– Nie sądzę, żeby była typem buntowniczki – powiedziała Sachs. – Kolory włosów są zbyt do siebie zbliżone. Próbuje tylko szykownie wyglądać, ale nic jej z tego nie wychodzi. Czyli tak: jest gruba, ma krótkie włosy, około trzydziestki, gdzieś pracuje. Wieczorem wraca sama do domu, do kotów.
Rhyme kiwał głową, patrząc na tablicę.
– Samotna. I naiwna – łatwo by uległa komuś wyszczekanemu. Dobra, trzeba sprawdzić u weterynarzy. Wiemy, że ma trzy różnokolorowe koty.
– Ale gdzie? – spytał Sellitto. – Westchester? Manhattan?
– Najpierw musimy postawić pytanie – rzekł z namysłem Rhyme – dlaczego w ogóle wybrał właśnie tę kobietę?
Sachs pstryknęła palcami.
– Bo musiał! Bo już go prawie mieliśmy. – Twarz się jej rozjaśniła. Wróciła dawna Amelia.
– Tak! – podchwycił żywo Rhyme. – Dzisiaj rano, niedaleko domu Percey. Kiedy do akcji wkroczyła jednostka specjalna.
– Porzucił czarną furgonetkę – ciągnęła Sachs – a potem ukrył się w jej mieszkaniu, aż niebezpieczeństwo minęło.
Rhyme zwrócił się do Sellitta:
– Każ swoim ludziom sprawdzić weterynarzy w promieniu dziesięciu przecznic od domu Percey. Albo nie, całe East Side. Dzwoń, Lon, dzwoń!
Podczas gdy detektyw pospiesznie wstukiwał numer, Sachs zapytała poważnie:
– Myślisz, że tej kobiecie coś się stało?
– Miejmy nadzieję, że nie, Sachs – odrzekł Rhyme, choć w głębi serca w to nie wierzył. – Miejmy nadzieję.
Rozdział czternasty
45 godzin – godzina siódma
Bezpieczny dom nie wydawał się Percey Clay szczególnie bezpiecznym miejscem.
Był to budynek z brązowego piaskowca, o trzech kondygnacjach, niczym nieróżniący się od innych przy ulicy w okolicach Biblioteki Morgana.
– To tutaj – powiedział do nich agent, pokazując dom przez okno samochodu. Zaparkowali z tyłu, a potem pospiesznie wepchnięto Percey i Hale’a do sutereny przez stalowe drzwi, które zaraz się za nimi zatrzasnęły. Stanęli przed sympatycznym trzydziestokilkuletnim mężczyzną o przerzedzonych ciemnych włosach. Mężczyzna uśmiechnął się.
– Witam – powiedział, pokazując legitymację Departamentu Policji Nowego Jorku i złotą odznakę. – Roland Bell. Od tej chwili, kiedy państwo kogoś poznają, nawet tak czarującego jak ja, proszę zawsze żądać dowodu tożsamości i sprawdzać, czy zdjęcie pasuje do właściciela.
Słuchając jego przeciągłego akcentu, Percey zapytała:
– Czy pan nie pochodzi przypadkiem… z Karoliny Północnej?
– Pewnie, że tak. – Roześmiał się. – Mieszkałem w Hoggston – poważnie – potem cztery lata w Chapel Hill. Rozumiem, że pani jest dziewczyną z Richmond.
– Byłam. Dawno temu.
– A pan, panie Hale? – spytał go Bell. – Pan też spod sztandaru Konfederacji?
– Michigan – rzekł Hale, ściskając energicznie rękę detektywa. – Przez Ohio.
– Niech się pan nie przejmuje, wybaczę panu ten mały błąd sprzed stu trzydziestu lat.
– Ja bym się poddał – zażartował Hale. – Nikt mnie nie pytał o zdanie.
– Ha. Teraz pracuję w wydziale zabójstw, ale bawię się w ochronę świadków, bo mam talent do ocalania ludziom życia. Mój drogi przyjaciel Lon Sellitto poprosił mnie więc o pomoc. Będę się wami przez jakiś czas opiekował.
– A co z tamtym detektywem? – zapytała Percey.
– Z Jerrym? Z tego, co wiem, jeszcze jest operowany. Nie mamy nowych wiadomości.
Choć mówił powoli, jego oczy z nadzwyczajną szybkością taksowały ich od stóp do głów. Czego szukał? – zastanawiała się Percey. Broni? Ukrytych mikrofonów? Potem rozejrzał się po korytarzu i sprawdził okna.
