Przypomniał sobie, gdzie już widział owego krępego człowieczka. W Dzień Wszelkiej Radości wszedł na szafot razem z sędzią i skazańcami, trzymając w dłoniach topór. Niósł go wtedy skromnie i naturalnie, obecnie zachowywał się tak samo, troskliwie rozdmuchując żar w żelaznym trójnogu.
– Egercie – zapytał cicho Fagirra, wciąż podtrzymując go pod ramię – gdzie znajduje się złota zabaweczka, medalion, który należał do dziekana?
Węgle przybrały czerwoną barwę. Kat mógłby być znakomitym palaczem. Egert zachrypiał coś niewyraźnie, nie będąc w stanie wyrzec nawet słowa.
– Pamiętasz, pytałem cię kiedyś o sejf. Nasi ludzie przeszukali dobrze pracownię dziekana i niczego nie znaleźli. Wiesz, gdzie jest teraz medalion?
Soll milczał. W jego zmąconym strachem mózgu plątały się bezładne myśli: bluźnierstwo… pracownia… stalowe skrzydło… skalali… gdyby żył dziekan…
Fagirra spojrzał mu prosto w oczy.
– Egercie, to bardzo ważna sprawa… Wierz mi, że wrzaski badanych nie sprawiają mi żadnej przyjemności, gdzie jest?
– Nie wiem – odpowiedział niesłyszalnie, lecz zakonnik odczytał te słowa z ruchu warg.
Mnich przeniósł znaczące spojrzenie z Solla na oprawcę, z niego zaś na rozżarzone węgle. Westchnął, muskając palcem kącik ust.
– Wiem, że nie kłamiesz… Komuś innemu bym nie uwierzył, lecz tobie… Szkoda, że istotnie tego nie wiesz.
Puścił ramię Egerta.
– Tylko Toria to wie? Tak?
Egert omal nie upadł. Nie wiedząc, co czyni, chciał przysiąść na łożu tortur, lecz natychmiast odskoczył. Fagirra pchnął go lekko na fotel. Młodzieniec opadł bezwładnie, uderzając potylicą w oparcie. Wczepił kurczowo palce w podłokietniki.
Kat spojrzał pytająco na mnicha. Ten mruknął zmęczonym głosem:
– Czekaj…
Siadł naprzeciw Solla na zydlu, rozpościerając poły opończy na kamiennej posadzce.
– Powtarzam: lubię cię, Egercie. Nie ukrywam przed tobą niczego. Według prawa odmowa zeznań lub krzywoprzysięstwo podlegają karze wyrwania języka… Pokaż mu szczypce – zwrócił się do oprawcy.
Tamten zmierzył Egerta wzrokiem fachowca, po czym poszedł do kąta i wydobył stamtąd odpowiednie, jego zdaniem, narzędzie. Wygięte szczypce błyszczały oliwą, co świadczyło o pracowitości i solidności majstra, zwłaszcza, ze nawet oplecione skórą rękojeści były czyste i dobrze utrzymane.
Egert zamknął powieki.
– To ci nie pomoże – powiedział mnich z przywołanej przez. Solla ciemności. – Zachowujesz się, jak dzieciak, Egercie… Nie znikniemy, skoro zamknąłeś oczy. Nie chcesz, to nie patrz. Sąd zbierze się pojutrze, a do tego czasu musisz zachować zdolność mówienia. Widzę, że sam rozumiesz, o co chodzi. A jeśli przydadzą ci się pieniądze na podróż do Kawarrenu podczas tych paru dni, chętnie służę… Przecież wrócisz? Prawda?
Egert usiłował przypomnieć sobie roześmianą twarzyczkę Torii, lecz nie potrafił.
Ocalone od zarazy miasto znowu pragnęło żyć.
Z dalszych i bliższych miejscowości przybywali spadkobiercy, pragnący przejąć opustoszałe i rozgrabione kamienice, warsztaty i sklepy. Tu i ówdzie wybuchały z tego powodu bojki. Cechy rzemiosł, podnoszące się z klęski, odstąpiły od swych wielowiekowych tradycji i przyjmowały w swoje szeregi nawet niedouczonych czeladników. Przez bramę miejską od świtu do zmierzchu wlewały się tłumy radosnych i sprytnych prowincjuszy, przede wszystkim młodych, pragnących jak najprędzej wyjść na ludzi, to znaczy wzbogacić się i wżenić w arystokratyczne rody. Te również powracały do swoich siedzib, toteż na ulicach znowu słychać było tupot kopyt i turkotanie karet, pojawiły się też lektyki, dźwigane przez lokajów w liberiach. Wszędzie biegały dzieci, radując się świeżo spadłym śniegiem, podobnie jak niemowlaki na rękach maniek.
