Dziekan zabronił studentom opuszczać uniwersytet, lecz jego zarządzenia okazały się zbyt mało skuteczne, by utrzymać w grubych murach młodych ludzi, wielu przecież miało w samym mieście, na przedmieściach lub w odległych miejscowościach swe ukochane i rodziny. Na początku studenci zwrócili się do dziekana o pomoc i ratunek, ten jednak zamknął się w pracowni i nie chciał widzieć nikogo. Nadzieje młodzieńców prysły i prędko zamieniły się w rozpacz. Jeden za drugim opuszczali uczelnię, wyrzekając gorzko na magów, którzy za nic mają zwykłych śmiertelników, zwłaszcza wtedy, kiedy ich pomoc najbardziej by się przydała. Egert zaciskał zęby, słysząc przekleństwa rzucane na dziekana, który porzucił swoich uczniów na pastwę losu. Trudno mu było pogodzić się z myślą, że Łujan nie jest wszechmocny, a jeszcze trudniej z tym, że jego bezczynność wygląda na zdradę.
Torii też było ciężko. Po raz pierwszy jej ojciec przeżywał trudny okres w samotności, bez jej udziału. To doświadczenie okazało się dla niej gorsze niż wszystkie okropności epidemii. Egert nie odstępował od niej nawet na krok. Nieodłączny, niczym stale obecny, choć przytłumiony ból zęba, stawał się nieistotny wobec myśli o losie, jaki mógł spotkać cudem uratowaną ukochaną, jej ojca, uniwersytet, miasto, a nawet Kawarren.
Kawarren był daleko. Być może zdoła się uchronić, otoczyć nieprzebytym kordonem kwarantanny i nie dopuści za mury miejskie zarazy. Każdej nocy Egert widział jednak we śnie wciąż to samo: wyjące psy przed gospodą „Wspaniały Miecz”, puste ulice zasnute dymami, stosy trupów na brzegu rzeki, zamknięte bramy i rodowe herby uczernione sadzami.
Dziekan oznajmił, że Czarny Mór spustoszy ziemię, jeśli się go nie powstrzyma. Czy powstrzymają go mury jakiegokolwiek miasta?
Studenci, którzy pozostali na uczelni, lgnęli do siebie, niczym owce pozbawione pasterza. Rektor zniknął bez wieści, służba się rozbiegła, a wykładowcy nie zjawiali się. Nic dziwnego, że młodzieńcy, dotychczas uważający się za poważnych i mądrych, zamienili się w gromadę bezradnych dzieciaków. Ściany Wielkiej Auli zadrżały od płaczu i jęku. Najgłośniej szlochał jeden z „dopytujących”, wiejski chłopak, dla którego pierwszy rok nauki okazał się koszmarem. Pozostali przymykali powieki, nie mając odwagi spojrzeć na pobladłe lica i drżące wargi kolegów. W końcu Lis nie wytrzymał i głośno objawił swój gniew.
Nigdy jeszcze nie padły z jego ust tak ostre słowa. Zaproponował wszystkim i każdemu z osobna, żeby nie ścierali smarków, trzymając się maminych spódnic. Wykrzykiwał z katedry naprędce zaimprowizowaną przemowę, nazywając kolegów mazgajami i niedołęgami, parszywymi zasrańcami, pełnymi nocnikami i lalusiami. Zapłakany młodzik chlipnął ostatni raz, otworzył szeroko usta i zaczerwienił się ze wstydu.
Sprawa zakończyła się pokojowo. Lis mianował sam siebie głównym intendentem i rozdysponował znajdujące się w uniwersyteckich piwnicach wieloletnie zapasy wina. W sali wykładowej rozpoczęła się więc pijatyka. Popijali, śpiewali i wspominali wieczory w, Jednookiej Musze”. Lis śmiał się jak szalony, proponując nową zabawę: każdy miał opowiedzieć o swoim pierwszym miłosnym doświadczeniu, a z braku takowego wzbogacić się o nie do następnego dnia. Pijani młodzieńcy przekrzykiwali się wzajem, zanosząc się nieco histerycznym śmiechem. Egert przyglądał się zabawie z góry, przez okrągłe okienko, łączące aulę z biblioteką, słysząc nieskładne śpiewy:
Nie trać czasu, mity, nie gadaj!
Cała płonę, bo dziurka niesmarowana!…
Wrócił do Torii. Starał się ją zająć opowieściami o figlach Lisa, dawniejszych i obecnych, prawdziwych i zmyślonych. Słuchając tej pozornie wesołej paplaniny, Toria uśmiechała się blado, a nawet próbowała zaśmiać, by nie urazić ukochanego.
Około północy wrzaski w auli ucichły, a Toria zasnęła. Siedzący obok niej Egert poprawił posłanie i ostrożnie przesunął dłonią tuż przy jej policzku. Potem wstał i udał się na dół.
