Выбрать главу

Zachęcona przez niego, Percey kontynuowała opowieść o swoich lotniczych dokonaniach. Uczniowską licencję pilota zdobyła w wieku szesnastu lat, a amatorską rok później. Skończywszy osiemnaście lat, została pilotem zawodowym.

Ku zgrozie rodziców uciekła z kręgu branży tytoniowej (ojciec nie pracował w „firmie”, ale na „plantacji”, choć w rzeczywistości była to korporacja o sześciu miliardach dolarów kapitału), postanawiając zdobyć dyplom inżynierski. („Rzucenie uniwersytetu stanu Wirginia było pierwszą rozsądną rzeczą, jaką w życiu zrobiła”, powiedziała w rozmowie z jej ojcem matka Percey i był to jedyny raz, kiedy wzięła jej stronę. Potem jednak dodała: „W szkole inżynierskiej łatwiej jej będzie znaleźć męża”, wychodząc z założenia, że chłopcy w uczelniach technicznych mają mniejsze wymagania).

Ale Percey nie interesowało życie towarzyskie, żeńskie koła studenckie ani chłopcy. Istniało tylko jedno. Samolot. Kiedy tylko pozwalał jej na to czas i finanse, latała. Zrobiła dyplom instruktora i zaczęła uczyć adeptów lotnictwa. Nieszczególnie podobało się jej to zajęcie, lecz nie rezygnowała z niego ze względu na bardzo cenny atut: godziny spędzone w fotelu instruktora liczono jako godziny wylatane przez pierwszego pilota. Co mogło niezwykle korzystnie wyglądać w życiorysie, bo niedługo miała zamiar zacząć pukać do drzwi linii lotniczych.

Po dyplomie rozpoczęła życie pilota bez stałego zatrudnienia. Lekcje, pokazy, loty dla przyjemności, od czasu do czasu lewy kurs z jakimś ładunkiem albo zlecenie od małej firmy czarterowej. Taksówki powietrzne, hydroplany, opryskiwanie pól, nawet numery kaskaderskie na starych stearmanach i dwupłatach Curtis Jenny, podczas festynów w niedzielne popołudnia.

– Było naprawdę ciężko – mówiła do Rolanda. – Może tak samo trudno jak w początkach kariery policyjnej.

– To chyba wcale się tak bardzo nie różni. Kiedy pracowałem w biurze szeryfa w Hoggston, chowałem się w krzakach z radarem i pilnowałem ruchu na skrzyżowaniach. Przez trzy lata nie było ani jednego zabójstwa, nawet przypadkowego. Potem zacząłem piąć się w górę – zostałem zastępcą szeryfa okręgowego, zacząłem pracować na autostradzie. Ale robota polegała przede wszystkim na wyciąganiu gości z rozbitych wozów. Wróciłem na uniwerek skończyć kryminologię i socjologię. Potem przeniosłem się do Winston-Salem i dochrapałem się złotej odznaki.

– Czego?

– Zostałem detektywem. Jasne, że przed pierwszą sprawą zdążyli mnie dwa razy pobić i trzy razy postrzelić. Uważaj, o co prosisz, bo możesz to dostać. Słyszałaś to kiedyś?

– Przecież robiłeś to, co chciałeś.

– Żyłem tym. Wiesz, ciotka, która mnie wychowała, zawsze mawiała: „Idź drogą, którą Bóg ci wskaże”. Coś w tym jest. Ciekawy jestem, jak założyłaś własną firmę?

– Założyliśmy ją we trójkę, Ed – mój mąż, Ron Talbot i ja. Jakieś siedem, osiem lat temu. Wcześniej jednak miałam małą przerwę.

– Jak to?

– Zaciągnęłam się do armii.

– Poważnie?

– Serio. Chciałam latać, a nikt mnie nie potrzebował. Widzisz, zanim dostaniesz pracę w firmie czarterowej albo liniach lotniczych, muszą cię ocenić na samolotach, którymi latają. Żeby mogli to zrobić, musisz zapłacić za szkolenie i godziny w symulatorze – z własnej kieszeni. Żeby latać wielkim odrzutowcem, trzeba często wybulić dziesięć tysięcy zielonych. Ja utknęłam na śmigłowcach, bo nie było mnie stać na szkolenia. No i przyszło mi do głowy: zaciągnę się i będą mi płacić za latanie najbardziej seksownymi maszynami na świecie. Wstąpiłam więc do marynarki.

– Dlaczego tam?

– Przez lotniskowce. Pomyślałam, że fajnie będzie lądować na ruchomym pasie startowym.

Bell skrzywił się. Na jej pytające spojrzenie powiedział:

– Gdybyś się nie domyślała, nie jestem wielkim fanem twojego fachu.

– Nie lubisz pilotów?

