– Wprowadzić oskarżoną!
Egert pochylił nisko głowę, nie odrywając oczu od szarych smug na posadzce. Tłum zahuczał ogłuszająco, zabrzęczało żelazo i w tej chwili młodzieniec miał wrażenie, że powraca jego właściwość odczuwania cudzego bólu.
Nie podnosząc oczu, czuł całym sobą wejście Torii. Była kłębkiem nerwów i cierpienia, powściąganych silą woli. Wyczul jak szuka z nadzieją jego osoby i jak oczy jej pojaśniały, gdy go dostrzegła. Zrozumiał, że jego ukochana wie wszystko, również, o roli, jaką on ma odegrać w procesie, a mimo to jednak się ucieszyła, widząc go, wciąż bowiem liczyła na niego, naiwnie jak dziecko, liczyła na najdroższego człowieka…
Podniósł głowę.
Kilka dni przesłuchań odbiło się na jej twarzy. Spotkawszy się z nim wzrokiem, próbowała się uśmiechnąć, lecz spękane wargi nie poddały się jej woli. Czarne włosy były sczesane gładziej niż zazwyczaj. Zaczerwienione oczy pozostawały suche. Strażnik posadził ją na ławie oskarżonych. Ze wstrętem unikała jego dotyku i znowu spojrzała na Solla. Próbował uśmiechnąć się do niej pocieszająco, lecz nie zdołał, czując ciągle na sobie wzrok Fagirry.
Kat westchnął głęboko na całą salę, ponieważ właśnie zapadła kompletna cisza. Oskarżyciel stanął przy barierce i energicznie odrzucił kaptur.
Egert odczuł przestrach Torii. Aż podskoczyła, kiedy mnich na nią spojrzał. Zdając sobie sprawę, że właśnie on osobiście ją przesłuchiwał, Soll zapragnął zadusić gada i z chęcią by to uczyni!, gdyby nie paraliżował go lęk.
Zakonnik rozpoczął mowę oskarżycielską i już od pierwszych jej słów Egert zrozumiał, że sprawa jest beznadziejna i jego Toria jest z góry skazana.
Fagirra mówił spokojnie, prostym językiem, ludzie słuchali go z uwagą, z zapartym tchem. Tylko gdzieś z tylu słychać było szepty, przekazujące słowa oskarżyciela stojącym na zewnątrz. Z owej mowy, jasnej i precyzyjnej, jak dzieło jubilera, wynikało ponad wszelką wątpliwość, że dziekan od dawna zamierzał zniszczyć miasto i że oczywiście córka mu w tym pomagała. Fagirra podawał liczne szczegóły i dowody, od których Egertowi cierpła skóra. Być może zakon Łasza miał swojego szpiega na uniwersytecie albo Toria w trakcie przesłuchali zdradziła różne szczegóły z życia jej ojca. Tłum wydawał gniewne pomruki. Soll czuł, jak przenika go sprawiedliwe oburzenie i żądanie odpowiedniej kary.
Toria słuchała spięta wewnętrznie. Jej ukochany czuł, jak stara się zebrać myśli, jak bolą ją oszczerstwa, niczym podstępne ciosy. Jej nadzieja, związana z obecnością Egerta, gasła teraz, powoli niczym ogarek.
Fagirra skończył mowę, uważnie spoglądając na Egerta. Zarzucił znowu kaptur i powrócił na swoje miejsce obok sędziowskiego fotela. Na znak sędziego do barierki jeden za drugim podchodzili świadkowie.
Pierwszy z nich, tłustawy przekupień, miał spory problem, nie wiedział bowiem, co ma mówić, więc tylko żalił się bezładnie. Słuchali go jednak ze współczuciem, gdyż każdy z tu obecnych mógł powiedzieć to samo. Następni zachowywali się podobnie. Powtarzały się kolejne zażalenia, kobiety płakały, wyliczając swoje straty. Tłum milczał zasmucony.
W końcu wysechł strumyk przywołanych ofiar zarazy. Jakiś chłopak z ludu wyrywał się, by opowiedzieć o swoim nieszczęściu, lecz prędko go uciszono. Wszystkie spojrzenia, ponure i surowe, skierowały się na oskarżoną. Egert pragnął rzucić się ku niej w rozpaczy, by ją osłonić i uspokoić, lecz pozostał na swoim miejscu. Chwilę potem sędzia zaszeptał, a kancelista powtórzył głośno, że teraz oskarżyciel zada pytania podsądnej.
Toria wstała i ten prosty ruch kosztował ją wiele wysiłku. Egert czuł drżenie wszystkich jej mięśni i ścięgien. Podchodząc do barierki, zerknęła mimochodem na Solla. Egert pochylił się ku niej, pocieszając i obejmując ją w myślach. Fagirra podszedł bliżej. Ciało dziewczyny przeszedł dreszcz, jakby sama obecność zakonnika była dla niej nieznośna.
