Jeśli zachowasz spokój, trafisz. Masz jedenaście nabojów. Nie ma wiatru. Jedyny problem to trajektoria. Celuj wysoko i powoli opuszczaj lufę.
Zobaczyła, jak przy kolejnym strzale wzlatuje w powietrze kilka liści.
Ułamek sekundy później kula przeleciała kilka cali od jej twarzy. Poczuła fale uderzeniową i usłyszała świst pocisku, który mknął dwa razy szybciej od dźwięku, rozpalając powietrze wokół niej.
Lekko jęknęła, padła na kolana i przycisnęła ręce do żołądka.
Nie! Miałaś szansę strzelić do niego. Zanim przeładował broń. Ale już za późno. Znów ma pełną komorę.
Spojrzała w górę, uniosła broń i straciła zimną krew. Z pochyloną głową, celując w stronę drzew, oddała pięć szybkich strzałów z glocka.
Równie dobrze mogła strzelać ślepakami.
No już, dziewczyno. Wstawaj. Wyceluj i strzelaj. Masz sześć pocisków i dwa magazynki przy pasie.
Lecz myśl o przelatującym pocisku nie pozwoliła jej wstać z ziemi.
Zrób to! – wrzasnęła na siebie w duchu.
Ale nie mogła.
Odwagi wystarczyło jej tylko na tyle, by unieść głowę o kilka cali – zobaczyła Percey Clay, która pędziła, gnała w stronę hangaru, i Jerry’ego Banksa, który zdołał ją dogonić. Młody detektyw pchnął ją i kobieta upadła za generatorem. Niemal równocześnie z hukiem karabinu Trumniarza usłyszała, jak kula rozrywa ciało Banksa, który zatoczył się jak pijany, a z rany w jego ciele trysnęła krew.
Na jego twarzy najpierw odbiło się zdumienie, potem konsternacja. Wreszcie z obojętną miną osunął się na wilgotny beton.
Rozdział dwunasty
45 godzin – godzina piąta
– No i co? – zapytał Rhyme.
Lon Sellitto wyłączył swój telefon.
– Nadal nic nie wiedzą. – Patrzył za okno, nerwowo bębniąc palcami w szybę. Sokoły wróciły na parapet, ale patrzyły czujnie na Central Park, dziwnie obojętne na hałas.
Rhyme nigdy nie widział podobnego zdenerwowania u detektywa. Jego nalana, pokryta kropelkami potu twarz była bardzo blada. Sellitto, legenda wydziału zabójstw, znany był z tego, że nic nie mogło wyprowadzić go z równowagi. Bez względu na to, czy dodawał otuchy rodzinie ofiary, czy bezwzględnie obalał alibi podejrzanego, zawsze koncentrował się na tym, co robi. Jednak teraz jego myśli zdawały się błądzić daleko stąd, z Jerrym Banksem, który może właśnie umierał w szpitalu Westchester. Było sobotnie popołudnie, po trzeciej, a Banks od godziny leżał w sali operacyjnej.
Sellitto, Sachs, Rhyme i Cooper znajdowali się w laboratorium na parterze domu Rhyme’a. Dellray wyjechał, żeby dopilnować przygotowań w bezpiecznym domu i sprawdzić nowego opiekuna, którego na miejsce Banksa wyznaczył Departament Policji Nowego Jorku.
Na lotnisku rannego detektywa zapakowano do ambulansu – tego samego, w którym leżały bezrękie zwłoki malarza. Earl, gruby sanitariusz, przestał się zgrywać i gorączkowo usiłował powstrzymać obfity krwotok Banksa. Potem pognał z bladym, nieprzytomnym detektywem na ostry dyżur do odległego o kilka mil szpitala.
Agenci FBI z White Plains wsadzili Percey i Hale’a do opancerzonego wozu i klucząc, ruszyli na południe, w kierunku Manhattanu. Sachs zabezpieczyła nowe miejsca: gniazdo snajpera wśród drzew, furgonetkę malarza i samochód, którym uciekł Trumniarz – furgonetkę cateringu. Znaleziono ją niedaleko miejsca, gdzie zabił malarza i gdzie zdaniem policji ukrył samochód, którym przyjechał do Westchester.
Potem z materiałem dowodowym pojechała na Manhattan.
– Co tam mamy? – zapytał Coopera Rhyme. – Kule z karabinu?
Skubiąc zakrwawiony paznokieć, Sachs wyjaśniła:
– Nic po nich nie zostało. Pociski rozpryskowe. – Wydawała się bardzo przestraszona, oczy latały jej niespokojnie.
– To Trumniarz. Nie tylko jest skuteczny, ale też nic po sobie nie zostawia. Dowody same się niszczą.
Sachs trąciła plastykową torebkę.
– Tyle zostało z jednego pocisku. Wydłubałam to ze ściany.
Cooper wysypał zawartość na porcelanową płytkę. Zamieszał.
– Zakończenia ceramiczne. Kamizelki na nic.
– Pieprzony zawodowiec – rzekł Sellitto.
– Trumniarz zna się na rzeczy – dodał Rhyme.
Usłyszeli jakiś ruch przy wejściu i po chwili Thom wprowadził do pokoju dwóch odzianych w garnitury agentów FBI. Za nimi weszli Percey Clay i Brit Hale.
– Jak on się czuje? – spytała Percey Sellitta. Rozejrzała się po pomieszczeniu ciemnymi oczyma, dostrzegając chłód, z jakim ją przywitano. Nie zrobiło to niej specjalnego wrażenia. – Pytam o Jerry’ego.
Sellitto nie odpowiedział.
– Jeszcze jest operowany – powiedział Rhyme.
Miała zmiętą, zmęczoną twarz i włosy bardziej potargane niż dziś rano.
– Mam nadzieję, że z tego wyjdzie.
Amelia Sachs odwróciła oczy na Percey i zapytała lodowato:
– Masz co?
– Mam nadzieję, że z tego wyjdzie.
– Nadzieję? – Policjantka górowała nad nią wzrostem. Podeszła bliżej. Niska kobieta nie ruszyła się z miejsca, gdy Sachs ciągnęła: – Trochę na to za późno, nie sądzisz?
– O co ci chodzi?
– To ja powinnam cię o to spytać. Przez ciebie został ranny.
– Hej, sierżancie – odezwał się Sellitto.
Percey odparła spokojnie:
– Nie prosiłam, żeby za mną biegł.
– Gdyby nie on, już byś nie żyła.
– Być może. Tego nie wiemy. Przykro mi, że został ranny. Ja…
– Jak bardzo ci przykro?
– Amelio – upomniał ją ostro Rhyme.
– Nie, chcę wiedzieć, jak bardzo jest jej przykro. Na tyle, żeby oddać dla niego krew? Żeby pchać jego wózek, gdyby nie mógł chodzić? Wygłosić mowę nad grobem, gdyby umarł?
– Sachs, uspokój się – warknął Rhyme. – To nie jej wina.
Sachs plasnęła się w uda rękami o poobgryzanych paznokciach.
– Nie?
– Trumniarz nas przechytrzył.
Sachs ciągnęła, wpatrując się w ciemne oczy Percey:
– Jerry był twoim opiekunem. Skoro biegniesz prosto na linię ognia, jak sądzisz, co innego miał zrobić?
– Nic nie sądzę. Po prostu tak zareagowałam.
– O Boże.
– Sierżancie – powiedział Hale. – Może pani w takich sytuacjach zachowuje się spokojniej niż niektórzy z nas. My nie jesteśmy przyzwyczajeni, żeby do nas strzelano.
– W takim razie powinna zostać w biurze. Tam gdzie wam kazałam zostać.
Przeciągając lekko samogłoski, Percey próbowała wyjaśnić:
– Zobaczyłam, że mój samolot znalazł się w niebezpieczeństwie. Zareagowałam. To tak jakbyś zobaczyła rannego partnera.
– Zrobiła tylko to, co każdy pilot zrobiłby na jej miejscu – rzekł Hale.
– Otóż to – wtrącił Rhyme. – Właśnie o tym mówię, Sachs. Tak pracuje Trumniarz.
Amelia Sachs nie miała jednak zamiaru dać za wygraną.
– Po pierwsze, powinniście być w bezpiecznym domu. W ogóle nie powinniście przyjeżdżać na lotnisko.
– To wina Jerry’ego – oświadczył Rhyme, czując wzbierającą złość. – Nie miał pozwolenia na zmianę trasy.
Sachs zerknęła na Sellitta, który od dwóch lat był partnerem Banksa. On jednak nie zamierzał stawać w obronie młodego detektywa.
– Było miło – powiedziała oschle Percey Clay, odwracając się do drzwi – ale muszę wracać na lotnisko.
– Co? – Sachs omal nie straciła tchu ze zdumienia. – Oszalałaś?
– To niemożliwe – rzekł Sellitto, przerywając ponure milczenie.
– Miałam kłopoty z wyposażeniem samolotu na jutrzejszy lot. A teraz trzeba go jeszcze naprawić. Skoro wszyscy mechanicy w Westchester to cholerni tchórze, będę musiała to zrobić sama.
– Pani Clay – zaczął Sellitto. – To niedobry pomysł. W bezpiecznym domu nic się pani nie stanie, ale nie możemy zapewnić pani ochrony w żadnym innym miejscu. Zostanie pani tam do poniedziałku…