Выбрать главу

– No – rzekł przeciągle Bell. – Jeśli chcesz, żebym ci pomógł ją opróżnić, muszę odmówić. Jestem na służbie. Mimo to dzięki. Jeżeli chcesz, żebym ci ją napełnił, to… nie ma sprawy.

Ich przekręt nie stał się wiadomością dnia.

Przez miejskie kanały policyjne poszły jednak trzy niekodowane komunikaty informujące posterunki o planowanej operacji na dwudziestym posterunku oraz ograniczeniach ruchu i zamknięciu niektórych ulic w West Side. Wszyscy podejrzani zatrzymani w rejonie dwudziestego mieli być zabrani do głównego aresztu w centrum. Nikt nie mógł wejść ani wyjść z posterunku bez specjalnej zgody FBI. Albo Federalnego Urzędu Lotnictwa – ten pomysł podsunął Dellray.

W trakcie nadawania komunikatów grupa 32-E Bo Haumanna zajęła pozycje wokół komisariatu.

Haumann objął dowództwo tej części operacji. Fred Dellray organizował federalną jednostkę odbijania zakładników, w razie gdyby zidentyfikowano właścicielkę kotów i zlokalizowano jej mieszkanie. Rhyme z Sachs i Cooperem dalej badali materiał dowodowy.

Nie dokonali żadnego nowego odkrycia, lecz Rhyme chciał, by Sachs i Cooper jeszcze raz zbadali ślady. Na tym polega kryminalistyka – trzeba się przyglądać i przyglądać, a gdy niczego nie można znaleźć, trzeba się przyjrzeć jeszcze raz. Kiedy do niczego się dojdzie, należy przyjrzeć się jeszcze dokładniej.

Rhyme podjechał do komputera i powiększył obraz zegara znalezionego we wraku samolotu Eda Carneya. Samo urządzenie – seryjne – niewiele mogło pomóc, lecz Rhyme zastanawiał się, czy nie znajdzie się na nim maleńki ślad albo nawet częściowo niewidoczny odcisk linii papilarnych. Zamachowcy są często przekonani, że eksplozja niszczy odciski, więc zdejmują rękawiczki, pracując przy drobniejszych elementach bomby. Jednak wybuch niekoniecznie niszczy odciski palców. Rhyme polecił Cooperowi okadzić zegar w ramce dymnej, a gdy to badanie niczego nie wykazało – napylić urządzenie drobnym proszkiem magnetycznym. Jednak i ten sposób nie przyniósł żadnych rezultatów.

Wreszcie Rhyme kazał Cooperowi oświetlić próbkę laserem typu yag, najnowszą i ostateczną bronią w poszukiwaniu niewidzialnych odcisków palców. Cooper patrzył w okular mikroskopu, a Rhyme oglądał obraz na monitorze.

Rhyme zaśmiał się, zmrużył oczy i popatrzył jeszcze raz, by się upewnić, czy nie zawodzi go wzrok.

– Czy to… Zobaczcie, w prawym dolnym rogu! – zawołał.

Lecz Cooper i Sachs nic nie widzieli.

Powiększony komputerowo obraz wydobył coś, czego nie było widać w mikroskopie optycznym. Na brzegu metalu, który miał ochraniać urządzenie przed rozwaleniem na kawałki, widniał ledwie widoczny półksiężyc zakończeń i rozgałęzień linii papilarnych. Ślad miał szerokość jednej szesnastej cala i długość może pół cala.

– Odcisk – powiedział Rhyme.

– Za mały do identyfikacji – stwierdził Cooper, patrząc na ekran monitora.

W jednym odcisku palca jest około stu pięćdziesięciu cech charakterystycznych, lecz ekspert potrafi go zidentyfikować tylko na podstawie ośmiu, szesnastu elementów. Niestety w tym nie było nawet połowy wymaganych cech.

Mimo to Rhyme był wyraźnie podekscytowany. On, który nie potrafił ustawić pokrętła mikroskopu, zauważył coś, czego inni nie widzieli. Też prawdopodobnie by to przegapił, gdyby był „normalny”.

Rhyme kazał komputerowi zapisać obraz jako mapę bitową, nie chcąc kompresować go do formatu pliku graficznego, aby nie uszkodzić obrazu. Wydrukował obraz odcisku i kazał Thomowi przykleić wydruk obok tablicy z listą dowodów z miejsca katastrofy.

Zadzwonił telefon i Rhyme odebrał, korzystając ze swego nowego systemu, przełączając aparat na głośnik.

To byli bliźniacy.

Dwaj detektywi z wydziału zabójstw, znani też jako Chłopcy Twardziele, pracowali poza Dużym Budynkiem, główną siedzibą policji. Prowadzili śledztwo w terenie – rozmawiali z mieszkańcami, przechodniami i świadkami po dokonanej zbrodni – i uważano ich za najlepszych w mieście. Nawet Lincoln Rhyme ich szanował, mimo swej nieufności do ludzkich zdolności obserwacyjnych.