– Czy to prawda, że dziekan Łujan był pani ojcem? – spytał dźwięcznie zakonnik.
Toria zwróciła ku niemu głowę i spojrzała prosto w oczy. Egert wiedział, ile ją to kosztowało.
– Dziekan jest moim ojcem – odrzekła ochrypłym, lecz donośnym i twardym głosem. – Umarł, ale wciąż żyje w pamięci wielu ludzi.
Wśród tłumu rozległy się szepty.
Wargi mnicha drgnęły lekko, jakby próbował się uśmiechnąć.
– Cóż… Miłość córki godna jest pochwały, lecz niewarta setek istnień!
Egert wyczuwał, jak jego ukochana z całej siły próbuje przezwyciężyć strach i cierpienie.
– Wy zgubiliście owych ludzi. Ronicie teraz łzy nad swoimi ofiarami, zbrodniarze w habitach? Tej nocy, kiedy pojawił się Mór…
Odwróciła się w stronę widowni.
– Tej nocy…
– Szkoda próżnych słów – przerwał jej szybko Fagirra. – Tamtej nocy wraz z twoim ojcem odprawialiście magiczne obrzędy w zamkniętej na trzy spusty pracowni. Tak czy nie?
Egert zrozumiał, jak bardzo ja straszono. Mnich świdrował wzrokiem jej zmęczone oczy. Dziewczyna zadrżała pod tą presją.
– Tak, ale…
Zakonnik wykonał szeroki gest w stronę sędziego i publiczności.
– Całą noc płonęły świece w gabinecie dziekana! Wasi bliscy, zacni mieszczanie, wciąż jeszcze żyli. Rankiem wszędzie zawyły psy i wówczas w mieście pojawił się Czarny Mór…
– Nieprawda! – chciała krzyknąć Toria, lecz głos jej się załamał.
Spojrzała na Solla, jakby oczekując pomocy. Widział, jak owa nadzieja umiera.
– Nieprawda – doszło echo z kąta, gdzie stali studenci. Tłum zaskowyczał tak gromko, że kancelista musiał uderzyć kilkakrotnie w stół, a strażnicy pochylili piki.
Podniesiona na duchu nieoczekiwaną pomocą, oskarżona zdołała ponownie się opanować. W mrokach ogarniających jej duszę, błysnęło światełko nadziei, dające punkt zaczepienia i możliwość kontrataku.
– To nieprawda, że mój ojciec przywołał zarazę… Śmierć sprowadził zakon Łasza. Któż wie, kim oni są naprawdę?! I kto z was nie potwierdzi, że mój ojciec przez całe swoje życie nie wyrządził nikomu nic z tego? Powiedzcie, wszyscy, jak tu jesteście, czy skrzywdził choćby muchę? Kierował uniwersytetem cale dziesięciolecia, z pomocą magii, czy bez niej… Zdziałał dużo dobrego, a w końcu wybawił miasto od Moru, nakrywając kurhan własnym ciałem! Oddał za was życie, a wy…
Zachwiała się, czując straszny, wewnętrzny ból. Tortury pozostawiły na jej ciele sporo okropnych śladów. Egert pokąsał własne palce do krwi. Tłum huczał głucho. Zdumieni ludzie powtarzali jeden drugiemu słowa oskarżonej, przekazując je na plac i w niektórych sercach, być może, pojawiło się zwątpienie. Studenci rozprostowali plecy i stanęli zwartą grupą popleczników Torii. Soll zauważył kątem oka rektora, jak przeciskał się ku drzwiom, chwytając za serce.
Fagirra, wcale nie zmieszany, uśmiechnięty zjadliwie, stwierdził niezbyt głośno:
– Próbujesz umniejszyć swoją winę, rzucając oszczerstwa na święty zakon…
Toria z trudem zdobyła się na odpór.
– Nie przedstawiliście ani jednego wiarygodnego dowodu winy mojego ojca. Wszystko, co mówicie, jest… Nie macie dowodów ani świadków…
Mówiła coraz ciszej. Ludzie przycichli, próbując dosłyszeć jej słowa. W dusznym pomieszczeniu słychać było tylko skrzypienie piór na pergaminie i oddechy obecnych.
Fagirra uśmiechnął się krzywo.
– Mamy świadka.
Toria chciała powiedzieć coś jeszcze, potrząsała głową, jakby chcąc wylać na mnicha cały swój gniew i pogardę, lecz zacięła się i zamilkła. Egert wiedział, że resztki nadziei umykały z niej, jak woda przeciekająca przez palce. Uczepiła się go ostatnim wysiłkiem i zgasła. W całkowitej ciszy zwróciła ku niemu głowę i oczy ich się spotkały.