– Och, nie to miałem na myśli. Nie lubię latania.

– Wolisz, żeby do ciebie strzelali, niż żebyś miał latać?

Bez zastanowienia energicznie skinął głową, a potem spytał:

– Widziałaś kiedyś prawdziwą walkę?

– Pewnie. W Las Vegas.

Zmarszczył brwi.

– W dziewięćdziesiątym pierwszym. Hotel Hilton, trzecie piętro.

– Walka? Nie rozumiem.

– Nie słyszałeś nigdy o Tailhook?

– Aha, to była jakaś konferencja marynarki? Kiedy banda pilotów się upiła i napadła na kobiety? Byłaś tam?

– Podszczypywali mnie i macali. Znokautowałam jednego porucznika, innemu złamałam palec, chociaż żal mi, że był za bardzo pijany i poczuł ból dopiero następnego dnia. – Pociągnęła kolejny łyk burbona.

– Naprawdę było tak źle, jak mówili?

Po chwili milczenia powiedziała:

– Zwykle spodziewasz się, że nagle jakiś Koreańczyk z Północy albo Irańczyk w migu pojawi się znikąd i siądzie ci na ogonie. Ale kiedy robią to ludzie, którzy mają być po twojej stronie – naprawdę można się załamać. Czujesz się paskudnie, jakby cię oszukano.

– Co się stało?

– Brudna sprawa – mruknęła. – Nie chcę się nad tym rozwodzić. Podałam kilka nazwisk, paru ludzi wyleciało. Nie tylko piloci, kilka szych też. Jak możesz przypuszczać, nie przyjęto tego najlepiej w sali odpraw.

Z małpią zręcznością czy bez, nie lata się z ludźmi, którym nie można ufać.

– No i rzuciłam armię. Fajnie było z chłopakami, fajne były loty bojowe. Ale najwyższy czas był odejść. Poznałam Eda, postanowiliśmy założyć firmę czarterową. Pogodziłam się z tatuśkiem – mniej więcej – i pożyczył mi większą część forsy, którą władowałam w firmę. – Wzruszyła ramionami. – Oddałam mu zresztą z procentem, nigdy nie spóźniłam się ani o dzień ze spłatą raty. Kawał drania…

Ożyły wspomnienia związane z Edem. Pomagał jej wynegocjować pożyczkę. Wspólnie szukali odpowiedniego samolotu u firm leasingowych raczej sceptycznie nastawionych do ich projektu. Wynajmowali hangary. Kłócili się, o trzeciej nad ranem naprawiając panel nawigacyjno-komunikacyjny w samolocie, który miał wystartować o szóstej. Wspomnienia sprawiały jej ból tak ostry jak najdokuczliwsze migreny. Aby odegnać myśli, zapytała:

– A ciebie co sprowadziło na północ?

– Rodzina żony tu mieszka. Na Long Island.

– Rzuciłeś Karolinę Północną dla teściów?

Percey powstrzymała się przed uwagą na temat krótkiego lassa, na które żona łapie męża. Była jednak wdzięczna, że w porę ugryzła się w język, gdy Bell spojrzał na nią swymi piwnymi oczyma i rzekł:

– Beth poważnie chorowała. Dziewiętnaście miesięcy temu umarła.

– Och, przykro mi.

– Dzięki. Mieszkają tu jej starzy i siostra. Tak naprawdę nie za bardzo radziłem sobie z dzieciakami. Umiem robić chili i grać w piłkę, ale dzieci mają trochę inne potrzeby. Na przykład, po moim pierwszym praniu zbiegły się prawie wszystkie swetry. Przestałem się więc sprzeciwiać przeprowadzce. Poza tym chciałem pokazać dzieciakom, że życie to nie tylko kombajny i silosy.

– Masz zdjęcia? – zapytała Percey, przechylając piersiówkę. Przez moment czuła w gardle palący alkohol i postanowiła odstawić whisky. Zaraz jednak zmieniła decyzję.

– No jasne. – Z kieszeni workowatych spodni wyciągnął portfel i pokazał jej fotografie dzieci. Dwóch chłopców o blond włosach, w wieku mniej więcej pięciu i siedmiu lat. – Benjamin i Kevin – przedstawił ich Bell.

Percey zobaczyła jeszcze jedno zdjęcie – ładnej blondynki z krótką grzywką.

– Urocze.

– Masz dzieci?

– Nie – odrzekła. Zawsze był jakiś powód, żeby odwlekali z Edem decyzję o dzieciach na następny rok. Może zaczekamy, aż firma zacznie sobie lepiej radzić. Najpierw weźmiemy w leasing 737. Zdobędę certyfikat na DC-9… – Uśmiechnęła się do niego w zamyśleniu. – A twoi chłopcy? Chcą zostać glinami, jak dorosną?