Nie doczekawszy ciągu dalszego, znowu się odwróciła. Patrząc na jej wyprostowane sztywno plecy, pojął z lękiem, że wytworzyła się między nimi jakaś szczelina, a ta rozmowa może ich rozdzielić. Musi ratować ich oboje. Zrozumiawszy to milczał dalej, wiedząc, że ona ma rację: jest tchórzem i nie jest w stanie działać jak na męża przystało.
Dały się słyszeć niezwykle szybkie i głośne kroki na korytarzu. Egert podniósł głowę ze zdziwieniem, słysząc drżący głos rektora. Toria odwróciła się powoli, słysząc pukanie do drzwi. Najpierw ciche i niepewne, szybko zamieniło się w łomotanie. Soll był pewien, że nigdy jeszcze nikt nie ośmielił się tak potraktować drzwi gabinetu dziekana.
Toria uniosła brwi.
– Kto tam?
– W imieniu prawa! – usłyszeli zza drzwi.
Po chwili odezwał się wyraźnie roztrzęsiony rektor:
– Ależ, panowie, to jakaś pomyłka… Nie wolno wchodzić z bronią do świątyni nauki!
Kolejne uderzenia wstrząsnęły drzwiami. Każde z nich wzmagało drżenie serca Egerta. Zacisnął zęby, modląc się w duchu: Niebiosa, dajcie mi chociaż teraz zachować się jak należy!
Toria uśmiechnęła się pogardliwie. Uniosła skobel, otworzyła drzwi i stanęła w progu. Soll nie wytrzymał i cofnął się w ciemny kąt, przeklinając siebie. Niewidoczny z zewnątrz, dojrzał czerwono-białe uniformy, bladą twarz rektora, tłumek wzburzonych studentów i spokojne, kościste oblicze oficera, który trzymał w dłoni stylizowany biczyk, na znak tego, że w tym momencie wykonuje rozkaz wyższej władzy.
– To pracownia mego ojca – oznajmiła zimno panna. – Nikt nie ma prawa dobijać się do tych drzwi i nikt nie wejdzie do środka bez mojej zgody. Czego panowie sobie życzą?
Oficer podniósł biczyk.
– A więc potwierdza pani, że jest córką dziekana bujana?
– Z dumą potwierdzam.
Oficer skinął głową, jakby zadowolony z odpowiedzi.
– W takim razie prosimy panią udać się z nami.
Egert czuł strużki zimnego potu, spływającego po plecach. Dlaczego właśnie jemu musi się przydarzać coś, o czym inni śnią tylko w najgorszych koszmarach?!
Toria uniosła głowę jeszcze wyżej.
– Prosicie? Z jakiej racji? A jeśli odmówię?
Oficer znowu skinął głową z satysfakcją, jakby tylko czekał na podobne pytanie.
– Jesteśmy tutaj z nakazu sądu – oznajmił, potrząsając biczykiem na potwierdzenie. – I uprawnieni jesteśmy doprowadzić panią, jeśli odmówi pani pójść dobrowolnie.
Egert bardzo pragnął, by Toria obejrzała się na niego.
Wydawałoby się, cóż w tym prostszego, obejrzeć się w poszukiwaniu pomocy i obrony… Zarazem wiedział jednak od początku, że ona tego nie zrobi, ponieważ nie oczekuje od niego obrony, a gdyby napotkała jego wystraszone, pełne poczucia winy spojrzenie, straciłaby resztki nadziei. A jednak błagał ją w duszy, by to uczyniła. Zdawało się przez mgnienie, że miała taki zamiar, lecz znieruchomiała w półobrocie.
– Panowie – wtrącił się rektor, trzęsąc starczo głową – to coś niebywałego. Nikogo jeszcze nie aresztowano w tych dostojnych murach… To świątynia… Przybytek pracy duchowej. Kalacie świętość! Pójdę ze skargą do burmistrza!
– Niech się pan uspokoi, panie rektorze – powiedziała Toria spokojnie, jakby zadumana. – Jestem pewna, że to nieporozumienie wkrótce się wyjaśni…
Urwała i zwróciła się do oficera.
– Cóż, widzę, że nie cofniecie się nawet przed przemocą, a nie chcę, by te szacowne mury ją oglądały. Pójdę.
Zrobiła krok do przodu i zamknęła szybko za sobą drzwi gabinetu, jakby chciała ochronić Solla przed niepowołanymi spojrzeniami.
Drzwi były zamknięte. Egert stal z zaciśniętymi pięściami, wsłuchany w oddalający się tupot ciężkich butów, niespokojne szepty studentów i lamenty rektora.
Masywny gmach sądu był niewątpliwie najbrzydszy na placu. Egert przywykł obchodzić go szerokim lukiem, żelazną bramę z wyciosanym nad nią napisem „Strzeż się prawa!” i okrągły słup z miniaturową szubienicą, gdzie na stryczku kołysała się szmaciana lalka. Wszystko to wydawało mu się okropne i odrażające.
