Выбрать главу

Siedział samotny na długiej ławie, skurczony boleśnie, obarczony brzemieniem zdrady. W oczach Torii zjawiło się rozpaczliwe pytanie, na które nie mógł odpowiedzieć. Chwilę spoglądali na siebie. Czuł, jak w jej duszy walczą o lepsze smutek, rozpacz, pogarda dla jego słabości. Do tych wszystkich uczuć doszło jeszcze śmiertelne zmęczenie. Dziewczyna spuściła powoli głowę, przygarbiła się i bez słowa wróciła na swoje miejsce, powłócząc nogami.

Jakiś czas panowała cisza, potem podniósł się narastający hałas. Kancelista znowu chciał uderzyć o blat stołu, lecz zakonnik powstrzymał go nieznacznym ruchem, toteż niczym nie skrępowani ludzie zaczęli głośno wyrażać swoje uczucia: zdziwienie, oburzenie, gniew przeciwko czarom, słabnący wobec niedostatecznych dowodów oskarżenia.

W końcu mnich strzelił palcami, urzędnik załomotał w stół, a strażnicy uderzyli o podłogę drzewcami pik. Tłum zamilkł powoli. Sędzia powiedział coś, co kancelista powtórzył głośniej, lecz nie dotarło to do Egerta, trwającego w otępieniu, toteż jeden ze strażników wziął go mocno za ramię i doprowadził do barierki.

Rozglądał się wokół błędnie. Fagirra świdrował go wzrokiem spod kaptura, nakazując mu coś w milczeniu stanowczo, choć z pozoru życzliwie.

Egert nie pamiętał, jak znalazł się przy barierce.

Na zewnątrz z pewnością świeciło słońce, którego dwie smugi wpadły do środka przez dwa wysokie, wąskie okna. Studenci ożywili się w swoim kącie. Egert usłyszał swe imię, powtórzone wielekroć, ze wzburzeniem, głośniej i ciszej, z obojętnym zdumieniem lub radosną nadzieją. Ci, którzy przez wiele dni mieszkali z nim i stołowali się, którzy bywali na tych samych wykładach i popijali wino w tych samych tawernach oraz wiedzieli o przyszłym ślubie mieli prawo spodziewać się po nim postawy człowieka uczciwego.

Kat znowu westchnął głośno, próbując oczyścić fartuch z jakiejś plamki. Szczypce cicho zadźwięczały w worku, napędzając stracha świadkowi.

Toria spoglądała gdzieś w bok, przygarbiona, przybita, zrezygnowana.

– Oto świadek oskarżenia – zagrzmiał Fagirra. – Nazywa się Egert Soll. Ostatnio jako jedyny miał prawo wchodzić do pracowni dziekana, będąc blisko z jego córką. Dlatego jego świadectwo jest ważne. Owej fatalnej nocy był obecny przy odrażającym magicznym rytuale. Słuchamy cię, Soll.

Nastała grobowa cisza. Dwa okna spoglądały na Egerta jak dwoje pustych, jasnych oczu. Milczał, wpatrując się w pyłki tańczące w smugach światła. Toria, podniosła głowę, zastygła w napięciu.

Z pewnością udzieliły się jej jego smutek i ból, gdyż w tym momencie poczuł, wstrząsany kolejnymi falami lęku, jak pragnie go wesprzeć spojrzeniem.

Milczał, nie czując się na siłach wydusić z siebie jednego słowa. Fagirra uśmiechnął się wyrozumiale.

– No, dobrze… Będę zadawać pytania, a ty nam odpowiesz. Czy nazywasz się Egert Soll?

– Tak – odrzekł machinalnie.

Tłum westchnął przeciągle.

– Przybyłeś tu z miasta Kawarren prawie dwa lata temu?

Egert ujrzał oczami duszy baszty i chorągwie, odbijające się w wodzie leniwie płynącej Kawy, jezdnię obmytą strugami deszczu, osiodłanego kucyka, głośno trzaskającą okiennicę i roześmianą matkę, osłaniającą dłonią usta…

– Tak – przyznał z roztargnieniem.

– Doskonale… Zgadza się, że cały ten czas mieszkałeś przy uniwersytecie, często spotykając się z dziekanem i jego córką, która została w końcu twoją narzeczoną?

Odpowiedział wreszcie na nieme błaganie Torii i postanowił na nią spojrzeć.

Siedziała pochylona do przodu, nie spuszczając zeń oczu. Kiedy wyczuła, że patrzy na nią, twarz jej się rozjaśniła, a spękane usta próbowały ułożyć się do uśmiechu. Nawet teraz cieszyła się, że go widzi, choćby na pograniczu zdrady. Niezdolna gniewać się, patrzyła na niego z niemal matczyną czułością i współczuciem. Przecież jego też przesłuchują, być może dręczą jeszcze gorzej, na oczach całego miasta i ukochanej kobiety. Dobrze rozumie, jak teraz się czuje.