Wciągu dnia miasto było niezwykle ożywione, lecz ani jedna noc nie przechodziła bez głośnego płaczu i łez, sennych koszmarów i gorzkich żalów. Wśród nie usuniętych ciągle zgliszcz błąkali się ci, którzy stracili rozum podczas Moru, od których uciekały nawet bezpańskie psy. Nie było rodziny, która nie poniosłaby jakiejś straty, dlatego też snuto wciąż ponure opowieści o niedawnej przeszłości.
Pewnej nocy wybito wszystkie okna w gmachu uniwersytetu. Mieszczanie, którzy nie uwierzyli w straszną zbrodnię dziekana i jego córki, spierając się z sąsiadami, a często z własnymi domownikami, mieli tylko jeden argument: to niemożliwe! Większość krzywiła twarze z niechęcią i wzruszała ramionami. Magowie… Kto ich tam wie… Zwykły człowiek nie pojmie ich czynów, a przecież Mór nie pojawił się znikąd. Niech ich… tych czarowników!
Na placu doszło do walki. Grupka studentów starta się na śmierć i życie z rozwścieczonymi czeladnikami. Polała się krew i tylko interwencja straży miejskiej położyła kres owej bitwie. Pobici studenci skryli się w uniwersytecie, a w siad za nimi leciały kamienie.
Wieczorem, w wigilię procesu, przed gmachem sądu pojawili się pierwsi gapie. O świcie plac by I wypełniony nieprzebranym tłumem do tego stopnia, że strażnicy musieli użyć piet ni, zęby utorować sobie drogę do budynku. Przed szeregiem sług Łasza ludzie sami się rozstępowali, popychając się wzajem. Budynek uniwersytetu straszył wciąż wybitymi oknami, lecz grupa studentów także się pojawiła, nie bacząc na wrogie okrzyki i obelgi. Cztery oddziały strażników musiały ochraniać jednego z nich, wysokiego i jasnowłosego, ze szramą na policzku, prowadząc go przez plac. W tłumie powiadano, że jest głównym świadkiem.
Do sali sądowej dostali się tylko nieliczni. Uznając jednak wagę procesu, sędzia zezwolił łaskawie, by ludzie stali w otwartych drzwiach, w korytarzach i na schodach, tak więc potężny budynek połączył się z ludnością na placu szeroką ludzką lawą. Przekazywano sobie zasłyszane słowa z ust do ust, jak przekazuje się wiadra wody podczas pożaru, o wszystkim zatem, co zostało powiedziane w sądzie, prędko dowiadywała się stojąca na zewnątrz, gawiedź.
Przesłuchanie opóźniało się z jakichś przyczyn. Egert, siedząc na długiej, skrzypiącej ławie, patrzył obojętnie na gwarzących za pustym stołem sędziowskim zakonników, na ostrzącego pióra kancelistę, na rozsiadających się po drugiej stronie sali wystraszonych ławników, w pewnym sensie też świadków, świadków Czarnego Moru… Wszystko powinno odbywać się zgodnie z prawem. Szkoda, że nie można wezwać przed sąd tych nieszczęsnych, których ciała spoczęły w kurhanie, a zwłaszcza dziekana bujana… Nie wstanie już spod ziemi, nawet na ratunek ukochanej córce.
Zauważył w tłumie widzów studenckie kapelusiki z frędzelkami i natychmiast odwrócił wzrok.
Za stołem sędziowskim miotali się dwaj sekretarze. Egert usłyszał, jak jeden pyta z cicha drugiego:
– Masz nurze pilnik do paznokci? Psiakrew, złamałem jeden…
Tłum falował, szepcząc, z jednakową ciekawością oglądając ponury wystrój pomieszczenia, pisarczyków, Egerta, strażników, fotel sędziego, miniaturową szubieniczkę na stole, dokładną kopię stojącej na zewnątrz. Ława oskarżonych była ciągle pusta i tylko obok niej przysiadł na stoiku niepozorny człowieczek w płóciennym fartuchu, trzymający na kolanach takiż płócienny futerał, po kształcie którego Soll od razu domyślił się zawartości.
Były to szczypce z długimi rączkami.
Minęło chyba z dziesięć minut, potem znów drugie tyle. Widzowie w końcu zaczęli szemrać z niezadowoleniem, gdy ujrzano wreszcie kroczącego do stołu sędziego. Wyprzedzał go zakapturzony człowiek, którego Egert natychmiast rozpoznał. Z trudem powłócząc nogami, sędzia wspiął się po krytych aksamitem schodkach i ociężale opadł na fotel. Fagirra stanął obok, nie zdejmując kaptura. Egert wyczuł jego uważne spojrzenie. Sędzia szepnął coś kanceliście, ten zaś powtórzył, niczym gromkie echo: