Выбрать главу

Na przykład dotycząca tego, że gdyby została żoną Dinara, nigdy nie poznałaby innej miłości, oprócz przyjacielskiej lub siostrzano-braterskiej. A także takt, że śmierć tamtego przyniosła jej w końcu szczęście… Niebiosa, wybaczcie, wybacz, Dinarze!… Toria znowu zaczynała szlochać bez łez. Soll obejmował ją silniej przez sen. Niekiedy zwidywał jej się Dinar siedzący w fotelu naprzeciwko. Był poważny i spokojny. Nie spoglądał na nią z wyrzutem, raczej wyrozumiale, jakby chciał powiedzieć: nie płacz, co było, nie wróci, a on tak ciebie kocha…

Wspomnienia o Dinarze gasły później, ginąc wśród wielu innych. Toria myślała o matce, która zamarzła na śmierć w śnieżnej zaspie i o ojcu, na zawsze obarczonym poczuciem winy. Czemu jednak może być winna kobieta, miotana falami emocji, niczym mały stateczek wśród sztormu? Jeśli jest trochę prawdy w tym, że Toria odziedziczyła urodę po matce, czy nie odziedziczyła także jej fatum?

Zresztą, teraz to już wszystko jedno. Wszyscy przecież stanęli w obliczu śmierci i wkrótce znajdą się tam, dokąd dawno już odszedł Dinar. Ona i Egert zapewne nawet nie doczekają własnego ślubu. Ojciec pozostanie sam jeden w swojej pracowni… O niego bała się najbardziej. Miała wrażenie, jakby jej szczęście było zdradą wobec niego, skoro go opuściła.

Znowu zapłakała. Soll całował jej mokre oczy, mamrocząc coś pocieszającego. Nie rozumiała ani słowa, ale słowa były i tak zbędne.

Zasnęła w końcu naprawdę i ujrzała we śnie zielone wzgórze.

Góra była pokryta, niczym sierścią, krotką, miękką trawą, wznosiła się ku błękitnemu niebu. Torii przypomniały się okna ich domu, pomalowane błękitną farbą. Góra jaśniała szmaragdowo na błękicie. Dziewczyna dyszała, wspinając się na nią. Musiała wejść na szczyt, gdzie oczekiwała na nią matka w śnieżnobiałej koszuli, śmiejąc się i przesypując w dłoniach jaskrawoczerwone truskawki. Jeszcze pół roku do tej okropnej zimy, jest jeszcze czas, by…

Zbudziła się, ponieważ ukochany, przewracając się we śnie, zbyt mocno przycisnął jej ramię.

Przed świtem oboje spali spokojnym, głębokim snem, bez sennych przywidzeń, dlatego też nie mogli słyszeć, jak od dawna, zamknięte od wewnątrz drzwi gabinetu dziekana otwarły się z cichym skrzypnięciem. W głębi ciemnego wnętrza dogorywały ogniki świec. Przez otwarte drzwi buchnął gęsty, dymny zaduch. Na biurkach, półkach i podłodze, wszędzie leżały otwarte księgi, płaskie i bezradne jak meduzy wyrzucone na brzeg. Wypchany szczur, zakuty w stalową siec, szczerzył złośliwie zęby. Stalowe skrzydło rozpościerało się jak zawsze, emanując mocą, a tuż pod nim błyskał szczerym, nieskalanym złotem Amulet Wieszczbiarza.

Dziekan długo stał w progu, wsparty o drewnianą framugę. Potem wyprostował się i starannie zamknął drzwi za sobą.

Znał uniwersyteckie korytarze do ostatniej szczeliny w łukowatym sklepieniu. Szedł, wsłuchany w odgłos swoich kroków, odbijających się echem w zupełnej pustce. Zatrzymał się u drzwi pokoiku córki i przywarł policzkiem do drewnianej płaszczyzny.

Przynajmniej oni są szczęśliwi. Nie musiał otwierać drzwi, żeby zobaczyć w półmroku dwie głowy na wspólnej poduszce, splątane dłonie, włosy i uda, usłyszeć senne oddechy. Wydawało się, że owa szczęśliwa para nie wie nic o nadchodzącej śmierci.

Pogładził w roztargnieniu powierzchnię drzwi. Stare drzewo emanowało ciepłem, niczym skóra żywego stworzenia. Postał jeszcze chwilkę i nie zdecydowawszy się, by wejść, ruszył dalej.

Nieszczęsne okoliczności kazały mu wyjść na ganek i przystanąć między symbolizującą mądrość, żelazną żmiją i drewnianą małpką, reprezentującą pęd do wiedzy. Na zwykle ludnym placu blady świt wydobywał z mroku odarte z odzieży trupy. Górowała nad nimi, niczym złowroga klątwa, zasnuta dymami Wieża Łaszą. Za plecami dziekana trwał w ciszy gmach uniwersytetu, bezsilny, zdawało się, wobec triumfującego zakonu.

