– Jesteś oskarżycielem – stwierdził raczej niż zapytał Egert. – Oskarżycielem Torii… Mogłem się tego spodziewać.
– Tak – potwierdził smutno mnich. – Jestem oskarżycielem, ty zaś będziesz świadkować.
Egert wsparł się plecami o ścianę, nie czując chłodu ani wilgoci. Osunął się po murze i siadł na podłodze.
– Fagirro – spytał zmęczonym głosem – widziałeś skutki Moru? Nie wiem, co się działo za murami Wieży, lecz tutaj, w mieście… Widziałeś?
Zakonnik przeszedł się wzdłuż niewielkiej celi. Soll śledził stąpające miarowo, przesłonięte częściowo opończą, wojskowe buty.
Fagirra zatrzymał się.
– Zmarł ktoś z twoich bliskich?
– Przyjaciel – potwierdził. – I zginął… nauczyciel.
Mnich wznowił swój obchód.
– Tak… Rozumiem. W mojej rodzinie zmarło sześć osób: matka, brat, siostry i dalsi krewni… Mieszkali na przedmieściu i zmarli jednego dnia.
Egert milczał. Wiedział, że tamten go nie okłamuje, słysząc zmianę w jego głosie.
– Nie wiedziałem – odparł ochryple, – że słudzy Łaszą mają rodziny.
– Według ciebie – rzekł zakonnik z krzywym uśmiechem – słudzy Łaszą spadają z nieba?
Jakiś czas słychać było tylko potrzaskiwanie łuczywa i miarowe kroki Fagirry.
– Przepraszam – mruknął wreszcie Soll.
Tamten znów się uśmiechnął.
– Nie było cię tam, w Wieży… kiedy zamurowaliśmy wszystkie wejścia, nawet te tajne, nawet szczurze nory… Zaczął się pomór i zaczęliśmy, co rano znajdować trupy…
– Sami tego chcieliście – odparł Egert przez zęby.
Mnich wyszczerzył się szpetnie.
– Nie tobie nas osądzać!
– To przecież obłęd…
Fagirra zaśmiał się skrzekliwie.
– Tak, ponieważ Mistrz jest szalony! Zakon jednak nie może istnieć bez Mistrza. Przełożeni odchodzą, a zakon pozostaje i pozostaje Wieczna Tajemnica – dodał jakby z ukrytym sarkazmem – oraz związana z nią władza. Nie zrozumiesz tego, ponieważ nie pragniesz władzy.
– Wy jej pragniecie – stwierdził Soll ledwie słyszalnie.
Mnich skinął głową.
– Owszem… Wiesz, kto będzie następnym Mistrzem?
– Wiem – odparł ponuro.
Znowu było cicho jakiś czas. Później, gdzieś w głębokich podziemiach, zadźwięczało żelazo i rozległy się odlegle, stłumione krzyki. Zadrżał, nie będąc pewnym, czy owe dźwięki nie pojawiały się tylko w jego wyobraźni.
– Posłuchaj – powiedział z rozpaczą – co tam władza… Znasz prawdę tak samo jak ja. Wiesz skąd się wzięła zaraza i kto ją powstrzymał, jesteśmy winni wszyscy nasze życie dziekanowi: ja, ty, sędzia, miejscy strażnicy i pan burmistrz… Człowiek oddał za to swoje życie. Dlaczego więc chcecie skazać jego niewinną córkę?
– Łujan miał większą moc niż sądziłem.
Fagirra zatrzymał się, mrużąc powieki w świetle pochodni.
– Rzeczywiście był wielkim magiem.
Słowa te, wypowiedziane bez wahania, zaskoczyły Egerta tak, że pochylił się do przodu.
– Przyznajesz?!
Mnich wzruszył ramionami.
– Tylko szaleniec w rodzaju naszego Mistrza mógłby to kwestionować.
Egert bezsilnie splótł spotniałe dłonie.
– Na niebiosa! O co chcecie oskarżyć Torię?!
Fagirra spojrzał wprosi na zrozpaczoną twarz młodzieńca, westchnął i usiadł obok niego na kamiennej podłodze, opierając się piecami o ścianę. Gdzieś w czeluściach piwnic jęknęły żelazne zawiasy.
– Wrócisz potem do domu – powiedział zakonnik beznamiętnie. – Twój ojciec jest bardzo stary, a matka ciężko choruje… w miasteczku zwanym Kawarren.
– O co chcecie oskarżyć Torię?! – powtórzył Egert.
