– Córka dziekana Łujana z uniwersytetu została wczoraj aresztowana… Ja…
Urwał, nie wiedząc, co dalej mówić. Kancelista ożywił się wyraźnie.
– Nazwisko?
– Czyje? – zapytał dosyć głupio.
– Pańskie.
Urzędnik najwidoczniej od dawna przyzwyczaił się do tępoty petentów.
– Soll – odpowiedział Egert po chwili.
Mętne oczy kancelisty rozjarzyły się nagle.
– Wolny słuchacz Soll?
Niemile zaskoczony wszechwiedzą urzędnika, Egert skinął głową z wysiłkiem. Tamten podrapał się czubkiem nożyka w policzek.
– Myślę, że… Proszę tu poczekać, zaraz zamelduję komu należy.
Bezszelestnie poderwawszy się zza biurka, urzędnik zniknął w jednym z bocznych korytarzy.
Egerta raczej to wystraszyło niż uradowało. Lękał się moc niej niż poprzednio, nogi się pod nim trzęsły. Bezwiednie zrobił krok ku wyjściu. Drzemiący strażnik otworzył czujnie oczy i jego dłoń zacisnęła się na drzewcu piki. Egert zastygł na miejscu. Drzwiami, za którymi zniknął kancelista, wszedł drugi strażnik i przyjrzał się krytycznie Sollowi, jak kucharz ogląda mięso przyniesione od rzeźnika.
Kancelista wyjrzał natomiast zza całkiem innych drzwi i przyzwał młodzieńca do siebie zgiętym palcem.
– Pan pozwoli, Soll…
Grzeczny, jak posłuszny malec, Egert podreptał na spotkanie swego losu. W ciemnym korytarzu minęli paru zakapturzonych. Soll poczuł znajomy, cierpki zapach, który wydał mu się teraz obrzydliwie mdlący. Żaden ze sług Łasza nie uniósł kaptura, lecz młodzieniec odczuł na swojej skórze uważne, chłodne spojrzenia.
Twarz sędziego była nalana i maleńkie, wzgardliwe oczka niemal ginęły w obwisłych policzkach. Egert spojrzał w nie tylko raz i stropił się natychmiast, spuścił więc oczy na gładką, poznaczoną żyłkami marmuru podłogę, na którą ściekała woda z jego przemokłych trzewików. Sędzia zerkał nań spod oka i młodzieniec czuł na sobie owo przenikliwe, świdrujące spojrzenie.
– Oczekiwaliśmy, że zjawi się pan wcześniej, panie Soll – rzekł sędzia ledwie dosłyszalnym, przerywanym głosem, jakby mówienie sprawiało mu wielką trudność. – Czekaliśmy… Przecież aresztowana jest pańską żoną?
Egert drgnął. Sędzia musiał dość długo czekać na odpowiedź.
– Na razie… jesteśmy zaręczeni… mieliśmy zamiar…
Mamrocząc owe żałosne zdania, czuł odrazę do samego siebie, jakby mówiąc prawdę sędziemu, zarazem zdradzał ukochaną.
– Wszystko jedno – zaszemrał funkcjonariusz. – Prawo liczy na pana. Będzie pan głównym świadkiem procesu.
Egert uniósł głowę.
– Świadkiem? Czego?
Za drzwiami dały się słyszeć podniesione głosy i tupot butów. Zza kotary wychynął kancelista i szepnął coś szybko na ucho szefowi.
– Niech pan im powie, że rozkaz odwołano.
Głos sędziego szeleścił, niczym wężowa skóra na suchych kamieniach.
– Już tutaj jest.
Wyostrzone zmysły Solla natychmiast wyczuły, że o nim mowa. Przypomniał sobie strażników zmierzających w stronę uniwersytetu i oblizał zapiekłe, wysuszone wargi.
– Nie ma się czego bać, Soll – rzekł z uspokajającym uśmiechem sędzia. – Jest pan tylko świadkiem. Bardzo cennym, skoro był pan niemal członkiem rodziny starego czarownika… Nieprawdaż?
Egert poczuł, że jego blade policzki zalewają się teraz gorącą czerwienią. Nazwanie pana Łujana „starym czarownikiem” było przekroczeniem wszelkich granic niegodziwości. Strach jednak pochłonął ten poryw oburzenia, jak bagno pochłania ciśnięty w nie kamień.
Sędzia podjął beznamiętnie:
– Oczekujemy od świadka tylko jednego, żeby mówił prawdę. Wie pan, jak ciężko Czarny Mor doświadczył nasze miasto. I wie pan, że nie pojawił się sam z siebie…
Egert spiął się cały.
