– Co?
– Zapalnik! Podłożył bombę. Masz kilka sekund na ucieczkę. Zmiataj!
– Tylko zerwę taśmę z jej ust.
– Uciekaj, do cholery!
– Tylko wezmę…
Rhyme usłyszał szelest, przyspieszony oddech, a kilka sekund później głośny huk eksplozji, dzwoniący jak cios młotem w kocioł.
Łomot na chwilę go ogłuszył.
– Nie! – krzyknął. – Nie!
Spojrzał na Sellitta, który wpatrywał się w jego przerażoną twarz.
– Co się stało? Co się stało? – wołał detektyw.
Chwilę potem Rhyme usłyszał w słuchawce męski głos, krzyczący w panice:
– Mamy ogień na drugim piętrze. Zburzone ściany… Są ranni… O Boże, co się z nią stało? Popatrz, krew. Ależ krwi! Potrzebujemy pomocy. Drugie piętro! Drugie piętro…
Stephen Kall obchodził wkoło dwudziesty posterunek w West Side.
Budynek stał niedaleko Central Parku i Stephen przelotnie ujrzał cienie drzew. Skrzyżowanie, przy którym znajdował się posterunek, było pilnowane, ale nie wyglądało to groźnie. Przed wejściem stało trzech rozglądających się nerwowo gliniarzy. Od wschodniej strony, gdzie okna zasłaniały grube stalowe kraty, nie dostrzegł nikogo. Domyślił się, że właśnie tam jest areszt.
Stephen przeszedł za róg i skierował się na południe, do następnego skrzyżowania. Ulica nie była zamknięta niebieskimi barierkami, ale stało tu dwóch policjantów. Przyglądali się badawczo wszystkim samochodom i przechodniom. Obrzucił budynek krótkim spojrzeniem, poszedł jeszcze przecznicę dalej i okrążył posterunek od zachodu. Przemknął przez opustoszałą alejkę, wyciągnął z plecaka lornetkę i począł badawczo oglądać gmach.
Będziesz tu umiał uderzyć, żołnierzu?
Tak jest, będę umiał.
Na parkingu obok posterunku stał dystrybutor z benzyną. Jakiś gliniarz tankował swój radiowóz. Stephenowi nigdy nie przyszło do głowy, że samochody policyjne nie tankują na stacjach Amoco czy Shella.
Przez dłuższą chwilę patrzył na dystrybutor przez ciężką lornetkę, którą po chwili włożył z powrotem do plecaka, i ruszył szybkim krokiem na zachód, jak zawsze uważając na rozglądających się za nim ludzi.
Rozdział szesnasty
45 godzin – godzina dwunasta
– Sachs! – krzyknął znowu Rhyme.
Niech to szlag, dlaczego nie pomyślała? Jak mogła być tak nieostrożna?
– Co się stało? – spytał ponownie Sellitto. – O co chodzi? Co się z nią stało?
– Bomba w mieszkaniu Horowitz – odrzekł głucho Rhyme. – W czasie wybuchu Sachs była w środku. Połącz się z nimi. Dowiedz się, co z nią. Włącz głośnik.
Ależ krwi…
Po trzech minutach, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność, Sellittowi udało się połączyć z Dellrayem.
– Fred – zawołał Rhyme. – Co z nią?
Upłynęła chwila dramatycznej ciszy.
– Niedobrze, Lincoln. Właśnie gasimy ogień. To była jakaś mina pułapka. Przeciwpiechotna. Cholera, mogliśmy wcześniej sprawdzić. Kurwa mać.
Miny pułapki często robiono z plastyku albo trotylu ze szrapnelem czy kulkami z łożysk – by maksymalnie zwiększyć ich siłę rażenia.
– Zawaliło się kilka ścian – ciągnął Dellray. – Prawie całe mieszkanie się spaliło. Muszę ci powiedzieć, Lincoln – zawiesił głos. – Znaleźliśmy… – Zawsze spokojny Dellray był wyraźnie zdenerwowany.
– Co? – wyrzucił z siebie Rhyme.
– Części ciała… Rękę. Kawałek ramienia.
Rhyme zamknął oczy z przerażeniem, jakiego nie zaznał od lat. Lodowaty dreszcz przeszedł jego nieczułe ciało. Ze świstem wypuścił powietrze.
– Lincoln… – zaczął Sellitto.
– Ciągle szukamy – ciągnął Dellray. – Być może jeszcze żyje. Znajdziemy ją. Zawieziemy do szpitala. Zrobimy wszystko, przecież wiesz.
Sachs, po co to zrobiłaś, do cholery? Dlaczego ci na to pozwoliłem?
Nie powinienem…
We włożonej do ucha słuchawce usłyszał suchy trzask, jak wybuch petardy.
