Pierwsi, którzy zachorowali, następnego ranka byli już martwi, ci zaś, którzy się nimi opiekowali, sami legli, trawieni gorączką, bez żadnej nadziei na ratunek.

Kwarantanna nie trwała długo. Ludzie, widząc jedyną nadzieje w ucieczce, roznieśli w puch straż u bramy miejskiej, rzucając się z gołymi rękami na miecze wyjącym, oszalałym tłumem. Część strażników dołączyła do uciekinierów i wkrótce Mór rozniósł się po przedmieściach, okolicznych wioskach i dworach. Wilcze hordy ze zdumieniem znajdowały wśród pól łatwą zdobycz. Drapieżniki padały potem masowo, jako że zaraza ich także nie oszczędziła.

Podporządkowując się bezładnym zarządzeniom burmistrza, część pozostałych na służbie wartowników wyszła na ulice, zakutana w wielowarstwowe chałaty z płótna, uzbrojona w długie, zagięte widły, podobne do ptasich szponów. Chodzili od domu do domu. Wysokie, drabiniaste wozy turkotały coraz ciszej, obciążone stosami trupów. Następnego dnia nikt już nie zbierał zmarłych. Domy zamieniły się w grobowce, gdzie czekano, aż czyjaś miłosierna dłoń ciśnie płonącą żagiew w otwarte okno.

Wieża Łaszą odizolowała się od Moru gęstą zasłoną kadzidlanych dymów. Tłumy ludzi oblegały dniami i nocami przybytek Świętego Widziadła, szukając tam ocalenia, lecz drzwi i okna okazały się zamurowane od wewnątrz, szczelnie pozatykane były nawet wąskie szczeliny, w które ledwie można było wetknąć ostrze noża. Niepojęte zdawało się, skąd wydobywa się dym, lecz nieszczęśni wyznawcy wdychali go z na dzieją, że uchroni ich przed śmiercią.

– Głupcy – mówił z goryczą dziekan Łujan – głupcy… Mają nadzieję, że ujdą w ten sposób śmierci! Niegrzeczny dzieciak podpala dom, święcie wierząc, że ogień nie spali jego zabawek… Kres Czasów… dla świata, lecz nie dla Łaszą… Szkodliwi głupcy.

Pierwsza fala Moru przeszła na trzeci dzień. Pozostali przy życiu doszli do wniosku, że są wyjątkowymi szczęśliwcami, być może cieszącymi się szczególnymi łaskami Łaszą. Puste dotąd ulice wypełnił tupot grabieżców, którzy łupili piwniczki z winem i szkatuły zmarłych sąsiadów. Dumni ojcowie chwalili się zdobyczą przed żonami i dziećmi, młodzieńcy obdarowywali swoje wybranki zdartymi z martwych rąk bransoletami. Sądzili, że uniknęli najgorszego, lecz to właśnie od nich rozpoczął Czarny Mór swój kolejny atak.