Gdzieś z zasnutej mgłami dali dobiegło ich obu przerywane końskie rżenie.
Karwer westchnął gwałtownie. Wargi mu drgnęły. Egert usłyszał cichy szept, jak szelest osypującego się piachu.
– Soll…
Egert milczał, nie wiedząc, co powiedzieć.
– Soll… Kawarren… Co teraz będzie z Kawarrenem?
W głosie młodzieńca zadrgała tragiczna nuta. Egertowi przypomniał się szczupły, nieśmiały chłopak sprzed dwunastu lat, najlepszy przyjaciel jego dzieciństwa.
– Ta zaraza… nie dotrze do Kawarrenu?
– Na pewno nie – odparł Egert z przekonaniem. – To zbyt daleko. Na pewno zdążą się zabezpieczyć, ustanowić kordony…
Karwer odetchnął z ulgą. Odchylił głowę, przymykając powieki.
– Piasek… – zaszeptał z półuśmiechem. – Dołki, ślady… Chłodna woda… Śmialiśmy się.
Egert milczał, uznawszy, że nieszczęśnik majaczy. Karwer nie odrywał odeń wzroku, spoglądając spod ciężkich, przymrużonych powiek.
– Piasek… Rzeka Kawa… Pamiętasz?
Zobaczył przez, chwilę brzeg rzeki zalany słońcem, żółto-biały piasek, kępki zielonej trawy i gromadę chłopaków, wzbijających ku niebu wodne bryzgi…
– Zawsze sypałeś mi piaskiem w oczy. Pamiętasz?
Ze wszystkich sił próbował zatrzymać tamto wspomnienie, lecz przed oczami znowu miał tylko wilgotne kamienie jezdni. Czy było tak? Było. Karwer nigdy się nie skarżył, tylko pokornie przemywał zapiaszczone, zaczerwienione oczy.
– Nie chciałem – oznajmił Egert bez sensu.
– Chciałeś – sprzeciwił się cicho tamten.
Długo milczeli. Mgła była nadal gęsta, zewsząd nadciągała śmiertelna zgnilizna.
– Kawarren – szepnął Karwer ledwie dosłyszalnie.
– Nic się z nim nie stanie – odparł Egert.
Karwer spojrzał nań pytająco, próbując unieść się na łokciu.
– Jesteś tego pewien?
Przed oczyma Solla pobłyskiwała rzeczna toń, roziskrzały się na wodzie słoneczne promyki, drgały odbite w niej korony drzew, dachy domów, baszty, chorągiewki…
Rozpoznając ten widok, uśmiechnął się szeroko ze spokojem.
– Oczywiście, że jestem pewien. Kawarren jest bezpieczny. Tamten westchnął głęboko, opadł z powrotem na ziemię, przymykając oczy do połowy.
– Chwała niebiosom…
Były to jego ostatnie słowa na tym świecie.
Mgła rozproszyła się trochę. Przed oczami Solla roztoczył się widok przypominający pobojowisko. Było tu mnóstwo pożywienia dla tysięcy kruków i wron, lecz w mieście nie było ani jednego ptaka, nikt zatem nie niepokoił zmarłych.
A jednak tak. Egert obejrzał się i zobaczył wędrującego między trupami pochylonego, niewysokiego, szczupłego młodzika lat mniej więcej osiemnastu, z workiem na plecach. Do podobnych mieszków żebracy zbierali całodzienną jałmużnę. Egert domyślił się, czego szuka ten chłopiec. Schylony nad nieboszczykiem, zręcznie wyłuskiwał sakiewkę lub kosztowną tabakierkę, czy też coś z biżuterii. Największy problem był z pierścieniami, które ciężko było ściągać z zesztywniałych palców. Chłopak szarpał się z nimi, sapiąc i popatrując z obawą na Egerta, a jednak kontynuował swoje odrażające dzieło, namydlając zmartwiałe dłonie.
Soll chciał krzyknąć na tamtego, lecz strach okazał się silniejszy od gniewu i odrazy. Spluwając na kawałek mydła, grasant ominął obserwatora szerokim łukiem i nagle skulił się, usłyszawszy przenikliwy gwizd.
Egert zobaczył, jak chłopak rzuca się do ucieczki. Na skraju wielkiego placu dopadły go dwie barczyste postaci, jedna w biało-czerwonym uniformie strażnika miejskiego, druga w czerni. Chłopak wrzasnął, skacząc jak umykający zając, miotał się, szarpiąc w rękach napastników, w końcu oddał im worek jako okup. Egert nie chciał na to patrzeć, a jednak dalej obserwował, jak funkcjonariusz walnął młodzika workiem po głowie. Na placu dał się słyszeć przeraźliwy wrzask:
– Nie! Ja nie… Im to przecież już niepotrzebne! Nikomu niepotrzebne! Martwym nie potrzeba… Oj!
Krzyki zamieniły się po chwili w nieartykułowane piski. Na ulicznej latarni zawisło szczupłe ciało z workiem na piersi.
Lis wrócił późnym wieczorem. Egert, mając w owych dniach niezmiernie wyostrzoną intuicję, pierwszy go wypatrzy!.
Kajetan stal przed wejściem, na ganku uniwersyteckim, ściskając ramiona drewnianej małpki. Trójgraniasty kapelusik, wymięty i zniszczony, zjechał mu na czoło. Jego właściciel byt oczywiście pijany. Egert poczuł ogromną ulgę. Chciał zabrać kolegę z zimnego dworu i zaprowadzić do łóżka. Gdy Lis usłyszał jego kroki za plecami, drgnął i odwrócił się. Światło lampy wiszącej nad wejściem padło mu na twarz. Młodzieniec był absolutnie trzeźwy, tak samo jak w dniu egzaminu, lecz piwne oczy wydawały się ciemne, niemal czarne.
– Soll?!
Egert nie zrozumiał, co tak wystraszyło przyjaciela. Ruszył ku niemu, wyciągając rękę.
– Chodźmy…
Kajetan odskoczył. Jego spojrzenie kazało się Egertowi zatrzymać. Podczas ich dosyć długiej znajomości ani razu nie widział w oczach tego chłopaka takiego dziwnego wyrazu. Cóż to jest? Nienawiść?! Pogarda?…
– Lisku… – wybełkotał, zmieszany.
– Nie zbliżaj się – przykazał ponuro tamten. – Nie podchodź… Proszę, Egercie. Uciekaj. Wracaj do siebie.
Zachwiał się i Soll zrozumiał, że całkiem trzeźwy kolega ledwie się trzyma na nogach. Ziemia go ciągnęła i przyzywała.
Zrozumiał teraz wyraz oczu Lisa. Był to lęk przed niechybną śmiercią i strach o niego, Egerta.
– Kajetanie! – wyrzęził przez zęby.
Tamten mocniej objął figurę.
– To nic… Widzisz, Larri umarła wczoraj. Pamiętasz ją?
– Kajetanie…
– Wracaj do siebie. Zaraz sobie stąd pójdę. Przedostanę się do „Jednookiej Muchy”. Jeśli karczmarz jeszcze żyje, na pewno mi naleje. Na kredyt!
Lis zaśmiał się, z trudem uniósł rękę i poklepał lekko lśniący małpi zadek.
Egert patrzył za nim, stojąc na schodkach. Lis szedł słaniając się, a nawet przewracając co jakiś czas, jakby wracał ze studenckiej popijawy. Kapelusik ze srebrnymi frędzlami zostawił pod drewnianą figurą, niczym ostatni podarek.
Nad miastem zawisły ciężkie chmury, nad placem zaś górowała plująca dymem, milcząca i zamurowana Wieża Łasza.
Cały dzień i długą noc miotali się razem na czarno-czerwonym dnie gorącego oceanu jak dwie oszalałe rybki.
Dochodząc do siebie, Toria odczuwała rodzaj zawstydzenia. Nigdy dotychczas nie wyobrażała sobie, ze odnajdzie w sobie nienasyconą bestię namiętności, gotową obnażyć ją całko wicie. Czując zamęt w głowie, chwilami wolała nie patrzeć na leżącego obok Egerta, nie mając śmiałości musnąć jego skóry nawet oddechem. Bestia jednak znów się budziła, niwecząc wszelkie jej uprzedzenia, i sprawiała, że nie była w stanie oprzeć się pragnieniom kochanka.
Czyżby dotyczyło to wszystkich? Zaczęło się dla niej nowe życie, o jakim wcześniej nie myślała. Okazało się, że człowiek nie zawsze może zapanować nad władającymi nim siłami. Lepiej rozumiała teraz owo mroczne zaczadzenie, jakie niegdyś oszołomiło jej matkę… Matkę?! Dlaczego zaraz mroczne, dlaczego zaczadzenie, to przecież wielkie szczęście… Och, Hegercie, Hgercie, można umrzeć ze starości, nie poznawszy prawdy o życiu. A może to żadna prawda, lecz tylko złudzenie, omam, iluzja?
Ochrypła od płaczu, nie ścierając łez spływających po policzkach, co pewien czas słabła, przycichała, skrywając się w ramionach mężczyzny niczym w ciepłej, wygodnej norce. Ody zamykała oczy, pod powiekami pojawiały się jakieś oderwane obrazy, w których korowodzie objawiały się czasem oczywiste, niepodważalne prawdy.