Spadł mokry śnieg, który wydał się Sollowi szarobury niczym zleżała wata. Trzewiki grzęzły po kostki w wilgotnej mazi. Po słupie latarni, stanowiącym dla mężczyzny coś w rodzaju przystanku, ściekały strugi wody. Drżąc na całym ciele i przestępując z nogi na nogę, wpatrywał się intensywnie w zatrzaśnięte wrota, łudząc się, ze za chwilę się otworzą i jego ukochana wyjdzie na wolność.
Towarzysząca mu do tej chwili grupka studentów rozchodziła się powoli w ponurym milczeniu, nie patrząc na siebie. Do gmachu sądowego wchodzili i wychodzili zeń rozmaici ludzie: urzędnicy wyższej i niższej rangi, uzbrojeni w piki strażnicy, petenci z kornie schylonymi głowami. Chuchając w zmarznięte dłonie, Egert zastanawiał się, czy juz przedstawiono Torii akt oskarżenia. Ciekawe, czego mógł dotyczyć. Jak jej pomóc, skoro nawet wizyta rektora u burmistrza spełzła na niczym?
Przebył na placu noc pełną strachu, w słabym świetle latarni i zwodniczych światełek w oknach przeklętego budynku. Świt przyszedł jakby spóźniony. W świetle poranka Egert ujrzał wchodzących w żelazne wrota mnichów Łasza.
Było ich czterech i wszyscy zdawali się młodzieńcowi podobni do Fagirry. Drzwi zatrzasnęły się za nimi, a Egert zwinął się w pól przy swojej latarni, bolejąc nad własnym lękiem i bezradną rozpaczą.
A zatem oskarżenie pochodzi od sług Łasza. Zdawało mu się, że słyszy w głowie głos Fagirry: „Miejski sędzia także słucha rad naszego Mistrza…”. Tak czy owak, zakon Łasza to jeszcze nie sąd! Może sędzia da sobie wyjaśnić i otworzyć oczy… Być może. Stracił bliskich podczas Czarnego Moru. Zaraza nie zważała na godności ani urzędy…
Z żelaznych wrót wyszła pospiesznie grupa strażników, pod wodzą tego samego oficera, który aresztował Tonę. Rozrzucając bezceremonialnie zwały śniegu podkutymi butanu, ruszyli przed siebie. Egertowi wydało się, że znowu zmierzają w stronę uniwersytetu.
Gdyby żył jeszcze dziekan… z pewnością nie ośmielili by się. Teraz nie ma kto bronić Torii oprócz…
Przywarł policzkiem do wilgotnego słupka, przezywając kolejny przypływ strachu. Podejść do żelaznej bramy, mi rając kukło wisielca i przestąpić próg… przecież Toria już go przestąpiła.
Długo musiał przekonywać sam siebie, że nie ma niczego strasznego w czekającej go czynności. Wejdzie tam i wyjdzie, byle tylko zobaczył się z sędzią… Sędzia to nie hasz… Toria jest w środku, może zdoła ją zobaczyć.
Ostatnia mysi okazała się decydująca. Wykonując wszelkie ochronne rytuały, ściskając palce jednej dłoni i zaciskając drugą na guziku, dotarł skomplikowanym zygzakiem do okutych żelazem podwojów.
Nigdy nie ośmieliłby się nacisnąć klamki, lecz właśnie, na szczęście albo wręcz przeciwnie, drzwi się rozwarły i wyszedł nimi sądowy pisarczyk o bezbarwnym obliczu. Sollowi nie pozostawało nic innego, jak zrobić krok do przodu, w nieznane.
Nieznane okazało się niskim, półokrągłym pomieszczeniem z mnóstwem drzwi, pustym biurkiem pośrodku i znudzonym wartownikiem u wejścia. Nawet nie spojrzał na wchodzącego. Apatyczny, młody kancelista wodził bezmyślnie po blacie biurka czubkiem zardzewiałego nożyka do przycinania piór. Spojrzał na przybysza pytająco, ale bez szczególnego zainteresowania.
– Proszę zamknąć za sobą drzwi.
Drzwi zatrzasnęły się za plecami Egerta bez jego pomocy, jak drzwiczki żelaznej klatki. Zadzwonił łańcuch, przykuty do zasuwy.
– W jakiej sprawie? – zapytał kancelista.
Jego ospały, pospolity wygląd mocno uspokoił Solla. Pierwszą osobą, jaką spotkał w tym strasznym miejscu był ktoś, kto wyglądał nie bardziej groźnie niż byle ławnik. Wziął się w garść, ściskając ze wszystkich sil guzik i wydusił w końcu: