Odruchowo chciała odwzajemnić pozdrowienie, lecz powstrzymała się.
Co on tu robił? Przecież miał siedzieć w bezpiecznym domu.
Usłyszała cichy płacz i zajrzała do sali konferencyjnej. Obok Lauren, ładnej brunetki, która była zastępczynią Talbota, siedziała Percey Clay. Lauren płakała, a Percey z determinacją próbowała ją pocieszać. Uniosła oczy, zobaczyła Sachs i skinęła jej głową.
Nie, nie, nie…
Po chwili trzecia niespodzianka.
– Cześć, Amelio – powiedział wesoło Jerry Banks, popijając kawę przy oknie, przez które przed chwilą oglądał lśniącego learjeta. – Robi wrażenie taki samolot, co?
– Co wy tu robicie? – zapytała ostro, wskazując Hale’a i Percey, zapominając, że Banks jest starszy stopniem.
– Mieli jakieś kłopoty z mechanikiem – rzekł Banks. – Percey chciała tu na chwilę wpaść, żeby spróbować…
– Rhyme – krzyknęła Sachs do mikrofonu. – Ona tu jest.
– Kto? – odezwał się zrzędliwy głos. – I co to znaczy „tu”?
– Percey. I Hale. Na lotnisku.
– Nie! Przecież mieli być w bezpiecznym domu.
– Ale nie są. Mam ich przed sobą.
– Nie, nie, nie! – krzyknął wściekle Rhyme. Po chwili dodał spokojniej: – Zapytaj Banksa, czy przynajmniej jechali tak, żeby zgubić ewentualny ogon.
Banks z ociąganiem przyznał, że nie.
– Percey upierała się, żeby tu wstąpić. Próbowałem ją namawiać…
– Jezu, Sachs. On tam gdzieś jest. Trumniarz. Wiem, że tam jest.
– Jak to? – Jej wzrok powędrował za okno.
– Zatrzymaj ich – rzekł Rhyme. – Dellray przyśle wam z White Plains samochód opancerzony.
Percey usłyszała zamieszanie w gabinecie.
– Pojadę do tej twierdzy za jakąś godzinę. Muszę znaleźć mechanika, który…
Sachs uciszyła ją gestem i powiedziała:
– Jerry, zatrzymaj ich tu. – Pobiegła do drzwi i wyjrzała na szarą połać lotniska; po pasie startowym mknął z rykiem samolot śmigłowy. Przysunęła mikrofon bliżej ust.
– Jak, Rhyme? – zapytała głośno. – Jak nas może zaatakować?
– Nie mam pojęcia. Jest zdolny do wszystkiego.
Sachs starała się ponownie wejść w umysł Trumniarza, ale na próżno. Jedyne, co przychodziło jej do głowy, to podstęp.
– Jak dobrze jest zabezpieczone lotnisko? – zapytał Rhyme.
– Dość szczelne. Ogrodzenie ze stalowej siatki. Blokada policyjna przy wjeździe, sprawdzają wszystkim przepustki i legitymują.
– Ale nie legitymują policjantów, prawda?
Sachs spojrzała na umundurowanych funkcjonariuszy, przypominając sobie, jak łatwo ją wpuścili.
– Do diabła, Rhyme, tu jest kilkanaście wozów policyjnych i parę cywilnych. Nie znam detektywów ani mundurowych… Każdy z nich mógłby nim być.
– Dobrze, Sachs. Słuchaj, dowiedz się, czy nie zaginął żaden z miejscowych gliniarzy. W ciągu ostatnich dwóch, trzech godzin. Trumniarz mógł któregoś zabić i ukraść jego legitymację i mundur.
Sachs zawołała jednego ze stanowych, dokładnie przyjrzała się jego twarzy i legitymacji, uznając, że jest prawdziwy. Powiedziała:
– Sądzimy, że zabójca może być w pobliżu, prawdopodobnie w przebraniu policjanta. Chcę, żebyś sprawdził wszystkich, którzy tu są. Gdyby trafił się jakiś nieznany, daj mi znać. Dowiedz się też u dyspozytora, czy w ciągu ostatnich kilku godzin nie zaginął żaden gliniarz z waszego rejonu.
– Zajmę się tym.
Wróciła do biura. Na oknach nie było rolet, więc Banks zaprowadził Percey i Hale’a do wewnętrznego gabinetu.
– Co się dzieje? – zapytała Percey.
– Za pięć minut stąd wyjeżdżacie – odrzekła Sachs, spoglądając za okno i próbując odgadnąć, jak Trumniarz może zaatakować. Nie miała zielonego pojęcia.
– Dlaczego? – zapytała lotniczka, marszcząc brwi.
– Mamy wrażenie, że człowiek, który zabił pani męża, jest tutaj. Albo w drodze na lotnisko.
