Godzina? Mogła tu spędzić cały dzień.
Wielkie dzięki, Rhyme.
Pobiegła do biura.
Znajdowało się tu kilkanaście osób zbitych w małe grupki, kobiety i mężczyźni, niektórzy ubrani w garnitury, inni w kombinezony robocze. Większość z nich miała po dwadzieścia-trzydzieści kilka lat. Sachs pomyślała, że do wczoraj pewnie wszyscy tryskali entuzjazmem właściwym młodym ludziom. Teraz twarze zdradzały smutek, który w widoczny sposób ich postarzał.
– Czy jest tu Ron Talbot? – zapytała, pokazując srebrną odznakę.
Podeszła do niej najstarsza osoba w biurze – pięćdziesięciokilkuletnia kobieta z trwałą ondulacją, ubrana w paskudną sukienkę.
– Jestem Sally Anne McCay – przedstawiła się. – Kieruję biurem. Jak się czuje Percey?
– Dobrze – odrzekła ostrożnie Sachs. – Gdzie jest pan Talbot?
Z pokoju obok wyszła trzydziestokilkuletnia brunetka w pogniecionej niebieskiej sukience i otoczyła ramieniem Sally Anne. Starsza kobieta ścisnęła jej rękę.
– Lauren, dobrze się czujesz?
Na zapuchniętej twarzy Lauren wciąż malował się szok. Zapytała Sachs:
– Wiadomo już, co się stało?
– Właśnie zaczynamy śledztwo… Gdzie znajdę pana Talbota?
Ocierając łzy, Sally Anne pokazała oczyma gabinet w rogu. Sachs podeszła do drzwi. W środku siedział zwalisty mężczyzna; jego podbródek okrywał zarost, a siwa czupryna była nieuczesana. Ślęczał nad wydrukami komputerowymi, oddychając ciężko. Uniósł znad papierów ponure spojrzenie. Wyglądało na to, że on też wcześniej płakał.
– Sierżant Amelia Sachs z Departamentu Policji Nowego Jorku – powiedziała.
Skinął głową.
– Macie go już? – zapytał, spoglądając za okno, jak gdyby spodziewał się ujrzeć wzlatującego w niebo ducha Eda Carneya. Zaraz jednak popatrzył na nią. – Zabójcę?
– Trzeba sprawdzić kilka tropów. – Amelia Sachs, gliniarz w drugim pokoleniu, do perfekcji opanowała sztukę udzielania wymijających odpowiedzi.
W drzwiach stanęła Lauren.
– Nie mogę uwierzyć, że już go nie ma – wykrztusiła głosem drgającym od smutku. – Kto mógł zrobić coś takiego? Kto?
Pełniąc służbę patrolową, Sachs często przekazywała złe nowiny najbliższym osobom ofiary. Nigdy się jednak nie przyzwyczaiła do rozpaczy, którą słyszała w głosach rodziny i przyjaciół zmarłego.
– Lauren – Sally Anne wzięła ją pod ramię – Lauren, lepiej idź do domu.
– Nie! Nie chcę wracać do domu. Chcę wiedzieć, kto to zrobił! Och, Ed…
Wchodząc do gabinetu Talbota, Sachs powiedziała:
– Musi mi pan pomóc. Zdaje się, że zabójca umieścił bombę na zewnątrz samolotu, pod kabiną pilotów. Musimy się dowiedzieć gdzie.
– Na zewnątrz? – Talbot zmarszczył brwi. – Jak?
– Przytwierdził magnesami i przykleił. Klej nie zdążył dobrze stężeć, wniosek więc z tego taki, że zrobił to na krótko przed startem.
Talbot kiwnął głową.
– Zrobię, co będę mógł.
Pokazała wiszący u pasa walkie-talkie.
– Połączę się z moim szefem, który jest na Manhattanie. Zadamy panu kilka pytań. – Włączyła motorolę i nałożyła słuchawkę z mikrofonem.
– Rhyme? Jestem na miejscu. Słyszysz mnie?
Choć używali specjalnej częstotliwości operacyjnej i zgodnie z procedurą ustaloną przez Departament Łączności powinni zacząć od rytualnego wywołania i wymiany kodów cyfrowych, Sachs i Rhyme rzadko przejmowali się żargonem radiowym. Dziś też go zlekceważyli. W słuchawce odezwał się głos Rhyme’a, przekazany przez Bóg wie ile satelitów.
– Słyszę. Długo jechałaś.
Nie przeginaj, Rhyme.
Zwróciła się do Talbota:
– Gdzie był samolot, zanim wystartował? Powiedzmy, godzinę, godzinę i kwadrans przed startem?