– Dobra – powiedział Bell. – W zasadzie miły ze mnie facet, ale potrafię być trochę uparty, gdy chodzi o opiekę. – Posłał Percey nikły uśmiech. – Pani też mi wygląda na uparciucha, proszę jednak pamiętać, że wszystko, co wam każę robić, jest dla waszego dobra. W porządku? W porządku. Coś mi się wydaje, że się dogadamy. Chodźmy, pokażę wam nasze apartamenty pierwszej kategorii.
Kiedy wchodzili po schodach, powiedział:
– Pewnie padacie trupem z ciekawości, jak tu bezpiecznie…
– Słucham? – odezwał się niepewnie Hale. – „Padamy trupem”?
– To znaczy, pewnie umieracie z ciekawości. Chyba zostało mi jeszcze coś z Południa. Chłopaki z Dużego Budynku – z naszej centrali – trochę się ze mnie nabijają. Zostawiają mi wiadomości, że niby złapali jakiegoś kmiota i chcą, żebym był tłumaczem. Tak czy inaczej, to naprawdę bezpieczne miejsce. Nasi przyjaciele z wymiaru sprawiedliwości znają się na rzeczy. Większy, niż się wydaje z zewnątrz, nie?
– Większy niż kabina pilotów, mniejszy niż ulica – rzekł Hale.
Bell zachichotał.
– Chodzi o okna od frontu? Dom nie wyglądał zbyt bezpiecznie, kiedy podjeżdżaliście, tak?
– To jedna rzecz… – zaczęła Percey.
– Oto nasz frontowy pokój. Możecie rzucić okiem. – Pchnął drzwi.
W środku nie było okien. Przyśrubowano do nich arkusze stalowej blachy.
– Firanki są po drugiej stronie – wyjaśnił Bell. – Z ulicy wygląda to jak ciemny pokój. We wszystkich pozostałych oknach są szyby kuloodporne. Mimo to lepiej trzymać się od nich z daleka. I nie podnosić rolet. Wyjście ewakuacyjne i dach są nadziane czujnikami, a w każdym zakamarku ukryto kamerę wideo. Każdy, kto się zbliży, zanim dojdzie do drzwi, zostanie prześwietlony i obfotografowany. Mógłby tu wejść tylko duch z anoreksją. – Poszedł w głąb szerokiego korytarza. – Chodźmy tędy… Proszę, to pani pokój, pani Clay.
– Skoro mamy razem mieszkać, proszę mi mówić Percey.
– Nie ma sprawy. A pan…
– Brit.
Pokoje były małe, ciemne i niezwykle ciche – w przeciwieństwie do biura Percey mieszczącego się w kącie hangaru w Hudson Air. Pomyślała o Edzie, który wolał biuro w głównym budynku; na jego biurku panował nienaganny porządek, na ścianach wisiały zdjęcia B-17 i P-51, na każdym pliku dokumentów stał przezroczysty przycisk do papieru. Percey lubiła zapach paliwa do odrzutowców, a najlepiej pracowało się jej przy akompaniamencie warkoczących kluczy pneumatycznych. Oczyma wyobraźni zobaczyła Eda siedzącego na jej biurku, gdy razem pili kawę. Zdołała odsunąć od siebie tę myśl, zanim łzy zdążyły jej napłynąć do oczu.
Bell powiedział do walkie-talkie:
– Główni bohaterowie na miejscu.
W chwilę później w korytarzu pojawili się dwaj umundurowani funkcjonariusze. Skinęli im głowami, a jeden z nich powiedział:
– Będziemy tu dwadzieścia cztery godziny na dobę. – Ciekawe, że ich twardy nowojorski akcent prawie się nie odróżniał od przeciągłej mowy Bella.
– Bardzo dobrze – pochwalił Percey Bell.
Zdziwiona uniosła brwi.
– Sprawdziłaś identyfikator. Nie dasz się nabrać.
Uśmiechnęła się blado.
– Daliśmy twojej teściowej w New Jersey dwóch ludzi – rzekł Bell. – Masz jeszcze jakąś rodzinę, której trzeba pomóc?
Percey odparła, że w okolicy nie ma żadnej. Bell zapytał o to samo Hale’a, który ze smutnym uśmiechem odparł:
– Nie, jeżeli byłej żony nie uważa się za rodzinę. Byłych żon – uściślił.
– W porządku. Nie trzeba karmić ani poić żadnych psów czy kotów?
– Nie – powiedziała Percey, a Hale tylko pokręcił głową.
– No to możemy się odprężyć. Nie używajcie komórek, jeżeli macie. Korzystajcie tylko z tej linii. Pamiętajcie o oknach i roletach. Tam jest przycisk alarmowy. Gdyby nie było już żadnego wyjścia, wciskacie go i padacie na ziemię. Dobra, jeżeli macie do mnie jakąś prośbę, możecie walić.
– Ja mam – odezwała się Percey. Wyciągnęła srebrną piersiówkę i pokazała.