Выбрать главу

Sachs odwróciła się. No nie, znów ten gliniarz, który usiłował z nią flirtować przy pasie startowym. Podszedł do karetki wolnym krokiem.

– Witaj, złotko. To znowu ja. Jak się trzyma żółta taśma na lotnisku? Co tam masz, Earl?

– Zwłoki bez rąk. – Earl rozsunął drzwi ambulansu, sięgnął do środka i rozpiął zamek worka. Na podłogę karetki bryznęła krew.

– Fuj. – Earl skrzywił się. – Słuchaj, Jim, jak tu skończysz, masz ochotę na spaghetti?

– Może lepiej zimne nóżki.

– To jest myśl.

– Sachs, co się tam dzieje? – włączył się Rhyme. – Masz te zwłoki?

– Mam. Próbuję się czegoś dowiedzieć. – Zwróciła się do grubego sanitariusza. – Pospieszmy się. Wiecie, kto to jest?

– Nie miał nic, co pomogłoby go zidentyfikować. Nie zgłaszano żadnych zaginięć. Nikt nic nie widział.

– Istnieje możliwość, że to policjant?

– Nie. W każdym razie ja go nie znam – odparł Jim. – A ty, Earl?

– Nie. Dlaczego?

Sachs nie odpowiedziała.

– Muszę go obejrzeć.

– No dobrze – rzekł Earl. – Gdybyś mnie potrzebowała, jestem pod ręką.

– Chyba nie pod jego – odezwał się Jim, parskając śmiechem. Sanitariusz znów głupkowato zachichotał.

Sachs weszła do ambulansu i rozpięła do końca worek ze zwłokami.

A ponieważ nie zdradzała ochoty, by ściągnąć przed nimi dżinsy ani nawet nie chciała niewinnie poflirtować, nie pozostawało im nic innego, jak gnębić ją dalej.

– To nie to samo co zatrzymywanie samochodu za przekroczenie prędkości – powiedział do niej Earl. – Jim, jęk myślisz, lepsze od tego, co widziałeś w zeszłym tygodniu?

– Od tamtej głowy? – Gliniarz zamyślił się. – Cholera, wolałbym codziennie świeżą głowę niż taką po miesiącu. Widziałaś kiedyś głowę po miesiącu w wodzie, złotko? Nieprzyjemna rzecz. Gdy ciało leży w wodzie trzy, cztery miesiące – nie ma sprawy, zostają tylko kości. Ale miesiąc…

– Paskudztwo – dodał Earl.

– Widziałaś kiedyś głowę z wody, złotko?

– Wolałabym, żebyś tak nie mówił, Jim – powiedziała z roztargnieniem.

– Głowa z wody?

– Złotko.

– Jasne, przepraszam.

– Sachs – rzekł zniecierpliwiony Rhyme. – Co się dzieje?

– Denat niezidentyfikowany, Rhyme. Nikt nie ma pojęcia, kto to może być. Ręce odcięte ostrą piłą.

– Percey jest bezpieczna? Hale?

– Oboje są w biurze. Jest z nimi Banks. Stoją daleko od okien. Co z wozem opancerzonym?

– Powinien u was być za trzy minuty. Musisz dowiedzieć się czegoś o denacie.

– Mówisz do siebie, złot… sierżancie?

Sachs oglądała ciało. Doszła do wniosku, że ofierze odcięto ręce w chwilę po śmierci albo w momencie agonii, ponieważ krwi było mnóstwo. Nałożyła rękawiczki lateksowe.

– Dziwne, Rhyme. Dlaczego tylko częściowo udaremniono identyfikację?

Zabójcy, jeżeli nie mają czasu, by pozbyć się ciała, udaremniają jego identyfikację, usuwając charakterystyczne części: głównie ręce i zęby.

– Nie wiem – odrzekł Rhyme. – Takie niedopatrzenie zupełnie nie pasuje do Trumniarza, nawet gdyby się spieszył. Co ofiara ma na sobie?

– Tylko bieliznę. Na miejscu zbrodni nie znaleziono ubrań ani rzeczy osobistych.

– Dlaczego Trumniarz wybrał właśnie jego? – Rhyme się zamyślił.

– Jeżeli to w ogóle był Trumniarz.

– Jak często w Westchester znajduje się ciała w takim stanie?

– Z tego, co mówią miejscowi, wynika – powiedziała przygnębiona – że co drugi dzień.

– Wracajmy do denata. Przyczyna śmierci?

– Ustaliliście przyczynę śmierci? – zawołała do pucołowatego Earla.

– Uduszenie – odrzekł sanitariusz.

Lecz Sachs od razu zauważyła, że na wewnętrznych stronach powiek nie ma nacieków krwi. Język też nie był uszkodzony. Większość ofiar podczas duszenia przygryza sobie język.