– W hangarze – odparł Talbot.
– Sądzi pan, że zabójca mógł się tam dostać? Już po tym… jak wy to nazywacie? Po inspekcji pilota?
– Po przeglądzie. Przypuszczam, że to możliwe.
– Ależ cały czas są tam jacyś ludzie – odezwała się Lauren, atak szlochu minął i kobieta otarła już twarz. Uspokoiła się, a rozpacz w jej oczach zastąpił wyraz determinacji.
– Można spytać panią o nazwisko?
– Lauren Simmons.
– Lauren jest zastępcą kierownika technicznego – rzekł Talbot. – Pracuje ze mną.
– Całą dobę razem ze Stu – ciągnęła Lauren – naszym głównym mechanikiem… naszym byłym głównym mechanikiem… pracowaliśmy nad wyposażeniem samolotu. Gdyby ktoś kręcił się w pobliżu, na pewno byśmy go zauważyli.
– Czyli – powiedziała Sachs – podłożył bombę dopiero wtedy, gdy samolot wyjechał z hangaru.
– Chronologicznie! – wrzasnął w słuchawce głos Rhyme’a. – Gdzie był samolot pomiędzy wyjazdem z hangaru i startem?
Sachs przekazała jego pytanie, a Talbot i Lauren zaprowadzili ją do sali konferencyjnej. W pomieszczeniu były mapy, rozkłady lotów, setki książek, notatników i stosy papierów. Lauren rozwinęła dużą mapę lotniska. Widniały na niej numery i symbole, których Sachs nie rozumiała, choć budynki i drogi rozrysowano dość czytelnie.
– Żaden samolot nie może przesunąć się nawet o cal – tłumaczył szorstkim barytonem Talbot – bez pozwolenia kontroli naziemnej. „Charlie Juliet” był…
– Co? „Charlie”…?
– To numer samolotu. Nazywamy wszystkie ostatnimi literami numeru rejestracyjnego. Widzi pani numer na kadłubie? Tamten miał CJ, więc nazywaliśmy go „Charlie Juliet”. Stał w hangarze, tutaj… – Stuknął palcem w mapę. – Zakończyliśmy załadunek…
– Kiedy? – odezwał się Rhyme tak głośno, że Sachs nie zdziwiłaby się, gdyby Talbot usłyszał jego pytanie. – Musimy znać dokładny czas!
Rejestr pokładowy „Charlie Juliet” spalił się na popiół, a taśmy Federalnego Urzędu Lotnictwa z zapisem czasu nie poddano jeszcze transkrypcji. Lauren zaczęła przeglądać wewnętrzne zapisy firmy.
– Wieża pozwoliła im kołować o dziewiętnastej szesnaście. O dziewiętnastej trzydzieści zgłosili gotowość do startu.
Rhyme wszystko słyszał.
– Czternaście minut. Zapytaj ich, czy w tym czasie samolot zatrzymał się gdzieś poza zasięgiem ich wzroku.
Sachs posłusznie przekazała pytanie i Lauren odrzekła:
– Prawdopodobnie tu. – Pokazała na mapie.
Wąski pas drogi do kołowania, długości około dwustu stóp. Od reszty lotniska odgradzał go rząd hangarów. Kończył się skrzyżowaniem z pasem startowym.
– O, na dodatek ślepy punkt KL.
– Zgadza się – przytaknął Talbot, jak gdyby było to coś ważnego.
– Przetłumacz! – zatrzeszczał w słuchawce Rhyme.
– Czyli? – spytała Sachs.
– Poza zasięgiem widoczności z wieży kontroli lotów – wyjaśniła Lauren. – Ślepy punkt.
– Tak! – odezwał się głos w słuchawce. – Dobra, Sachs. Zabezpiecz i przeszukaj. Hangar zwolnij.
– Nie będziemy wchodzić do hangaru – oznajmiła Talbotowi. – Chcę jednak zamknąć tę drogę do kołowania. Może pan dać znać wieży? Żeby skierowali ruch inną drogą?
– Chyba mogę – rzekł z powątpiewaniem. – Nie spodoba im się to.
– Jeżeli będą jakieś kłopoty, proszę zadzwonić do Thomasa Perkinsa – powiedziała Sachs. – Jest szefem biura FBI na Manhattanie. Zwróci się bezpośrednio do Federalnego Urzędu Lotnictwa.
– Do Urzędu? W Waszyngtonie? – spytała Lauren.
– Właśnie tego.
Talbot uśmiechnął się blado.
– Dobrze.
Sachs ruszyła w kierunku drzwi, przystanęła i spojrzała na zatłoczoną płytę lotniska.