Выбрать главу

Kinigut przymknął swoje skośne, samojedzkie oczy.

– Widzieliście dopiero początek.

I tak oto Dolg, Goram i Lilja stanęli wobec możliwości rozwiązania tajemnicy, nad którą w ciągu całej długiej historii Ludzi Lodu nikt się nawet nie zastanawiał. Paradoks tak oczywisty, że powinien był się rzucić w oczy wszystkim wybitnym umysłom z rodu Ludzi Lodu i rodziny czarnoksiężnika, a także wszystkim nie związanym z nimi czytelnikom kronik, współczesnym i dawniejszym.

Bardzo dziwne, ale nikt na to nie wpadł.

Dopiero tutaj doszło do rozwiązania zagadki, o której nikt nawet nie słyszał, a o którą potknęły się trzy osoby do Ludzi Lodu nie należące.

13

Sądzili, że na widok gondoli – tego cudu techniki – Kinigut dozna szoku, zapomnieli jednak, że to on, jako monstrum, o mało nie ściągnął ich na ziemię, kiedy przelatywali za blisko.

Był natomiast po chłopięcemu zainteresowany i cieszył się jak dziecko wszystkimi urządzeniami, choć przecież w porównaniu z dużym pojazdem, nie mówiąc już o innych osiągnięciach technicznych Królestwa Światła, ta gondola była stosunkowo prymitywna.

Kinigut został nakarmiony, Goram ostrzygł jego długie włosy i przyciął paznokcie, skrócił też wyraźnie wąsy. Znaleziono mu ubranie. Nie wspomnieli, że podkoszulki, skarpetki, spodnie i buty – wszystko należało do Lilji. Nogawki spodni trzeba było podwinąć, kurtkę Dolg przewiązał w talii paskiem, rękawy Goram dyskretnie zawinął, jeszcze zanim Kinigut zobaczył okrycie.

Przejrzał się potem w lusterku i uznał, że ubrany jest przyzwoicie, ale strasznie biednie. Odzież Samojedów bowiem jest pięknie i barwnie ozdabiana.

Znowu wyruszyli na pustkowia. Kinigut nie chciał im towarzyszyć, ale go zmusili. Po pierwsze, bali się, że kiedy zostanie sam, to w dziecięcym zapale może zepsuć coś w gondoli, po drugie, był im potrzebny jako przewodnik.

Obiecali mu jednak, że nie będzie musiał iść do samego końca. To bowiem wydawało mu się gorsze niż śmierć.

Szli teraz w innym kierunku. Do siedziby pajęczycy, poinformował ich Kinigut szeptem.

– Ale ona przecież nie żyje, nie ma jej – przypomniała mu Lilja.

– Tak, tak, toteż nie ją mam na myśli!

– Chodzi ci o tego trzeciego – domyślił się Dolg. – Czy oni ze sobą współpracowali?

– Nie, wprost przeciwnie! Pajęczyca była przez niego znienawidzona! Pogardzana. Ja zresztą też. Ciii! Zaraz tam będziemy!

Kinigut się zatrzymał.

– Tam macie wejście do magazynów pajęczycy. Ja dalej nie idę.

– No to zaczekaj tutaj – zgodził się Goram. – Jakoś damy sobie radę.

– Ale ja… ja nie mogę zostać tu sam…

Dolg westchnął i cierpliwie wyczarował kolejny niewidzialny mur wokół Samojeda. To uspokoiło Kiniguta. Usiadł na piętach i oznajmił, że będzie czekał.

Znajdowali się teraz w głębokim lesie. Daleko od wodospadu, daleko od gondoli.

Przed nimi rozciągało się kamienne osypisko, być może połączone z tamtym, które już poznali; to również znajdowało się u podnóża gór, chociaż tych gór wędrowcy przedtem nie widzieli. Przyszli do dzikiej, nieurodzajnej okolicy.

Dolg zabrał tego dnia swoją pełną skarbów torbę, co wszystkim trojgu dodawało otuchy.

Między kamiennymi blokami widać było wyraźnie otwór wejściowy. Na zewnątrz wszelkie ślady pozasypywał śnieg, ale między kamieniami wyraźnie wiła się udeptana ścieżka. Rozpoznawali tropy szponów, którymi zakończone były liczne odnóża pajęczycy.

Popatrzyli po sobie.

– Musimy wejść do środka – stwierdził Dolg. – Dasz radę, Liljo?

Dziewczyna zastanawiała się, czy ma jakiś wybór. Alternatywą było zamknięcie w niewidzialnej klatce razem z Kinigutem, który w swojej demonicznej postaci rzucił się na nią pożądliwie. Nie, tylko nie to!

