– Dlaczego pytasz? – chciał wiedzieć Dellray.
– Nie chcę tam mieć żadnych zanieczyszczeń. Wolałabym wejść sama, jeśli ich zdaniem nie ma go w mieszkaniu. – Wtargnięcie kilkunastu uzbrojonych funkcjonariuszy mogło nieodwracalnie uszkodzić wszystkie ślady na miejscu zbrodni.
Dellray patrzył na nią przez chwilę, marszcząc czoło, a potem powiedział do mikrofonu:
– Rozpoznanie, jakie jest wasze zdanie?
– Nie możemy niczego stwierdzić z całą pewnością – rzekł głos agenta.
– Wiem, Billy. Powiedzcie mi tylko, co wam mówi nos.
Krótka przerwa.
– Moim zdaniem prysnął. Chata jest chyba czysta.
– Dobra. – Do Sachs powiedział: – Weź ze sobą jednego człowieka. To rozkaz.
– Ale wejdę pierwsza. Może mnie osłaniać od drzwi. Słuchaj, ten facet nie zostawia żadnych śladów. Musimy go w końcu na czymś przyłapać.
– No dobrze, sierżancie. – Dellray kiwnął głową do kilku agentów jednostki specjalnej.
– Zezwolenie na wejście – powiedział oficjalnie.
Jeden z agentów w ciągu trzydziestu sekund rozmontował zamek u drzwi na korytarz.
– Chwila – rzekł Dellray, przekrzywiając głowę. – Jest sygnał z centrali. – Powiedział do radia: – Podajcie im częstotliwość. – Spojrzał na Sachs. – Lincoln do ciebie.
W chwilę potem wtrącił się głos Rhyme’a:
– Sachs. Co ty wyrabiasz?
– Tylko…
– Słuchaj – oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Nie wchodź tam sama. Pozwól im najpierw sprawdzić mieszkanie. Znasz zasady.
– Mam wsparcie.
– Nie, najpierw wejdą agenci.
– Są pewni, że go nie ma w środku – skłamała.
– To nie wystarczy – uciął krótko. – Nie w przypadku Trumniarza. Z nim niczego nie można być pewnym.
Znowu to samo. Daj sobie spokój, Rhyme.
– Nie przypuszczał, że znajdziemy to mieszkanie. Prawdopodobnie nie posprzątał po sobie. Może znajdziemy odcisk palca, łuskę z pocisku. Do cholery, przy odrobinie szczęścia możemy znaleźć jego kartę kredytową.
Odpowiedziało jej milczenie. Nieczęsto udawało się uciszyć Lincolna Rhyme’a.
– Przestań mnie straszyć, Rhyme, dobrze?
Milczał, a ona odniosła wrażenie, że Rhyme chce, by była przestraszona.
– Sachs…?
– Co?
– Bądź ostrożna – brzmiała jego jedyna rada, wygłoszona dość niepewnym tonem.
Nagle pojawiło się pięciu agentów w rękawicach, kominiarkach i niebieskich kamizelkach kuloodpornych, z czarnymi H &K w dłoniach.
– Odezwę się do ciebie już z mieszkania – powiedziała.
Poszła za nimi po schodach, bardziej myśląc o ciężkiej walizce ze sprzętem, którą niosła w słabej lewej dłoni, niż o czarnym pistolecie w prawej.
W dawnych czasach, Przed Tym, Lincoln Rhyme uwielbiał spacery.
W ruchu było coś, co go uspokajało. Przechadzka w Central Parku albo w Parku Washington Square, szybki marsz przez Fashion District. Często się zatrzymywał, aby podnieść jakiś kawałeczek i potem wprowadzić go do bazy danych wydziału – lecz gdy już zapakował drobiny ziemi, roślin czy próbki materiałów budowlanych i skrupulatnie odnotował ich pochodzenie, szedł dalej. Potrafił pokonywać całe mile.
W obecnym stanie najbardziej frustrujące było to, że nie mógł w żaden sposób rozładować napięcia. Lincoln zamknął oczy i wbił tył głowy w zagłówek swojego wózka, zaciskając zęby.
Poprosił Thoma o odrobinę szkockiej.
– Nie powinieneś zachować jasnego umysłu?
– Nie.
– Chyba jednak powinieneś.
Idź do diabła, pomyślał Rhyme i mocniej zacisnął zęby. Thom będzie musiał oczyścić mi zakrwawione dziąsła i wezwać dentystę. Wobec niego też będę się zachowywał jak ostatni kutas.
W oddali przetoczył się grzmot. Światła w pokoju przygasły.
