Выбрать главу

Być może w rzeczywistości nie wypowiedziała tego na głos. Obejrzawszy się, zrozumiał, że błogosławi jego piąte „tak”.

Ogień na kominku, ciemne włosy na poduszce… Dziecinny lęk i takaż ufność. Wysokie okno biblioteki… Mokry ptak na ścieżce… Słońce prześwieca przez szyby… Koszyk w dłoni, zielone liście warzyw łaskoczą dłoń… Ciepła bulka z jej rąk… I znowu słońce. Odcisk obcasa w miękkiej, rozgrzanej ziemi… Dłonie na oczach i słońce między palcami… Mokre trawa pachnie, śnieg taje na włosach…

Toria poruszyła się lekko na skrzypiącej ławce.

– Egercie…

Jak bardzo boi się o niego. Jak pragnie, żeby wszystko się szybko skończyło, żeby wreszcie powiedział…

Nie może się dłużej wahać. Strach zrobi wszystko za niego, lego wargi nie są w stanie ułożyć się do innego słowa, aniżeli piątego, czarodziejskiego „tak”. Jego struny głosowe odmówią współpracy, jeśli będzie chciał zejść z drogi przeznaczenia.

Fagirra porozumiał się wzrokiem z oprawcą.

– Wystarczy, Soll! Ostatni raz powtarzam pytanie: Czy to prawda, że magiczne zaklęcia dziekana i jego córki wywołały w naszym mieście zarazę?

Wąskie wargi Tułacza drgnęły lekko. „Łatwo się pomylić, lecz pomyłka może cię drogo kosztować… Taka chwila zdarza się raz w życiu i przepuszczenie takiej okazji oznacza całko witą stratę nadziei”.

Jak wiele cierpienia w tej sali. Jak wiele bólu w delikatnym ciele Torii… Jak boli go szrama.

Cisza.

Podniósł oczy. Okna patrzyły na niego bezdusznymi źrenicami Tułacza.

Strach nim potrząsał, drapał w gardle, paraliżował język, wył w duszy i miotał się w sercu, jak wściekły potwor, od dawna moszczący sobie w ciele Solla wygodne legowisko.

– Nie…

Słowo wyrwało się samo z jego ust. Zamknął oczy z rezygnacją, oddając się w ręce strażników.

W napiętej ciszy słowo to zabrzmiało gromko niczym wybuch wieży prochowej.

Studenci zakrzyknęli triumfalnie, tłum zahuczał, Fagirra podskoczył ze złości, Toria zaś, omdlewając na swojej ławce, zrozumiała, że jej ukochany odrzucił szansę i na zawsze pozostanie pod działaniem klątwy. Sam to natychmiast pojął. Drżące dłonie pofrunęły ku ustom, jakby chciał nimi wtłoczyć z powrotem dopiero co wypowiedziane słowo. Zaraz jednak skonstatował z ulgą, ze nie da się cofnąć tego, co zostało wypowiedziane. Niech strach nadal go dręczy, wszystko jedno… Zachwiał się i spojrzał wyzywająco na publikę, a zwłaszcza na Tułacza.

W tym momencie Tułacz, który zdawał się najbardziej w tłumie obojętny i bezstronny, uśmiechnął się szeroko.

Świat zakołysał się przed oczami Egerta, odpłynął, pociemniał, jakby strawiony ogniem. Przez chwilę czuł ogarniający go śmiertelny spokój. Miał ochotę zamknąć na zawsze powieki i radować się tą błogą ciszą. Świat jednak zaraz powrócił wraz z rykiem tłumu i wrzaskami straży, powróciły także kolory. Miał wrażenie, że nigdy jeszcze nie widział tak jaskrawych barw.

Kim są ci ludzie?! Ten, który skrywa twarz pod kapturem? Jakim prawem trzymają Torię pod strażą?

Podest zadrżał w posadach. Egert oprzytomniał, gdy był już w ruchu. Ktoś w czerwono-białym mundurze odskoczył na bok, zasłaniając się strachliwie piką… Zydel oprawcy runął, on sam padł niezgrabnie, jak zdychający szczur, z worka wypadły żelazne szczypce…

Egertowi zdawało się, że porusza się wolno, jak mucha ugrzęzła w miodzie. Przed oczyma migały mu wykrzywione twarze, ledwie słyszał też gromkie zapewne okrzyki: „ Łapcie go!” albo: „Nie zbliżać się do niego!”. Studenci wyli radośnie, a kancelista walił pięścią w stół. Blada twarzyczka Torii był wciąż bliżej i bliżej, ze swymi szeroko rozwartymi oczyma, okolonymi wygiętymi, gęstymi rzęsami i z półotwartymi, spękanymi usteczkami… Biegi ku niej całą wieczność, deski podestu drżały pod jego nogami. Ktoś próbował stanąć mu na drodze i padł, zmieciony jednym ruchem. Biegł dalej, a po policzku spływała mu krew, ponieważ na miejscu blizny otworzyła się świeża rana.