– Tak, ona jest piękna… zbyt piękna, Egercie. Jej uroda przynosi nieszczęście. Stała się przyczyną śmierci jej pierwszego narzeczonego, którego…
– Skąd wiesz…
– Którego zabiłeś. Nie jest taka, jak zwykłe kobiety, jest w niej coś takiego… Posiada swego rodzaju dar, jeśli można tak to nazwać. Niezwykła z niej kobieta i rozumiem, że nadal próbujesz jej bronić, Egercie…
– Jest niewinna – powiedział Soll, patrząc prosto w błyszczące w półmroku oczy zakonnika. – O co ją zamierzacie obwinie?
Fagirra odwrócił wzrok.
– O czary, które ściągnęły na nas zarazę.
Ziemia nie zadrżała i ściany się nie zatrzęsły. Pochodnia skwierczała jak poprzednio, wydobywając z mroku błyszczące, srebrne hafty na stojącym w kącie fotelu.
– Nie rozumiem – odparł Egert, chociaż od razu wszystko zrozumiał.
Fagirra westchnął.
– Spróbuj zrozumieć. Istnieją cenniejsze rzeczy niż życie i zwykła sprawiedliwość… Ofiara jest zawsze niewinna, inaczej cóż to byłaby za ofiara? Zawsze jest też lepsza niż otaczający ją motłoch…
– Fagirro – szepnął Egert – nie róbcie tego.
Jego rozmówca kiwnął głową w udręce.
– Rozumiem cię… ale nie ma innego wyjścia. Ktoś powinien ponieść karę za Czarny Mór.
– Prawdziwi winowajcy…
– Winna jest Toria, zła wiedźma, córa czarnoksiężnika – odrzekł spokojnie mnich. – Zastanów się nad sobą, Soll. Jestem w stanie zrobić z ciebie jej wspólnika, choć póki co jesteś świadkiem… Rozumiesz, że znalazłeś się na skraju przepaści?
Egert zacisnął zęby, pokonując koleiną falę strachu, Fagirra położył mu dłoń na kolanie.
– Wciąż jesteś świadkiem. Twoje świadectwo będzie tym bardziej cenne, że kochałeś oskarżoną, lecz w imię prawdy zdołasz wyrzec się owego uczucia.
– W imię prawdy?!
Fagirra wstał. Na ścianie pojawił się jego smukły cień. Podszedł do fotela i opadł na siedzenie. W świetle pochodni wydawał się teraz znużonym starcem.
– Co ją czeka? – zapytały samoistnie poruszające się wargi młodzieńca.
Fagirra uniósł powieki.
– Po co ci wiedzieć, w jaki sposób umrze? Wrócisz do swego Kawarrenu zaraz po rozprawie. Zapewne jakiś czas będziesz cierpiał, lecz czas potrafi leczyć wszelkie rany.
– Nie złożę fałszywego świadectwa przeciw Torii! – zawołał szybciej, nim strach zdążył zatkać mu gębę.
Fagirra pokręcił głową. Chwilę nad czymś dumał, wzdychając, potem zwrócił się do młodzieńca.
– Wstań i pójdź za mną.
Zdrętwiałe nogi nie chciały być posłuszne, Egert wstał więc dopiero za drugą próbą. Fagirra wydobył z fałd opończy pęk kluczy. W ciemnym kącie objawiły się jeszcze jedne, niskie, żelazne drzwiczki, za nimi zaś kręcone schody, wiodące w dół.
Niewysoki, barczysty osobnik w płóciennym fartuchu grzebał w zębach wykałaczką. Pojawienie się mnicha z Egertem mocno go spłoszyło, toteż omal nie połknął drewnianej drzazgi, wyskakując na powitanie kapturnika. Odebrawszy łuczywo z rąk zakonnika, poszedł przodem. Tymczasem Eger wciąż usiłował przypomnieć sobie, gdzie mógł go wcześniej spotkać. Przestał o tym myśleć, gdy przewodnik energicznie otworzył kolejne żelazne drzwi z zakratowanym okienkiem.
Płonęły tutaj aż trzy pochodnie. W ich świetle Egert ujrzał wiszące na ścianach przerażające narzędzia tortur.
Zatrzymał się, słabnąc. Fagirra szybko go podtrzymał, chwytając mocno za przedramię. Na hakach i na pólkach znajdowały się rozliczne, nie tknięte rdzą, w pełni gotowe do użytku instrumenty: kleszcze i świdry, imadła do ściskania stóp, kliny do miażdżenia kolan, najeżone kolcami deski, rozmaite bicze i jeszcze gorsze rzeczy, od których Soll pospiesznie odwrócił wzrok. Pośrodku izby tortur znajdowało się palenisko z żarzącymi się węglami, obok stały zaś trójnogi zydel i fotel z wysokim oparciem, taki sam jaki pozostawili w poprzednim pomieszczeniu. Na niewielkim podwyższeniu rozbiegane oczy Egerta dostrzegły ławę do zadawania mąk ze zwisającymi z niej rzemiennymi paskami.