Nie przeszkadzały mu maniery bliźniaków.

– Cześć, detektywie. Się masz, Lincoln – powiedział jeden z nich. Mieli na imię Bedding i Saul. Trudno ich było od siebie odróżnić, a przez telefon nie było nawet sensu próbować.

– Co macie? – zapytał Rhyme. – Znaleźliście panią kotów?

– To było łatwe. Siedmiu weterynarzy, dwa hotele dla zwierząt…

– Trzeba było iść do obu i…

– Obskoczyliśmy też trzy firmy opieki nad zwierzętami. Chociaż…

– Kto by wychodził z kotem na spacer, nie? Ale oni karmią, poją i sprzątają po zwierzaku, gdy właściciela nie ma. Pomyśleliśmy, że nie zaszkodzi sprawdzić.

– Trzech weterynarzy nie było pewnych. Mają strasznie dużo roboty.

– W East Side jest kupa zwierzaków. Zdziwiłbyś się. A może nie.

– Musieliśmy dzwonić do ludzi do domu. No wiesz, lekarzy, asystentów, kosmetyczki…

– Też mi robota, kocia kosmetyczka. W każdym razie rejestrator u weterynarza na Osiemdziesiątej Drugiej myśli, że może chodzić o Sheilę Horowitz. Trzydzieści kilka lat, krótkie, ciemne włosy, przy kości. Ma trzy koty. Jeden czarny, jeden biały. Nie wiedzą, jakiego koloru jest trzeci. Mieszka na Lexington, między Siedemdziesiątą Ósmą a Siedemdziesiątą Dziewiątą.

Pięć przecznic od domu Percey.

Rhyme podziękował bliźniakom i powiedział, żeby dalej byli uchwytni, po czym wrzasnął:

– Pchnijcie tam ludzi Dellraya! Ty też się rusz, Sachs. Mamy następne miejsce do zabezpieczenia. Chyba jesteśmy coraz bliżej. Czujecie to? Coraz bliżej!

Percey Clay opowiadała Rolandowi Bellowi o swoim pierwszym samodzielnym locie.

Miał on trochę inny przebieg, niż planowała.

Wystartowała z krótkiego trawiastego pasa, cztery mile za Richmond, słysząc znajome tung, tung, tung cessny podskakującej na nierównościach, dopóki nie oderwała się od ziemi. Potem pociągnęła stery i żwawa stopięćdziesiątka uniosła się w powietrze. Było wilgotne wiosenne popołudnie, takie jak dziś.

– Musiało być fajnie – rzekł Bell, patrząc na nią niepewnie.

– Potem już nie – odparła Percey, pociągając łyk z piersiówki.

Dwadzieścia minut później zamilkł silnik nad pustkowiem lasów wschodniej Wirginii, koszmarną gęstwiną jeżyn i sosen. Percey posadziła posłuszny samolot na polnej drodze, sama oczyściła przewód paliwowy i wystartowała jeszcze raz, wracając bez szwanku do domu.

Małej cessnie nic się nie stało, więc właściciel nigdy nie dowiedział się o przejażdżce. Jedynym ubocznym skutkiem tej historii było lanie, jakie sprawiła jej matka, dowiedziawszy się od dyrektora szkoły Lee, że Percey znów wdała się w bójkę i uderzyła pięścią w nos Susan Beth Halworth, a po piątej lekcji uciekła.

– Musiałam zwiać – wyjaśniła Bellowi Percey. – Wszyscy się mnie czepiali. Chyba przezywali mnie „troll” i jeszcze inaczej.

– Dzieciaki potrafią być okrutne – zgodził się Bell. – Gdyby moje chłopaki coś takiego zrobiły, złoiłbym im skórę jak… czekaj, ile wtedy miałaś lat?

– Trzynaście.

– Jak mogłaś to zrobić? Nie trzeba mieć skończonych osiemnastu, żeby latać?

– Szesnaście.

– Aha…To jak ci się udało?

– Nie złapali mnie – powiedziała Percey. – Udało się.

– Aha.

Siedzieli z Rolandem w jej pokoju. Uczynny Bell napełnił jej buteleczkę wild turkey – prezentem od jakiegoś informatora, który mieszkał tu pięć tygodni. Zajęli zieloną kanapę, a Roland zlitował się i wreszcie przyciszył szumiący walkie-talkie. Percey siedziała wygodnie oparta, Bell wyprostowany – nie z powodu niewygodnego mebla, lecz nadzwyczajnej czujności. Na ruch przelatującej muchy lub najlżejszy podmuch wzdymający firankę reagował, kładąc dłoń na jednym z dwu pistoletów, które miał przy sobie.