Studenci spali pokotem na ławkach, stołach, nawet na zimnej posadzce. Lisa nigdzie nie było. Egert od razu to zauważył i poczuł ucisk w sercu.
Nie znalazł kolegi także w ich pokoju, spostrzegł również, iż na wieszaku nie ma jego płaszcza. Egert stał długo na ganku uniwersyteckim, spoglądając w mroki nocy. W oknach gmachu sądu widać było mętne światełka. Na słupie przed budynkiem kołysała się, smagana deszczem, szmaciana kukła wisielca. Wieża Łasza stała niema, zamurowana, milcząca jak grób, obojętna wobec ludzi konających na jej progu.
Lis nie wrócił następnego ranka. Nocna mgła nie rozproszyła się do południa, przeciwnie, jeszcze bardziej zgęstniała i nawet ostry wiatr nie był w stanie rozwiać jej lepkich oparów. Drzwi pracowni dziekana były nadal zawarte na głucho. Toria błąkała się niczym lunatyczka między bibliotecznymi regałami, mamrocząc coś, jakby biła się z myślami, bez końca ocierając złocone grzbiety ksiąg.
Soll nie powiedział jej, dokąd się wybiera, gdyż nie chciał jej niepokoić.
Zimna wilgoć i lęk trzęsły całym jego ciałem, gdy zacisnąwszy zęby wyszedł na główny plac. Nie było tutaj handlarzy ani spacerowiczów. Wszędzie panowała głucha cisza. Sylwetki domostw ledwie majaczyły we mgle, która pokryła miasto niczym całun twarz nieboszczyka.
Egert od razu zorientował się, że nie odnajdzie Lisa. Znalazł na swej drodze sporo martwych ciał. Odwracał oczy, lecz mimo woli wciąż natrafiał spojrzeniem to na dramatycznie wyciągniętą ku niebu kobiecą dłoń, to na włosy rozpostarte na bruku, to na szykowny but strażnika, mokry od kropelek mgły, toteż błyszczący jak na paradzie. Odór rozkładu mieszał się z nadlatująca skądś wonią dymu. Przeszedłszy jeszcze kawałek drogi, Soll wzdrygnął się, rozpoznając znajomy zapach kadzideł.
Wieża Łasza ciągle dymiła dyskretnie, dokonawszy swego strasznego dzieła. Egert przybliżył się do niej, dziwnie obojętny. Do drzwi baszty dobijał się siwy mężczyzna w roboczym fartuchu.
– Otwórzcie!… Otwórzcie…
Opodal siedzieli wprost na jezdni jacyś zobojętniali na wszystko ludzie. Jakaś urodziwa niewiasta w odsuniętym na tył głowy czepeczku wpatrywała się tępym wzrokiem w leżącego na jej kolanach martwego dzieciaka.
– Otwórzcie! – krzyczał dalej staruszek.
Pięści miał odarte ze skóry od bezustannych uderzeń. Na kamienie padały krople krwi. Pod nogami walał się połamany kilof.
– Trzeba się modlić – ktoś zaszeptał. – Modlić… do Świętego Widziadła.
Siwy mężczyzna w fartuchu z nową siłą rzucił się na zamurowane wejście.
– Otwórzcie!… Bydlaki! Grabarze… Nie kryjcie się! Otwierajcie!
Egert ruszył dalej.
Nie znajdzie nigdzie Lisa, przepadł gdzieś w tym śmiertelnym kręgu, Egert też w końcu umrze. Znajomy lęk budził się w nim na taką myśl, szybko jednak zrozumiał, że jest dla niego coś ważniejszego, niż jego życie. Toria. Jej ostatnie dni nie powinny być osnute strachem i rozpaczą. Nie umrze przed nią, zamknie oczy dopiero, gdy będzie przekonany, że jego ukochanej nic nie zagraża.
Starał się obejść jak największym łukiem skurczone ciało, które znalazło się pod jego nogami. Leżący poruszył się jednak i Egert usłyszał cichy brzęk żelaza o kamień. Tamten miał szpadę u boku. Soll przyjrzał się uważniej wymyślnie rzeźbionej rękojeści i pięknie wyszywanym rapciom. Potem spojrzał w twarz tamtego.
Karwer nie mógł mówić. Jego pierś unosiła się spazmatycznie, wysuszone usta chwytały rozpaczliwie powietrze, powieki były ciężkie i opuchnięte. Jedna dłoń w eleganckiej rękawiczce wczepiała się kurczowo w brukowce, druga zaciśnięta była na rękojeści szpady, jakby broń mogła ochronić właściciela przed niechybną śmiercią. Umierający młodzieniec patrzył prosto w oczy Egerta.