– Przestańcie. Płyta jest obstawiona policją. Bezpieczniej być nie może, muszę…
– Bez dyskusji – ucięła ostro Sachs.
Mimo to Percey nie zamierzała dać za wygraną.
– Nie możemy odjechać. Właśnie zwolnił się mój główny mechanik. Muszę…
– Percey – powiedział niepewnie Hale. – Chyba jednak powinniśmy jej posłuchać.
– Powinniśmy przygotować samolot.
– Wracać do pokoju. I milczeć.
Percey wstrząśnięta otworzyła usta.
– Nie może pani tak się do mnie zwracać. Nie jestem więźniem.
– Halo, sierżancie Sachs? – W drzwiach stanął policjant, z którym Sachs rozmawiała na zewnątrz. – Przyjrzałem się pobieżnie wszystkim mundurowym i detektywom. Nie ma żadnych nieznajomych. Nie zaginął żaden funkcjonariusz z Westchester ani ze stanowej. Lecz nasza centrala o czymś mi powiedziała. Być może to nic takiego, ale warto wiedzieć.
– Słucham.
– Sierżancie Sachs, muszę z panią porozmawiać… – wtrąciła Percey Clay.
Nie zareagowała, ponaglając policjanta gestem.
– No, proszę.
– Meldunek od patrolu drogówki z White Plains, dwie mile stąd. W kontenerze ze śmieciami znaleźli zwłoki. Ofiara musiała zginąć z godzinę temu, może później.
– Rhyme, słyszysz?
– Tak.
– Dlaczego sądzisz, że to może być ważne? – spytała gliniarza Sachs.
– Chodzi o sposób zadania śmierci. Okropna masakra.
– Zapytaj go, czy ofierze odcięto ręce i zdarto skórę z twarzy – odezwał się Rhyme.
– Co?
– Spytaj go!
Przekazała pytanie, a rozmowy w biurze urwały się i wszyscy obecni utkwili spojrzenie w Sachs. Zaskoczony policjant odrzekł:
– Tak, zgadza się. Przynajmniej jeśli chodzi o ręce. Skąd pani wie?
– Gdzie jest teraz ciało? – wyrzucił z siebie Rhyme.
Sachs znów powtórzyła jego pytanie.
– W samochodzie koronera. Wiozą je do kostnicy okręgowej.
– Nie – powiedział Rhyme. – Każ im przekazać je sobie, Sachs. Chcę, żebyś obejrzała zwłoki. Dzięki temu dowiesz się, jak zamierza was zaatakować. Niech Percey i Hale nie ruszają się stamtąd, dopóki nie będziemy wiedzieli, co nas może czekać.
Prośba Rhyme’a została przekazana policjantowi.
– Dobrze – odrzekł. – Zajmę się tym. Ale czy to znaczy, że mają przywieźć ciało… tutaj?
– Tak. Jak najszybciej.
– Sachs, powiedz im, żeby się pospieszyli – rzekł Rhyme. Westchnął. – Niedobrze, bardzo niedobrze.
Sachs odniosła niejasne wrażenie, że Rhyme martwi się nie tyle z powodu człowieka, który zginął straszną śmiercią, ile z powodu ludzi, którzy być może mieli podzielić jego los.
Powszechnie uważa się, że najważniejszy dla snajpera jest karabin, ale to nieprawda. Ważniejszy jest celownik optyczny.
Jak nazywamy to urządzenie, żołnierzu? Celownik teleskopowy? Teleskop?
Melduje, że to luneta. Redfield, z regulacją trzy na dziewięć i z siatką nitek. Nie ma lepszej.
Luneta, którą Stephen montował na modelu 40, miała dwanaście i trzy czwarte cala długości, ważyła nieco ponad dwanaście uncji. Zgodnie z numerami seryjnymi celownik był specjalnie dobrany do tej broni, ostrość dokładnie wyregulowana. Inżynier optyk ustawił paralaksę w taki sposób, że jeśli strzelec nieznacznie poruszył głową z lewa na prawo, krzyż nitek na brzegu serca człowieka stojącego w odległości pięciuset jardów pozostawał na miejscu. Kąt przyłożenia oka był tak dokładny, że okular cofający się pod siłą odrzutu zatrzymywał się milimetr od brwi Stephena, nie dotykając ani jednego włoska.
Luneta Redfield była czarna i lśniąca. Stephen trzymał ją w wyłożonej aksamitem styropianowej kształtce w futerale gitary.
Teraz, ukryty w trawie jakieś trzysta jardów od hangaru i biura Hudson Air, Stephen zamontował czarną tuleję na prostopadłych do lufy uchwytach (zawsze, gdy to robił, myślał o krucyfiksie ojczyma), po czym przekręcił celownik, słysząc przyjemny trzask zacisków. Dokręcił śruby mocujące.