Potem potknął się o podstawioną pochwę miecza. Stracił z oczu buzię ukochanej, padł, tłukąc łokcie. Przed oczami mignęła mu krawędź podwyższenia, potem ciemny sufit. Usłyszał gdzieś z góry:

– Kara za fałszywe zeznania?!…

Nabrzmiałe żyły na skroniach, drżące pobladłe wargi, złowieszcze zmarszczki w kącikach ust… Twarz człeka, który przesłuchiwał Torię. Fagirra trzymał w dłoni krótki miecz, oręż strażników. Sztych skierowany byt prosto w pierś Egerta.

Toria. Poczuł jak słabnie od nieznośnego lęku, jak obejmują ją lepkie dłonie kata. Przed oczami zaczęły latać mu czarno-czerwone plamy.

Zryw. Półobrót. Nie walczył dwa lata, lecz czuł radosne drżenie wszystkich mięśni. Był jak pies spuszczony ze smyczy.

Toria wyrywa się z cudzych rąk. Jak tamten śmiał jej dotknąć?

Uderzył nawet nie patrząc. Nadbiegający strażnik zgiął się z bólu, miecz wypadł z jego ręki, lecz nie upadł na ziemię, gdyż Egert przechwycił ciężką rękojeść. Nieznana mu broń. A jednak ręka sama zrobiła co trzeba i usłyszał ze zdziwieniem brzęk metalu uderzającego o metal i ujrzał strzelające skry, a tuż przed sobą wściekłe, oszalałe oczy Fagirry.

Toria szarpała się, była tuż obok niego. Egert czuł, jak trzymające ją dłonie urażają rany po torturach, lecz ona tego prawie nie czuła, przejęta lękiem o ukochanego…

Ostrza mieczy znowu się skrzyżowały. Fagirra atakował z pianą na ustach, z furią wymachując bronią. Egert kontratakował, pragnąc usunąć ostatnią przegrodę, oddzielającą go od ukochanej.

Zdawało mu się, że krzyczy. Zdawało się, że ktoś w szarej opończy próbuje go zajść od tyłu. Toria zamarła z przerażenia. Chwilę potem na drewniany podest upadło coś, przypominające okrwawioną dłoń zaciśniętą na rękojeści sztyletu. Miniaturowa szubienica została zmieciona z sędziowskiego stołu, a kukła wisielca po raz pierwszy uwolniona od stryczka. Parę sekund później miecz w dłoniach Egerta skierował się znów w stronę głównego przeciwnika. Fagirra potknął się i upadł. Soll patrzył w jego zachodzące bielmem źrenice.

– Egercie!…

Czyjeś bezlitosne ręce odciągały ją od niego. Soll spojrzał gniewnie i zdobyczny miecz znowu był w robocie.

Nędzne życie miejskiego siepacza zgasło w jednej chwili. Nieszczęśnik padł pod nogi byłej ofiary ze sterczącą z pleców rękojeścią. Toria odskoczyła ze wstrętem. Zakochani spotkali się wzrokiem.

Za co to wszystko? Krew, przerażenie… Czym sobie na to zasłużyła…

Ruszyli ku sobie. Wyciągając ku niej dłonie, zauważył, że spogląda na coś za jego plecami. Obejrzał się w porę, ponieważ tuż za nim stał zmartwychwstały niespodziewanie Fagirra, z ohydnym grymasem zamierzający się sztyletem.

Nie bój się, Torio. Nigdy już nie będziesz się bać.

Udało mu się sparować pierwszy atak. Wróg byt silny i żywotny, do tego znakomity szermierz. Za drugim razem omal nie zranił ręki Egerta.

Broń! Niebiosa, dajcie mi szpadę albo chociaż, kuchenny nóż…

Potknął się, ledwie zachowując równowagę. Nie może pozwolić, by tamten zrani! Torię! Wystarczy lekkie zadrapanie tego ostrza z ciemną plamą trucizny na czubku…

Pod stopami Egerta zabrzęczały żelazne szczypce. Poczuł ich ciężar w dłoniach, podnosząc je momentalnie i wykonując w powietrzu straszliwego młyńca, akurat gdy zakonnik rzucił się do najbardziej podstępnego ataku.

Egert nie chciał, żeby widziała to jego ukochana. Cofnął się o krok i wolną dłonią zasłonił jej oczy.

Fagirra wciąż stał. Szczypce sterczały z jego piersi, przy czym zębate kleszcze szczerzyły się urągliwie. Plecy mnicha przebijały okrwawione rączki narzędzia. Agonia była straszliwa. Soll przygarnął do siebie ukochaną, starając się nie urazić jej blizn.