– Do poniedziałku! – przerwała mu gwałtownie. – Nie, nic pan nie rozumie. Jutro wieczorem muszę lecieć tym samolotem. Czarter dla Amer-Medu.
– Nie może pani.
– Jedno pytanie – zabrzmiał lodowaty głos Amelii Sachs. – Kogo jeszcze chcesz zabić?
Percey postąpiła naprzód.
– Do cholery, wczoraj straciłam męża i jednego z najlepszych pracowników. Nie zamierzam stracić firmy. Nie możecie mi mówić, gdzie mam jechać i co robić. Dopóki mnie nie aresztujecie.
– Dobra – powiedziała Sachs i jednym ruchem zatrzasnęła kajdanki na szczupłych przegubach kobiety. – Jesteś aresztowana.
– Sachs – krzyknął rozwścieczony Rhyme. – Co ty wyprawiasz? Rozkuj ją. W tej chwili!
Sachs odwróciła się, spoglądając mu w oczy.
– Jesteś cywilem – warknęła. – Nie możesz mi rozkazywać.
– Ja mogę – powiedział Sellitto.
– Nic z tego – odparła niewzruszenie. – Ja ją aresztowałam. Nie możesz tego zmienić, mógłby to zrobić tylko prokurator.
– Co to za błazenada? – żachnęła się Percey, znów przeciągając ze złością samogłoski. – Za co mnie aresztujesz? Za to, że jestem świadkiem?
– Pod zarzutem lekkomyślnego stwarzania zagrożenia, a jeśli Jerry umrze, pod zarzutem zaniedbania, w wyniku którego popełniono zabójstwo. Albo nieumyślnego spowodowania śmierci.
Hale zebrał się na odwagę i powiedział:
– Nie podoba mi się sposób, w jaki cały dzień pani z nią rozmawia. Jeśli aresztuje pani Percey, musi pani aresztować też mnie.
– Nie ma sprawy – odrzekła Sachs, po czym zwróciła się do Sellitta. – Poruczniku, potrzebuję drugich kajdanek.
– Sierżancie, dość tego – powiedział stanowczo Sellitto.
– Sachs – zawołał Rhyme. – Nie mamy na to czasu! Trumniarz jest na wolności i w tej chwili planuje następny atak.
– Aresztujecie mnie – świadczyła Percey – a za dwie godziny będę na wolności.
– I zginiesz za dwie godziny i dziesięć minut. Właściwie to by była twoja sprawa…
– Sierżancie – syknął ostrzegawczo Sellitto. – Nie igraj z ogniem.
– …gdybyś nie miała zwyczaju brać ze sobą innych.
– Amelio – powiedział zimno Rhyme.
Odwróciła się do niego. Zwykle zwracał się do niej „Sachs”, gdy użył jej imienia, poczuła się, jakby wymierzył jej policzek.
Brzęknęły kajdanki na kościstych przegubach Percey. Sokół za oknem zatrzepotał skrzydłami. Wszyscy milczeli.
Wreszcie Rhyme odezwał się rzeczowym tonem:
– Proszę cię, zdejmij Percey kajdanki i zostawcie mnie z nią na parę minut.
Sachs zawahała się. Jej twarz przypominała maskę bez wyrazu.
– Proszę, Amelio. – Rhyme starał się zachować cierpliwość.
Bez słowa rozkuła Percey.
Wszyscy wyszli z laboratorium.
Percey potarła nadgarstki, wyciągnęła z kieszeni piersiówkę i pociągnęła łyk.
– Mogłabyś zamknąć ze sobą drzwi? – rzekł do Sachs Rhyme.
W drodze na korytarz posłała mu przelotne spojrzenie, lecz nie posłuchała prośby. Ciężkie dębowe drzwi zamknął Hale.
Na korytarzu Lon Sellitto jeszcze raz zadzwonił do szpitala. Banks wciąż był operowany i pielęgniarka nie potrafiła powiedzieć nic więcej.
Sachs przyjęła tę wiadomość krótkim skinieniem głowy. Podeszła do okna wychodzącego na alejkę pod domem Rhyme’a. Światło ukośnie padło na jej ręce i zobaczyła swoje zniszczone paznokcie. Dwa najbardziej pokaleczone palce obwiązała bandażami. Paskudne nawyki, pomyślała. Dlaczego nie umiem z nimi skończyć?
Detektyw stanął obok niej, spojrzał w szare niebo. Zbierało się na kolejną wiosenną burzę.
– Sierżancie – zaczął cicho, by nikt inny nie mógł usłyszeć. – Ona spieprzyła sprawę, fakt. Ale musisz zrozumieć, Percey nie jest zawodowcem. To nasza wina – dopuściliśmy do tego. Rzeczywiście, Jerry powinien być mądrzejszy. Mówię to z bólem, lecz schrzanił sprawę.
