Выбрать главу

Lart chciał go wziąć ze sobą… Chłopak uznał jednak wtedy, że jego przeznaczenie jest inne. A teraz jest bezsilnym, siwowłosy m starcem…

Skrzydło bramy zatrzeszczało. Ktoś się za nim poruszył. Łujan spojrzał uważniej i podszedł bliżej.

W kałuży konał dopiero co zapewne młody i silny mężczyzna, wyglądający teraz jak na pół zgniły trup. Próbował napić się brudnej wody, chłeptał ją, krztusząc się i zerkając na dziekana. Zapiekłe wargi chłonęły każdą kroplę mętnej cieczy.

Łujan pochylił się nad nim, sam nie wiedząc, dlaczego. Natychmiast odskoczył, po raz pierwszy od wyjścia z uniwersytetu.

Mór objawił mu swoje prawdziwe oblicze, przybierając konkretną formę. Lico nieszczęśnika pokryte było czarnymi plamami, które pokrywały zapewne też całe jego ciało. Choroba oplatała go powoli jak pajęcza sieć i wysuszała niczym jad ośmionogiego insekta.

Łujan prędko ruszył w swoją drogę. Mór triumfował we wszystkich domach i na ulicach. Z każdej szczeliny spoglądały jego mnogie oczy, pełne zażartej nienawiści do całego świata. Jego czarne palce obmacywały martwych, gładziły spazmatycznie skrzywione twarze, sięgały do półotwartych ust, bezwstydnie rozrzucały obnażone ciała mężczyzn i kobiet. Łujanowi wydało się, że słyszy szelest zdzieranej odzieży, a powietrze wokół gęstnieje, wypełnione wszechobecną śmiercią.

Zataczając się jak pijany, dotarł wreszcie do bramy miejskiej. Przed nią leżał stos trupów, a nad nimi falowały jak trawa czarne palce Moru.

Ciężkie skrzydła były wyłamane, wyrwane z zawiasów. Można było dojrzeć za pustą bramą drogę wśród pustych pól, gdzie tu i ówdzie szeleściły unoszone wiatrem kupy jakichś szmat.

Odwrócił się w stronę miasta.

Wielkie nieba… Wspomóż mnie, mistrzu Orlanie. „Wspomóż mnie, Larcie Legiarze, który przekazałeś mi medalion. Tułaczu, gdziekolwiek jesteś i kimkolwiek jesteś, dopomóż. Sami widzicie, jak jestem słaby.

Zamknął powieki. Potem uniósł głowę, zacisnął dłonie i znowu spojrzał na miasto, siedlisko Czarnego Moru.

Dlaczego tak gorąco? A tak, jest samo południe, słońce świeci w zenicie i kamienie wydają się białe, jak głowy cukru… Ze studni wionie chłodem, a tam, w wilgotnej, mrocznej głębinie mieszka drugi chłopiec, który zjawia się w okrągłym, wodnym zwierciadle. Ach, jak ścierpną zęby od pierwszego haustu lodowatej wody. Wiadro pluska o wodę swoim żelaznym dnem i ten dźwięk jeszcze bardziej nasila pragnienie…

(PRZEZ MOC MI DANĄ PRZYZYWAM CIĘ, WYRYWAM Z ŻYWYCH I MARTWYCH, Z ROZWARTYCH UST, PUSTYCH OCZODOŁÓW, Z NOZDRZY, Z ŻYŁ, MIĘŚNI I ŚCIĘGIEN, Z KOŚCI I WŁOSÓW… WYRYWAM, JAK WYRYWA SIĘ CHWAST Z KORZENIAMI, WBITĄ W PIERŚ STRZAŁĘ; PRZEZ MOC MI DANĄ ROZKAZUJĘ…)

Wiadro tonie, zapadając coraz głębiej, wnętrze wypełnia się lodowatą wodą. Znów można je wyciągnąć, chociaż ciężej teraz kręcić korbką… Nigdy kołowrót jeszcze nie był tak ciężki. Zaciskając dłonie i zęby męczy się z nim, a tymczasem wiadro ledwie uniosło się nad powierzchnią, głośno spływając rozlewającą się wodą…

(ROZKAZUJĘ I WZYWAM, PRZEPĘDZAM CIH Z ULIC, ZWODY I POWIETRZA, Z PALENISK, DZIUR I SZCZELIN… DOSYĆ. PRZEZ MOC MI DANĄ KŁADĘ CI TAMĘ…)

Wiadro wznosi się coraz wyżej. Nie wiadomo, czy chłopcu starczy sił, skoro słońce tak pali, lecz tak bardzo chce mu się pić… Wiadro kołysze się ciężko, ale dźwięk spadających kropel jest coraz słabszy…

Zasnute bielmem oczy, złowrogie macki głaszczące martwych. Poruszający się kłąb ciemności. Rozkopany kurhan.

Chce mi się pić, tak bardzo pić! Niebiosa, nie pozwólcie, bym wypuścił z rąk korbkę albo żeby wiadro się urwało! Taki jestem zmęczony…

(PRZEGANIAM CIĘ TAM, SKĄD PRZYSZEDŁEŚ. PRZEGANIAM CIĘ W GŁĄB ZIEMI, GDZIE NIE DOTRĄ ŻADEN RYDEL ANI OBCA WOLA. PRZEGANIAM, ZAKLINAM, ZAMYKAM. NIE WRÓCISZ NA POWIERZCHNIĘ, KONIEC TWEJ WŁADZY NAD ŻYWYMI. ZAMYKAM CIĘ I BĘDĘ TWYM STRAŻNIKIEM…)

Jakie rozpalone kamienie, jaka bujna trawa. W uszach brzęczą cykady. Woda okazuje się słodka i gęsta jak miód. Spływa po podbródku, piersi i nogach, spływa na ziemię… Słońce w zenicie… Słońce.

Wieczorem pozostali przy życiu mieszkańcy wypełzli ze swoich nor, pytając się wzajemnie, czy także odczuli ulgę. Chorzy poczuli się znacznie lepiej, a otaczający ich krewni zapłakali z radości. Nie wiadomo skąd pojawiły się wesoło rozszczekane psy, nad dachami załopotały wronie skrzydła drapieżnych ptaków, które zleciały się na żer.

Egert i Toria odszukali wtedy dziekana, przyświecając sobie latarnią.

Leżał na wierzchołku rozkopanego kurhanu, jakby zakrywał go własnym ciałem. Egert zajrzał mu w twarz… i nie dopuścił, by uczyniła to także Toria.

Rozdział 9

Następnego dnia powrócił mróz, toteż trzeba się było spieszyć, dopóki ziemia nie zamarzła. Egert i Toria pochowali Łujana na wzgórzu, w pobliżu grobowca Pierwszego Wieszczbiarza. Młodzieniec chciał złożyć wraz z nim do grobu także zloty medalion, lecz jego ukochana, wypłakawszy już wszystkie Izy, powstrzymała go przed tym. Ukrycie Amuletu w mogile mogłoby narazić mogiłę na niebezpieczeństwo… Odprawili we dwoje nad zmarłym wszelkie stosowne obrzędy i nikt im na szczęście w tym nie przeszkodził, jakkolwiek ocalały burmistrz surowo zarządził, by pochować wszystkie ofiary Moru w tymże kurhanie.

Toria w pierwszej chwili nie chciała dopuścić do swej świadomości, jak wielką poniosła stratę, dlatego też nie czuła się na siłach wejść do ojcowskiego gabinetu. Uczynił to Egert. Pośród otwartych ksiąg i wygasłych świec znalazł porządnie przygotowany rękopis pracy dziekana, podzielony na rozdziały i opatrzony licznymi notkami oraz przypisami. Znalazł także konspekt nie napisanych jeszcze rozdziałów. Jedynym dziedzictwem pozostał zatem rękopis niedokończonego dzieła i leżący obok Amulet.

Wysłuchawszy relacji Solla, Toria próbowała się uśmiechnąć.

– A jednak stał się w końcu wielkim magiem. Prawda? Trzeba będzie dopisać Rozdział opowiadający o nim i w ten sposób zakończyć pracę…

Nagle dorzuciła:

– Egercie, przysięgnij, że nigdy nie umrzesz.

*

Mieszkańcy miasta nie od razu uwierzyli w swoje szczęście. Grabarze pospiesznie grzebali zmarłych, chorzy wracali do zdrowia. Ofiar było bardzo wiele, lecz okazało się, że ocalonych także niemało. Wciąż jeszcze kryjąc się po kątach, wypytywali się nawzajem z obawą: Czyżbyśmy przeżyli już koniec czasów?

Minął kolejny dzień bez nowych ofiar, potem jeszcze jeden i następne. Nikt nie umarł przez cały tydzień. Ludzie odetchnęli z ulgą i wyszli z ukrycia. Martwych od żywych oddzieliły zwały ziemi, zwiezione nad rozryty kurhan. W owych dniach kopiec urósł, skoro spoczęły w nim setki ciał. Oczyszczone z trupów ulice nadal wionęły grozą, lecz w końcu mieszczanie zrozumieli, że zaraza minęła.

Nie zdążono przewieźć wszystkich nieboszczyków z bocznych zaułków do przeznaczonego dla nich dołu, kiedy nad dachami domów strzeliły fajerwerki.

Nikt z obecnych na placu i ulicach nie zaznał jeszcze takiego świętowania. Nieznajomi ściskali się i wypłakiwali sobie w ramię. Były to łzy radości z ocalonego życia, słodkiego życia, z którym tak wielu musiało się rozstać. Wczorajsi konający zdrowieli na samą myśl, że jutro też dla nich zaświeci słońce, że za jakiś czas nadejdzie wiosna, urodzą się nowe dzieci… Roześmiane, niedbale odziane kobiety chętnie darzyły miłością wszystkich młodych i starszych mężczyzn, nie wyłączając kalek, żebraków, czy miejskich strażników. Czternastoletni chłopcy stawali się mężczyznami wprost na ulicy, po czym ich szczęśliwe wybranki znikały w tłumie, chichocząc zwodniczo. Zwariowana feta oszalałych ze szczęścia ludzi pochłonęła też trochę ofiar: ktoś tam utonął w kanale, kogoś zadeptali w tłumie, lecz owe przypadki przeszły niezauważone, gdyż weselący się na ulicach ludzie uwierzyli, iż są nieśmiertelni.