– Skoro tam ktoś potrzebuje naszej pomocy, to musimy iść – odparła, starając się, by jej głos brzmiał pewnie i zdecydowanie.

– Dobrze. Pamiętajcie tylko, że Samojedzi, a z pewnością nie tylko oni, próbowali unieszkodliwić trzy potwory, ale bez powodzenia – ostrzegł Goram. – Trzej dzielni ludzie nigdy nie powrócili z wyprawy.

Lilja z trudem przełknęła ślinę. Potrafiła wyobrazić sobie ich los. Na pewno już dawno nie żyją.

Skąd ona weźmie tyle odwagi, żeby wejść do środka? Skąd weźmie dość siły, by patrzeć na to, co ich tam czeka?

– Nie rozpylaliśmy eliksiru Madragów w Taran – gai – powiedziała pospiesznie.

– Nie – potwierdził Dolg. – I nie zrobimy tego, dopóki wszystko nie zostanie oczyszczone.

Tak jest, bo to by była próba łatwego zwycięstwa, która mogłaby się na nich strasznie zemścić. Nie wolno tego robić!

Jeśli trzeba cierpieć, to trzeba.

Obaj przyjaciele Lilji pochylili głowy, potem uklękli i zaczęli się wczołgiwać do środka. Dziewczyna musiała pójść ich śladem. Jedno tylko ją pocieszało, to mianowicie, że pajęczycy już nie ma. I nigdy nie będzie.

Musiała głęboko wciągnąć powietrze, by podjąć ostateczną decyzję i, naturalnie, miała wrażenie, że ktoś idzie za nią. Zawsze tak bywa w podobnych sytuacjach. Rozpaczliwie pragnęła znaleźć się w środku, między Goramem i Dolgiem, nie chciała iść ostatnia!

Korytarz był długi. Latarka Dolga wypełniała go snopem chybotliwego światła. Lilja wiedziała, że pochodzi ono od Świętego Słońca, nie jest jednak aż tak silne, by powodować zmiany w umysłach i sercach ludzi.

Teraz sufit był wyższy, mogli się podnieść, iść wyprostowani.

Sufit? Na początku widzieli przecież między kamieniami dzienne światło. Teraz od jakiegoś czasu jest ciemno.

Znajdują się we wnętrzu góry. Nie, gorzej! Pod powierzchnią ziemi!

Ratunku!

Korytarz nie był dziełem natury, został wydrążony. Nie musieli się zastanawiać, kto to zrobił.

Ta dama okazała się niesłychanie aktywna, odkąd ją wyrzuciło z grot.

A też musiało się to dokonać dawno temu, zwłaszcza jeśli stosować ziemską rachubę czasu, nie rachubę z Królestwa Światła. Jeden dzień w Królestwie to dwanaście na powierzchni.

Lilja zapaliła też swoją latarkę. Korytarz ciągnął się dalej, wyglądał jak czarna dziura w ziemi. I, niestety, znowu się zwężał. Robił się i niższy, i ciaśniejszy.

Przyglądali mu się zasępieni.

– Mogła ona, to możemy i my – powiedział w końcu Dolg. – Ona przecież musiała mieć miejsce dla tych wszystkich swoich odnóży i kolan.

Goram zauważył, że Lilja się panicznie boi, położył więc rękę na jej karku.

– Idź teraz przede mną – powiedział.

– Dziękuję – wyszeptała.

Posuwała się za Dolgiem, szła na czworakach, momentami trzeba się było czołgać i wtedy w nos bił jakiś nowy odór.

Co może tak cuchnąć? Człowiek w nieznośnym położeniu, w upokorzeniu przechodzącym wszelką miarę? Zaciskała nos, starała się nie wciągać tego brzydkiego zapachu.

Chociaż właściwie to powinno budzić nadzieję, że tamci jeszcze żyją.

Lilja modliła się za nich. Żebyśmy tylko nie przyszli za późno, błagała w duchu.

Korytarz znowu się rozszerzał. Mogli wstać.

Latarki oświetlały grotę wyścieloną trawą i gałązkami jak gniazdo. Ohydne, ogromne gniazdo, przylepione do wydrążonej skały gliną, śliną i szlamem. W tym gnieździe ujrzeli przerażone, wyniszczone twarze, niektóre przesłonięte w geście obrony chudymi rękami. Zgroza!

To Samojedzi. I dwaj Rosjanie. Sami mężczyźni, prawdopodobnie ku wściekłości pajęczycy, która szukała dostępu do dziewiczej krwi. Lilja naliczyła ośmiu mężczyzn, z których dwaj leżeli pod ścianą jak martwi. Obaj wyglądali bardzo młodo. Może pajęczyca w końcu zmieniła zainteresowania?