– Nie – rzekła przez zaciśnięte zęby. – Nie rozumiesz.
– Czego nie rozumiem?
Będzie umiała o tym opowiedzieć? Słowa przychodziły z takim trudem.
– Ja schrzaniłam. To nie wina Jerry’ego. – Ruchem głowy wskazała drzwi laboratorium. – Ani Percey. Tylko moja.
– Twoja? Kurwa, przecież to ty i Rhyme zorientowaliście się, że Trumniarz jest na lotnisku. Gdyby nie ty, załatwiłby wszystkich.
Pokręciła głową.
– Widziałam… widziałam, gdzie jest, zanim trafił Jerry’ego.
– I co?
– Dokładnie wiedziałam, gdzie jest. Wycelowałam i…
Cholera, ależ to trudne.
– Co ty mówisz?
– Kula przeleciała obok mnie… O Boże. Upadłam na ziemię. – Wsunęła palec we włosy i poczęła drapać, dopóki nie poczuła ciepłej krwi. Przestań. Niech to szlag.
– I co z tego? – Sellitto nie pojął, o co jej chodzi. – Wszyscy rzucili się na ziemię, nie? To normalne.
Patrzyła przez okno z twarzą płonącą wstydem.
– Kiedy strzelił i spudłował, miałam co najmniej trzy sekundy na strzał – wiedziałam, że strzela pojedynczo, mogłam wysypać na niego cały magazynek. Ale zaryłam twarzą w błoto. Potem już nie miałam odwagi wstać, bo wiedziałam, że zdążył przeładować.
– Co? – rzekł drwiąco Sellitto. – Wyrzucasz sobie, że nie wstałaś bez żadnej osłony i nie zostałaś idealnym celem dla snajpera? Daj spokój… Poza tym, czekaj, miałaś broń służbową?
– Tak, ale…
– Trzysta jardów z glocka 9? Strzał marzeń.
– Być może bym nie trafiła, ale mogłabym powstrzymać go ogniem. Nie strzeliłby do Jerry’ego. Niech to wszyscy diabli. – Zacisnęła dłonie, ponownie spoglądając na paznokieć palca wskazującego. Był ciemny od krwi. Podrapała mocniej.
Czerwień przypomniała jej o fontannie krwi, która trysnęła z ciała Jerry’ego Banksa, lecz mimo to drapała jeszcze mocniej.
– Naprawdę nie zamartwiałbym się tym na twoim miejscu.
Jak mogła mu to wytłumaczyć? To, co ją gnębiło, było bardziej skomplikowane, niż sądził detektyw. Rhyme był najlepszym specjalistą od kryminalistyki w Nowym Jorku, może nawet w całym kraju. Sachs, mimo swoich ambicji, nigdy nie będzie się z nim mogła równać. Lecz strzelanie i szybka jazda samochodem należały do jej atutów. Strzelała lewą i prawą ręką lepiej niż większość ludzi z policji. Ustawiała dziesięciocentówki na pięćdziesięciojardowej strzelnicy i trafiała w ich błyszczące środki, a potem dawała w prezencie pogięte monety swojej chrześnicy i jej koleżankom. Mogła uratować Jerry’ego. Do diabła, mogła nawet stuknąć tego skurwysyna Trumniarza.
Była wściekła na siebie, wściekła na Percey za to, że postawiła ją w takiej sytuacji.
I wściekła na Rhyme’a.
Otworzyły się drzwi, w których stanęła Percey. Rzuciwszy chłodnym okiem na Sachs, poprosiła do środka Hale’a. Zniknął w laboratorium, a po kilku minutach otworzył drzwi i powiedział:
– Pan Rhyme prosi wszystkich z powrotem.
Sachs zobaczył Percey siedzącą obok Rhyme’a na starym sfatygowanym fotelu. Nie mogła się oprzeć niedorzecznemu wrażeniu, że wyglądają jak małżeństwo.
– Osiągnęliśmy kompromis – oświadczył Rhyme. – Brit i Percey pojadą do bezpiecznego domu Dellraya. Znajdą kogoś innego do naprawy samolotu. Natomiast bez względu na to, czy odnajdziemy Trumniarza, czy nie, zgodziłem się, żeby Percey leciała jutro wieczorem.
– A jeżeli ją zatrzymam? – powiedziała rozdrażniona Sachs. – I zabiorę do aresztu?
Wydawało się jej, że Rhyme wybuchnie – była na to przygotowana – lecz on spokojnym głosem odparł:
– Myślałem o tym, Sachs. Nie sądzę jednak, żeby to był dobry pomysł. Wtedy narazilibyśmy oboje na większe niebezpieczeństwo. Sąd, areszt, transport – Trumniarz miałby więcej okazji.