Mór spustoszy ziemię, jeśli się go nie powstrzyma. Łujan miał czternaście lat, gdy w jego opustoszałym domu zjawił się Lart Legiar, będący wówczas u szczytu swej potęgi. Chłopak sporo o nim wiedział, lecz odważył się spytać tylko o jedno: Czy to prawda, że powstrzymał pan dżumę?

Przed dziesiątkami lat Czarny Mór pochłaniał całe miasta daleko stąd, na wybrzeżu. Morze wystąpiło z brzegów, przepełnione ciałami zmarłych. Łujan przypomniał sobie języki płomieni, liżących nieruchome twarze i czyjąś dłoń, która zakryła mu oczy. Płócienny worek, zarzucony na jego głowę i ramiona, dalekie wycie, wilcze, a może niewieście… Zaraza pozbawiła go domu rodzinnego i wspomnień z najdalszej przeszłości. Mór go jednak oszczędził, odrzucając niby niestrawny kąsek. Sprawił, że nieszczęsny sierota wyszedł na drogę wraz z innymi osieroconymi. Wędrował dopóki miłosierny, a może jednak okrutny los, nie doprowadził go na próg domu Orlana…

Później dowiedział się, że Mór nigdy nie znika sam z siebie. Tym razem powstrzymał go wielki mag, Lart Legiar.

Łujan uniósł twarz, w stronę szarego, nieprzeniknionego nieboskłonu. Do końca życia nie uda mu się osiągnąć takiej potęgi.

Obejrzał się na uniwersytet, potem znowu spojrzał na Wieżę, pocierając odruchowo nasadę nosa. Jak bardzo wydawał się sam sobie potężny, kiedy miał naście lat, a jaki jest teraz słaby. Jaki gorący był świat tam, na przygórzu, jak paliło słońce rozżarzone kamienie, jak śniade było ogorzałe od wichru oblicze Orlana…

Zaczął padać lepki, mokry śnieżek.

Miasto trwało w niemym przerażeniu, a pozostali przy życiu zaszyli się głęboko. Tylko zmarli nie bali się już niczego. Łujan szedł, nie otwierając oczu. Trzaskały drzwi ograbionego sklepu, wiszące na jednym zawiasie. Bezsilny właściciel leżał w progu, wpatrując się w przechodzącego martwym, matowym okiem, w oczodole drugiego bowiem kłębiły się robaki. Dziekan szedł dalej. W szeroko otwartych podwojach huśtał się na huśtawce jakiś chłopczyk. Sznury podtrzymujące deskę przywiązane były do górnej framugi. Chłopiec zaciskał na nich dłonie, kołysząc się miarowo i mamrocząc coś pod nosem. Znikał w ciemnym wnętrzu, by potem wyfrunąć na zewnątrz, przelatując nad trupem kobiety w ciemnej sukni. W stojącej obok klatce znajdował się żywy królik, który odprowadził wzrokiem bujana. Chłopak nie zaszczycił przechodnia nawet jednym spojrzeniem.

Im bliżej bramy miejskiej, tym więcej widać było spalonych budynków. Poczerniałe ruiny, jakby obleczone żałobnym kirem, spoglądały na idącego pustymi kwadratami okien. Na jednym z parapetów dostrzegł wyschnięty, sterczący badylami bukiet.

Wszędzie cuchnęło dymem i odorem rozkładu. Szedł dalej, przekraczając leżące ciała, omijał wywrócone karety, worki z porzuconymi dobrami, furmanki ze stosami towarów i zdechle zwierzęta. Woda na powierzchni kanału powlekła się w ciągu nocy cienką warstewką lodu, spod którego spoglądała na bujana czyjaś pożółkła, bezzębna twarz.

Czasami, na dźwięk jego kroków, błyskały w szparach drzwi lub okiennic oczy żywych ludzi, aby zniknąć natychmiast. Nie zdążył złowić niczyjego spojrzenia. Martwi nie uciekali wzrokiem. Spoglądał śmiało w ich oczy, ani razu nie odwracając własnych, bez strachu ni odrazy.

Lart Legiar był wielkim magiem, lak samo Orlan. Natomiast on, Łujan, jest słaby, pomimo swej uczoności niebiosa, jaki słaby…

Zabłądził wśród znajomych ulic i drugi raz wyszedł na to samo miejsce. Na żelaznej brodzie, szyldzie cyrulika, kołysał się powieszony tamże rabuś. Żelazny pręt był niebezpiecznie wygięty i skrzypiał, obciążony nadzwyczajnym ciężarem.