Wyobraził sobie Sachs idącą przed grupą uzbrojonych agentów. Oczywiście miała rację: wchodząc do mieszkania, agenci z jednostki specjalnej zniszczyliby większość dowodów. Mimo to drżał z lęku o nią. Była zbyt lekkomyślna. Widział, jak drapie się w głowę, skubie brwi, obgryza paznokcie. Rhyme, tak sceptyczny wobec czarnej magii psychologii, dostrzegał wszystkie jej autodestrukcyjne zachowania. Jechał z nią kiedyś jej podrasowanym sportowym samochodem. Pędzili sto pięćdziesiąt mil na godzinę, a Sachs wydawała się zawiedziona, że nierówne drogi Long Island nie pozwalają jej jechać dwa razy szybciej.
Drgnął, usłyszawszy jej szept:
– Rhyme, jesteś tam?
– Słucham, Amelio.
Chwila milczenia.
– Bez imion. To przynosi pecha.
Próbował się roześmiać. Żałował, że zwrócił się do niej po imieniu, zastanawiając się, dlaczego to właściwie zrobił.
– Mów.
– Jestem przed drzwiami. Chcą je wyważyć. Zameldował się drugi zespół. Ich zdaniem w środku nie ma nikogo.
– Masz kamizelkę?
– Ukradłam ją jednemu federalnemu. Wygląda, jakbym zamiast stanika miała dwa pudełka z czarnych łusek.
– Na trzy – Rhyme usłyszał głos Dellraya – wszystkie zespoły, obstawić drzwi i okna, zająć wszystko, ale zatrzymać się przy wejściu. Raz…
Rhyme był rozdarty. Chciał dorwać Trumniarza – niemal czuł smak tego pragnienia. Jednocześnie tak bardzo bał się o Sachs.
– Dwa…
Sachs, niech to szlag, pomyślał. Nie chcę się o ciebie bać…
– Trzy…
Usłyszał cichy trzask, jakby ktoś wyłamał stawy palców i stwierdził, że opadła mu głowa. W szyi poczuł bolesny skurcz, więc odchylił się do tyłu. Natychmiast zjawił się Thom i począł masować mu kark
– Wszystko w porządku – wymamrotał Rhyme. – Dziękuję. Proszę cię, otrzyj mi pot.
Thom spojrzał na niego podejrzliwie – na dźwięk „proszę cię” – po czym otarł mu czoło.
Co robisz, Sachs?
Chciał zapytać, lecz nie mógł jej teraz przeszkadzać.
Potem usłyszał, jak Sachs wstrzymuje oddech. Zjeżyły mu się włoski na karku.
– Chryste, Rhyme.
– Co jest? Mów.
– Ta kobieta… Horowitz… Drzwi lodówki są otwarte. Ona jest w środku. Nie żyje, ale wygląda jakby… O Boże, jej oczy.
– Sachs…
– Chyba włożył ją do lodówki, kiedy jeszcze żyła. Dlaczego do cholery…
– Zapomnij o tym na chwilę, Sachs. Spróbuj.
– Jezu.
Rhyme wiedział, że Sachs cierpi na klaustrofobię. Wyobraził sobie, co musiała czuć, patrząc na tak potworną śmierć.
– Skrępował ją taśmą czy sznurem?
– Taśmą. Ma też kawałek przezroczystej taśmy na ustach. Ale jej oczy, Rhyme, te oczy…
– Otrząśnij się, Sachs. Na powierzchni taśmy mogą być odciski. Co jest na podłodze?
– W salonie dywan. Linoleum w kuchni. I… – Krzyknęła nagle. – Boże!
– Co się stało?
– Kot na mnie skoczył. Cholerny zwierzak… Rhyme?
– Co?
– Czuję jakiś zapach. Zabawny.
– Dobrze. – Uczył ją, żeby na miejscu zbrodni zawsze zwracała uwagę na zapach. To pierwsza rzecz, którą należy zauważyć. – Co to znaczy „zabawny”?
– Taki kwaśny. Chemiczny. Nie wiem, skąd dochodzi.
Wtedy zorientował się, że coś jest nie tak.
– To ty otworzyłaś drzwi lodówki? – zapytał nagle.
– Nie. Były otwarte. I zdaje się zablokowane krzesłem.
Dlaczego? Po co miałby to zrobić, zastanawiał się Rhyme. Myśli przelatywały mu przez głowę jak błyskawice.
– Zapach staje się silniejszy. Czuć go dymem.
Ta kobieta to przynęta! Zostawił otwartą lodówkę, żeby od razu zauważyli ją po wejściu do mieszkania. Och, nie! Znowu!
– Sachs! Ten zapach to zapalnik. Zapalnik z opóźnionym zaplonem. Tam jest bomba! Wyjdź stamtąd natychmiast! Zostawił otwartą lodówkę, żeby nas zwabić do środka.