– Nie sądzę.

Earl posłał Jimowi znaczące spojrzenie i prychnął:

– Na pewno. A skąd ta czerwona pręga na szyi? Nazywamy to śladem zadzierzgnięcia, złotko. Nie możemy go tu trzymać w nieskończoność. W taki dzień jak dzisiaj szybko zacznie dojrzewać. A to zapaszek, jakiego na pewno twój kształtny nosek nie zniesie.

Sachs zmarszczyła brwi.

– Nie został uduszony.

Natarli na nią we dwójkę.

– Złot… sierżancie, to ślad zadzierzgnięcia – powiedział Jim. – Widziałem takich setki.

– Nie, nie – odrzekła. – Sprawca zerwał mu tylko łańcuszek.

– Chyba masz rację, Sachs – wtrącił Rhyme. – Pierwsza rzecz, żeby uniemożliwić identyfikację zwłok, to zabrać biżuterię. Pewnie miał medalik ze świętym Krzysztofem, może z dedykacją. Kto tam jest z tobą?

– Dwóch kretynów – odparła.

– Aha. Jaka jest więc przyczyna śmierci?

Po krótkich poszukiwaniach znalazła ranę.

– Szpikulec do lodu albo nóż o wąskim ostrzu, który wszedł z tyłu czaszki.

Drzwi zatarasowała krągła postać Earla.

– Znaleźlibyśmy to – powiedział na swoją obronę. – Przez twoich kolegów musieliśmy od razu gnać tutaj.

– Opisz go – poprosił w słuchawce Rhyme.

– Ma nadwagę, wielki brzuch. Dużo obwisłej skóry.

– Opalenizna, może oparzenie słoneczne?

– Tylko na ramionach i korpusie. Na nogach nie. Nieobcięte paznokcie u nóg, tani kolczyk ze zwykłego metalu. Slipki Sears, z dziurami.

– Wygląda na robotnika albo jakiegoś dostawcę – powiedział Rhyme. – Wiemy coraz więcej. Zajrzyj mu do gardła.

– Co?

– Może znajdziesz portfel. Kiedy ofiara ma zostać przez parę godzin anonimowa, sprawca wpycha jej dokumenty do gardła. Znajduje się je dopiero w czasie sekcji.

Z zewnątrz dobiegł wybuch śmiechu, który zaraz ucichł, gdy Sachs chwyciła szczękę nieboszczyka, odciągnęła i sięgnęła w głąb ust.

– Jezu – wymamrotał Earl. – Co ty robisz?

– Nic nie ma, Rhyme.

– Lepiej przetnij gardło. I sięgnij głębiej.

Kiedyś Sachs obruszała się, słysząc niektóre makabryczne prośby Rhyme’a. Ale dziś zerknęła na dwójkę uśmiechniętych bałwanów, po czym wyjęła z kieszeni dżinsów swój ulubiony, choć nielegalny, nóż sprężynowy i otworzyła go.

Z obu twarzy zniknęły uśmieszki.

– Złotko, co ty wyrabiasz?

– Robię małą operację. Muszę zajrzeć do środka – powiedziała tonem, jak gdyby robiła to codziennie.

– Słuchaj, nie mogę zawieźć koronerowi zwłok pociętych przez policjantkę z Nowego Jorku.

– W takim razie sam to zrób.

Wyciągnęła do niego rękojeść noża.

– Robi nas w konia, Jim.

Uniosła brew, po czym wbiła nóż w jabłko Adama nieboszczyka gestem rybaka patroszącego pstrąga.

– O Jezu, Jim, zobacz, co ona robi. Powstrzymaj ją.

– Mnie tu nie ma, Earl. Nic nie widziałem. – Policjant odszedł od ambulansu.

Zrobiła równe cięcie i zajrzała do środka. Westchnęła.

– Nic.

– O co mu tym razem chodzi? – rozmyślał na głos Rhyme. – Zastanówmy się… Nie zależy mu na udaremnieniu identyfikacji ciała, w przeciwnym razie wybiłby zęby. Może chce przed nami ukryć coś innego?

– Coś, co ofiara miała na rękach? – podsunęła Sachs.

– Możliwe – odrzekł Rhyme. – Coś, co niełatwo zmyć ze zwłok. I co by nam powiedziało, gdzie go mamy szukać. – Olej? Smar?

– Może facet pracował przy pompach z paliwem do odrzutowców – powiedział Rhyme. – Albo pracował w cateringu, a jego ręce pachniały czosnkiem.

Sachs rozejrzała się po lotnisku. Kręciło się po nim kilkudziesięciu ludzi obsługujących zbiorniki z paliwem, załogi naziemnej, mechaników i robotników, którzy budowali nowe skrzydło w jednym z terminali.