– Czy ktoś może… Chryste, niech ktoś to ze mnie zdejmie.
– Sachs? – zawołał Rhyme do mikrofonu. Był pewien, że to jej głos. Po chwili usłyszał kaszel, jak gdyby się zakrztusiła.
– Kurczę – powiedziała. – Ale ohyda.
– Nic ci nie jest? – Potem zwrócił się do Dellraya: – Fred, gdzie ona jest?
– To ty, Rhyme? – spytała. – Nic nie słyszę. Niech się ktoś do mnie odezwie!
– Lincoln – zawołał Dellray. – Mamy ją. Cała i zdrowa.
– Amelio?
Usłyszał, jak Dellray wzywa ambulans. Choć od kilku lat żaden dreszcz nie wstrząsnął jego ciałem, Rhyme zauważył, że palec serdeczny u lewej dłoni drży jak osika.
Znów odezwał się Dellray:
– Nie za dobrze słyszy, Lincoln. Zdaje się, że te kawałki to trup tej Horowitz. Sachs wyciągnęła zwłoki z lodówki dokładnie w momencie wybuchu i zwłoki ją osłoniły.
– Widzę twoją minę, Lincoln – powiedział Sellitto. – Daj jej spokój.
Lecz on nie miał zamiaru odpuścić.
– Co ci przyszło do głowy, Sachs? Mówiłem ci, że tam jest bomba. Powinnaś sama wiedzieć, że to bomba i zwiewać.
– Rhyme, to ty?
Udawała, że go nie słyszy. Był niemal pewien.
– Sachs…
– Musiałam zabrać ten kawałek taśmy, Rhyme. Jesteś tam? W ogóle cię nie słyszę. To plastykowa taśma do pakowania. Słuchaj, musimy mieć jego odcisk. Sam mi to mówiłeś.
– Jesteś niemożliwa – powiedział ostro.
– Rhyme? Rhyme? Nie słyszę ani słowa.
– Sachs, nie wciskaj mi kitu.
– Coś sprawdzę, Rhyme.
Na moment zapadła cisza.
– Sachs… Sachs, jesteś tam? Co u diabła…?
– Słuchaj, Rhyme – właśnie sprawdziłam taśmę pod lampą. Zgadnij, co znalazłam? Częściowy odcisk! Odcisk Trumniarza!
Wiadomość o znalezisku powstrzymała go na chwilę, lecz zaraz podjął przerwaną tyradę. Kiedy się już na dobre rozkręcił, zorientował się, że swój akt oskarżenia o bunt wygłasza do głuchego telefonu.
Okryta sadzą Sachs wyglądała na ogłuszoną.
– Tylko bez ochrzanu, Rhyme. To było głupie, fakt, ale w ogóle o tym nie pomyślałam. Po prostu działałam.
– Co się stało? – spytał. Surowa mina zniknęła w jednej chwili; Rhyme cieszył się, że widzi Sachs żywą.
– Byłam w połowie drogi do drzwi. Zobaczyłam za nimi ładunek i już wiedziałam, że nie zdążę uciec. Złapałam zwłoki tej kobiety i wyciągnęłam z lodówki. Chciałam zawlec ją pod okno w kuchni. Ale wybuchło, zanim zdążyłam tam dojść.
Mel Cooper obejrzał torebkę z materiałem, który podała mu Sachs. Zbadał sadzę i kawałki bomby.
– M czterdzieści pięć. Trotyl z zapalnikiem wstrząsowym i czterdziestopięciosekundowym opóźnieniem. Wyważając drzwi, agenci przewrócili go; włączył się zapalnik. Znalazłem grafit, więc to trotyl o ulepszonym składzie. Bardzo dużej mocy, wyjątkowo niebezpieczny.
– Skurwiel – bluznął Sellitto. – Zapalnik opóźnieniowy… Chciał mieć pewność, że zabije jak najwięcej ludzi.
– Da się namierzyć? – spytał Rhyme.
– Standardowy ładunek wojskowy. Nie zaprowadzi nas nigdzie indziej tylko…
– Do tego gnoja, który mu to dał – mruknął Sellitto. – Phillipa Hansena. – Zadzwonił telefon detektywa, więc Sellitto odebrał i słuchał, kiwając głową.
– Dziękuję – powiedział, wyłączając telefon.
– Co? – zapytała Sachs.
Detektyw miał zamknięte oczy.
Rhyme domyślił się, że chodzi o Jerry’ego Banksa.
– Lon?
– Jerry – Detektyw otworzył powieki i westchnął. – Będzie żył. Ale stracił rękę. Nie mogli jej uratować. Zbyt zmasakrowana.
– O nie – szepnął Rhyme. – Mogę z nim porozmawiać?