Łatwiej byłoby mu znieść jej pogardę niż współczucie. Spojrzał nienawistnie na mnicha.

– Tak!

W tej chwili Toria drgnęła, mrugając gwałtownie powiekami. Znowu napotkał jej spojrzenie i też zadrżał. Oboje zrozumieli, co się właśnie dzieje.

Przesunął drżącą dłonią po szramie. Ten jeden dzień. Jedyna szansa. Żeby tylko się nie pomylić…

– Czy to prawda, że nocą przed nadejściem Moru byłeś w gabinecie dziekana i widziałeś wszystko, co się tam działo?

Musi przejść drogę do końca…

– Tak – odpowiedział czwarty raz.

Kat potarł nos ze smutkiem. Zakonnik uśmiechnął się triumfalnie.

– Czy to prawda, że dziekan wywołał zarazę magicznymi zaklęciami?

Stalowe ostrze rozorało mu policzek. Klątwa złamała mu życie. Był bardzo pewny siebie tamtego ranka. Wiosna zaczynała się chłodem i wilgocią, krople deszczu spływały po pniach, jakby drzewa kogoś opłakiwały. Przymrużył powieki, kiedy Tułacz opuścił szpadę na jego twarz. Czuł ból, ale nie strach, nawet w takiej chwili…

Poczuł, że szrama ożywa, pulsuje, pali żywym ogniem. Trzymając wciąż dłoń przy policzku, spojrzał przed siebie i napotkał jasne oczy z bezrzęsymi powiekami.

Tułacz stał pod ścianą w tłumie, a jednak odeń oddzielony. Pośród mnóstwa zaciekawionych, oburzonych, chmurnych i napiętych twarzy, jego pociągłe, przeorane bruzdami oblicze zdawało się obojętne, jak maska. „Gdy pierwsza rzecz w twojej duszy okaże się ostatnią… Gdy na pięć pytań pięć razy odpowiesz: tak…”.

Los wiedzie go po nitce do kłębka.

Wzdrygnął się, ponieważ Toria w tym samym momencie też zauważyła Tułacza. Jej spękane wargi ułożyły się w końcu w niepewny uśmiech.

Z tym uśmiechem pójdzie na straszną śmierć. Tak się złożyło, że zbawienie Solla związane jest z wyrokiem na Torię. Wie o tym, a jednak się uśmiecha, ponieważ widziała wiecznie kwitnące drzewo na grobie Pierwszego Wieszczbiarza, były także przeżyte wspólnie noce i jego przysięga, że zdejmie dla niej klątwę…

Pierwsze w jego duszy powinno stać się ostatnim. Musi się jej wyrzec i podpisać na nią wyrok śmierci, inaczej nie odmieni swego przeklętego losu. Kto zaplątał ten życiowy węzeł?

Zbyt długo milczy. Widzowie się irytują, Fagirra marszczy brwi, kat spogląda z zainteresowaniem, powoli opuściwszy na podłogę worek ze szczypcami…

Przymknął powieki, lecz wyobraźnia podsunęła mu natychmiast przeraźliwie wyraźny obraz: izba tortur. W przeguby Solla wpijają się rzemienie, pochyla się nad nim oprawca w płóciennym fartuchu, trzymając w dłoniach szczypce… Zaciśnięte zęby młodzieńca rozwierane są potężnym nożem, rozwarte kleszcze zbliżają się, jakby chciwe posiłku. Rozpaczliwie usiłuje odwrócić głowę i wtedy słyszy głos z, ciemności: „Za krzywoprzysięstwo…” Czuje stal zaciskającą się na języku…

Człowiek nie powinien tak się bać. Tak boją się zwierzęta, schwytane w potrzask, bydlęta pędzone na rzeź… Egert z trudem utrzymuje się na nogach.

Fagirra nie spuszczał z niego wzroku, ciężkiego jak płyta nagrobna, dławiącego za gardło, przenikającego do głębi duszy, mącącego myśli. Piąte pytanie zostało zadane…

Powinien od razu odpowiedzieć, dopóki szczypce wciąż spoczywają w worku, dopóki obserwuje go Tułacz, który rozumie jego udrękę. Odpowie twierdząco i strach przestanie nim trząść. Szrama na policzku coraz bardziej pali i pulsuje jak żywe stworzenie, niczym pasożyt, długo pijący jego krew, a teraz zdychający.

– Egercie – dotarł do niego ledwie słyszalny głos z lawy oskarżonych.