– Mór nie pojawił się sam z siebie cicho powtórzył urzędnik. – Stary czarownik i jego córka wykorzystali swa magiczną moc, by wezwać go spod ziemi, gdzie było siedlisko owego zła. Święte Widziadło kasza uprzedzało o zbliżają cym się Końcu Czasów, a słudzy jego bezustannymi modłami i obrzędami zdołali w końcu powstrzymać zarazę i zabić czarodzieja. Miasto zostało uratowane, lecz za cenę wielu ofiar… Zgodzi się pan chyba, że wspólniczka takie] zbrodni powinna odpowiedzieć przed prawem. Żądają tego krewni zmarłych i zada tego nasza sprawiedliwość.
Cichy głos sędziego wydal się Sollowi ogłuszający jak ryk stada pędzonego na ubój.
– To wszystko nieprawda – szepnął, pokonując strach. – Kłamstwo… Słudzy Łasza rozkopali legowisko Moru i oni go wezwali, a dziekan powstrzymał go za cenę swego życia. Widziałem na własne oczy!
W tym momencie lęk znowu odebrał mu zdolność mówienia, zalewając go strugami potu i wprawiając w niepowstrzymane drżenie.
– Bluźnierstwo przeciwko Łaszowi – zauważył sędzia – już za pierwszym razem podlega karze publicznej chłosty pletniami…
W ciągu kolejnych długich minut Soll widział oczyma duszy tłum zebrany wokół pręgierza i świszczące bicze w dłoniach siepaczy… Poczuł na skórze pleców piekące smugi.
Sędzia westchnął. Coś złego działo się wciąż z jego gardłem, jakby miał chroniczny nieżyt lub czkawkę.
– Rozumiem jednak pańską postawę, gdyż nie panuje pan nad sobą w tej chwili, a zatem nie odpowiada za swoje słowa. Udam więc, że ich nie słyszałem… Proces zapewne zacznie się w najbliższych dniach, kiedy skończymy przesłuchanie oskarżonej. A co się tyczy pana, Soll, nie mam zamiaru pana zatrzymywać, jednakże oskarżyciel będzie chciał panu zapewne za dać parę pytań…
Sędzia ujął w dłoń dzwonek stojący na stole. Nim leszcze rozległ się jego dźwięk, zza ciężkiej portiery wynurzył sie przysadzisty strażnik. Egert przeszedł pod odchyloną kotara, ledwie powłócząc nogami.
Pochodnie jaśniały na szarych ścianach. Cień idącego wzdłuż nich Solla miotał się niczym oślepia ćma. Wsłuchany w odgłos własnych kroków, dumał o losie Torii.
Przesłuchują ją i mają zamiar nadal przesłuchiwać. Za co? Co może im wyznać? Ona.. Czyżby ją torturowali? Na niebiosa!
Zdawało mu się, że słyszy w głuchej ciszy oddalone, stłumione grubymi murami krzyki bólu. Nie wytrzymał i stanął, nasłuchując. Prowadzący go strażnik obejrzał się zdziwiony.
Szczęknął zamek tajnego wejścia i strażnik przepuścił przed sobą Egerta, lekko popychając go w plecy. Niewielkie, ciasne pomieszczenie wyglądało jak cela i Egert gotów byt uznać, że jego także uwięziono, lecz właśnie w tej chwili wniesiona pochodnia oświetliła człowieka, siedzącego w rogu na wysokim fotelu. Nie dziwiąc się już niczemu, Egert rozpoznał Fagirrę.
Strażnik wetknął żagiew w pierścień na ścianie i wyszedł, nisko się kłaniając. Stukot jego podkutych obcasów długo dźwięczał w korytarzu.
Fagirra siedział nieruchomo. Kaptur miał odrzucony na plecy. Egert miał wrażenie, że minęły wieki od ich ostatniego spotkania. Od tamtej pory zdarzyło się wiele okropnych rzeczy, a jego młodo wyglądający wówczas znajomy wyraźnie się postarzał. Dopiero teraz objawił się jego prawdziwy wiek struchlałemu młodzieńcowi.
Kilka minut spoglądali na siebie, po czym zakonnik westchnął głęboko i wstał, ustępując Egertowi jedynego siedzącego miejsca w pomieszczeniu.
– Siądź, proszę… Widzę, że z trudem trzymasz się na nogach.
– Postoję – odrzekł ponuro Egert.
Fagirra pokręcił głową z powagą.
– Nie dasz rady. Sam dobrze o tym wiesz… Twoja duma i tchórzliwość walczą wciąż między sobą, lecz coś mi mówi, że ta druga siła zwycięży. Można, oczywiście, bez końca ubolewać nad tym, dręczyć się tym wciąż, a można też po prostu usiąść i posłuchać, co powie życzliwy ci człowiek… Od samego początku bardzo cię polubiłem, Egercie.