Выбрать главу

Wieża Łaszą trwała obojętnie wobec tych wesołych igraszek niedoszłych nieboszczyków. Drzwi i okna nadal były zamurowane, lecz żaden już dymek nie unosił się nad spiczastym dachem. Histeryczna radość tłumów powoli wygasła, a wówczas zaczęto zadawać sobie w mieście przeróżne pytania.

Czy nadejdzie Koniec Czasów? Skąd wziął się Mor i dlaczego się skończył? Co się dzieje za zamurowanymi drzwiami przybytku kasza? I dlaczego kapturnicy nie podzielili losu wszystkich, kryjąc się za murami baszty i co będzie teraz? Ludzie szemrali, popatrując na Wieżę bojaźliwie lub wrogo. Nie wiadomo skąd wzięła się wieść, że to właśnie słudzy tasza sprowadzili na miasto nieszczęście. Wydali mieszkańców na pastwę Moru, sami chroniąc się bezpiecznie. Powiadano także, iż wielki mag, będący wcześniej dziekanem uniwersytetu, przepadł bez wieści dokładnie w dzień, gdy odeszła zaraza i że jego córka obwinia o wszystko zakonników. Zbulwersowani mieszczanie spierali się między sobą, niektórzy w to nie wierzyli. Wieża wciąż trwała w milczeniu, toteż rzucano w jej stronę coraz bardziej ponure spojrzenia. Wbrew zakazom burmistrza szykowała się już u jej wrót gromada z łomami i kilofami, gdy nagle zamurowane wejście rozpadło się, rozwalone od środka.

Egert, który w owej chwili znajdował się w bibliotece, zadrżał, słysząc potężne uderzenie gruzu, od którego zatrzęsła się ziemia. Widział dokładnie z okna, jak otaczający basztę tłum cofnął się, jakby odrzucony silnym porywem wiatru.

W ciemnym wejściu stał niewysoki człowiek w szarej opończy ze srebrną łuną włosów na głowie.

Okazało się, że ze sług tasza pozostała przy życiu mniej niż połowa. Ciała zmarłych mnichów leżały długim rzędem przed Wieżą. Kaptury skrywały ich martwe twarze. Pozostali przy życiu mnisi stali też nieruchomo, również z zasłoniętymi twarzami, wicher zaś jednakowo targał ich strojami.

Egert nie słyszał słów Mistrza. Strach nie pozwolił mu podejść bliżej. Tłum słuchał uważnie, w milczeniu. W najbardziej wzniosłych momentach przemowy zakonnika ucho Solla wychwytywało gromki okrzyk: „tasz!”, przy którym ludzie wzdrygali się, mimo woli spuszczając głowy. Gdy przełożony zakończył swoją mowę, lud rozszedł się cichy i pokorny, jakby rozważał w myślach zagadkę, zadaną przez Mistrza.

*

Minęło parę tygodni. Ocalali studenci radowali się, spotykając w uniwersyteckich progach, lecz po hałaśliwych powitaniach zazwyczaj następowało niezręczne milczenie: wypytując o los kolegów, słyszało się same ponure wieści. W każdym razie uniwersytet odżył. Przekazywano sobie szeptem informację o śmierci dziekana i wielu słuchało jej z drżeniem i smutkiem. Odwiedzali Torię, pragnąc podzielić jej ból.

Rektor złożył jej wyrazy współczucia, które przejęła ze spokojną godnością. Pracownia ojca stała się teraz jej gabinetem. Spędzała wiele godzin pod stalowym skrzydłem, przeglądając papiery ojca, a przede wszystkim rękopis dzieła. Amulet Wieszczbiarza ukryła, na prośbę Egerta, w miejscu znanym tylko jej. Soll nie chciał nic o tym wiedzieć i dziewczyna, przygryzając wargi, spełniła jego życzenie.

Widząc ją przechodzącą korytarzem, studenci witali ją niemal z takim samym szacunkiem, jak przedtem jej ojca. Egert nie odstępował jej ani na krok. Wszyscy już wiedzieli, że poślubi ją, kiedy tylko minie okres żałoby. Nikomu nawet nie przyszło do głowy dziwić się jej wyborowi.

Pewnego dnia następczyni dziekana zebrała wszystkich żaków w Wielkiej Auli. W ciągu godziny uniwersytet zamienił się we wrzący tygiel, kiedy opowiedziała im w prostych słowach prawdę o zbrodniczym postępku sług Tasza.

Hałas ciągle się wzmagał. Ktoś wolał, że trzeba wyjść na ulicę, ktoś inny nawoływał, by rozpędzić zakonników. Wspomniano przy tym Lisa: biedaczek miał rację, że nie cierpiał kapturników. Teraz by im pokazał! Pobladły rektor ledwie zdołał powstrzymać podopiecznych przed otwartym buntem.

Toria została wezwana do gabinetu rektora. Rozmowa była długa. Egert widział zdenerwowanie urzędnika, który stojąc w progu, spoglądał za Torią i kręcił łysą głową.

– Nie sądzę, moje dziecko, by należało coś takiego rozgłaszać… Brak wystarczających dowodów. Powstrzymaj się, proszę cię, od niewczesnych… Nie powinnaś…

Rektor nie przestawał mówić, gdy Toria odchodziła z niezwyczajnie pochyloną głową.

– Boi się – powiedziała z goryczą, zamykając drzwi ojcowskiego gabinetu za sobą i Egertem. – Nie chce nic zrobić. Nie wierzy mi. Uważa, że zaślepiła mnie rozpacz. Mieszczanie uważają teraz, że to słudzy kasza powstrzymali nadejście Końca Czasów, modląc się bez przerwy i odprawiając obrzędy ku czci Świętego Widziadła… Zbierają nawet datki na nowy posąg Łasza.

– Nie rozumiem – odparł bezradnie. – Przecież wielu z nich także umarło. Na co liczyli?

Uśmiechnęła się ponuro.

– Pamiętasz, co powiedział ojciec? „Niegrzeczny dzieciak podpala dom, święcie wierząc, że ogień nie spali jego zabawek…”.

Urwała, nieoczekiwanie dla samej siebie, jakby coś ścisnęło jej gardło. Wspomnienie o ojcu okazało się ponad jej siły. Długo milczała, odwrócona od mężczyzny, gładząc bezmyślnie karty rękopisu.

Egert z trudem się powstrzymał by jej nie objąć i nie pocieszać, lecz zdawał sobie sprawę, że byłoby to w owej chwili nieodpowiednie. Patrzył zatem bez słowa na zasmuconą ukochaną. Czuł jak codzienny lęk o własną skórę przezwycięża w nim całkiem odmienne uczucie.

– Tor – rzekł w końcu najostrożniej, jak tylko potrafił – wiem, że nie spodoba ci się to, co powiem za chwilę… Po prostu chcę ci powtórzyć słowa rektora: Nie powinnaś… atakować Łasza. To wszystko, teraz możesz na mnie nakrzyczeć.

Odwróciła się powoli, jej zaciśnięte usta zbielały, a wyraz oczu był taki, że młodzieniec cofnął się bezwiednie.

Chciał jej wyjaśnić, że nie kieruje nim strach, że pamięć o Łujanie jest mu tak samo droga, jak jego córce, że także nienawidzi świątobliwych zbrodniarzy. Zakon składa się jednak z szalonych fanatyków, którzy nie cofną się przed niczym. Jeśli rozpoczną z nim wojnę, Toria zacznie balansować na ostrzu brzytwy… a jej bezpieczeństwo jest dla niego najważniejsze. Ona wciąż milczała z chłodnym wyrzutem w oczach. Pod tym spojrzeniem nijak nie mógł sensownie wyłożyć dręczących go refleksji.

– Nie będę na ciebie krzyczeć – odparła w końcu tonem tak obcym, że go wystraszyła. – Przemawia przez ciebie klątwa. Od kiedy jednak słuchasz znowu jej tchórzliwych podszeptów?

Nastąpiła długa chwila napiętej ciszy. Egert przypomniał sobie dzień, kiedy Toria uderzyła go w twarz ciężką książką.

– Pokładałam wielkie nadzieje w rektorze – oznajmiła w końcu drżącym głosem. – Sami studenci to za mało… chociaż…

Zadumała się na chwilę.

– Chociaż może znajdę pomoc – podjęła. – Być może u ciebie?

Egert miał ochotę paść przed nią na kolana. Zamiast tego, podszedł bliżej, patrząc prosto w jej bezlitosne, suche oczy.

– Myśl sobie o mnie, co chcesz. Uważaj mnie za kogo chcesz, ale klątwa nie ma nic tutaj do rzeczy. Przecież nie zostałem zaklęty, by bać się o ciebie! A ja…

Tym razem on się zaciął, choć powinien był powiedzieć o tym, jak straszna była dla niego myśl o jej utracie, teraz, kiedy zostali we dwoje wobec nieprzyjaznego świata i jak trudno mu przyznać, że nie jest w stanie obronić tego, co dla niego najdroższe. Wszystko to należało wyrazić, lecz jego żałosne usiłowania nie przyniosły efektu.