– Nie – odrzekł detektyw. – Teraz śpi.
Rhyme myślał o młodym człowieku, który mówił niewłaściwe rzeczy w nieodpowiednim czasie, przygładzał sterczące włosy, pocierał ślad po zacięciu na różowym podbródku.
– Przykro mi, Lon.
Detektyw pokręcił głową, podobnie jak Rhyme, gdy ktoś częstował go wyrazami współczucia.
– Mamy teraz inne kłopoty.
Istotnie.
Rhyme dostrzegł kawałek plastykowej taśmy, którym Trumniarz zakneblował ofiarę. Zobaczył ledwie widoczny odcisk szminki po lepkiej stronie taśmy.
Sachs wpatrywała się w dowód, lecz nie było to spojrzenie „kliniczne” – zawodowe. Była wyraźnie wzburzona.
– Sachs?
– Dlaczego on to zrobił?
– Mówisz o bombie?
Pokręciła głową.
– Dlaczego włożył ją do lodówki? – Uniosła palec do ust i przygryzła paznokieć. Tylko na małym palcu lewej ręki miała długi i kształtny paznokieć. Pozostałe były paskudnie poobgryzane. Niektóre pokrywała brązowa warstewka zakrzepłej krwi.
– Chyba po to, żeby odwrócić naszą uwagę i żeby nikt nie zauważył bomby – odparł Rhyme. – Ciało w lodówce – to od razu rzuca się w oczy.
– Nie to mam na myśli – powiedziała. – Przyczyną śmierci było zaduszenie. Włożył ją tam, kiedy jeszcze żyła. Dlaczego? Jest jakimś sadystą?
– Nie, Trumniarz nie jest sadystą – rzekł Rhyme. – Nie może sobie na to pozwolić. Przede wszystkim musi wypełnić zadanie i ma tyle siły woli, żeby opanować inne instynkty. Dlaczego skazał ją na zaduszenie, jeśli mógł użyć noża albo sznura? Nie wiem, ale możliwe, że to nam pomoże.
– Jak to?
– Być może nie cierpiał jej z jakiegoś powodu, dlatego chciał jej zadać śmierć w najbardziej okrutny sposób.
– No dobrze, ale dlaczego ma nam to pomóc? – spytał Sellitto.
– Dlatego – odpowiedziała mu Sachs – że jeżeli go zdenerwowała, mógł się stać mniej ostrożny.
– Otóż to – zawołał Rhyme dumny z jej przenikliwości. Sachs nie dostrzegła jednak uśmiechu uznania na jego twarzy. Na chwilę spuściła oczy, prawdopodobnie przypominając sobie widok przerażonych oczu kobiety. Uważa się, że ludzie od kryminalistyki są zimni (co często zarzucała Rhyme’owi żona), lecz w istocie najlepsi z nich odczuwają głęboką empatię w stosunku do ofiar. Sachs nie była wyjątkiem.
– Sachs – szepnął do niej Rhyme. – Odcisk?
Spojrzała na niego.
– Mówiłaś, że znalazłaś odcisk palca. Trzeba działać szybko.
Sachs skinęła głową.
– Częściowy. – Uniosła plastykową torebkę. – Może to jej?
– Nie, zdjęłam jej odciski. Trochę trwało, zanim znalazłam jej ręce. Ale odcisk na pewno nie jest jej.
– Mel – rzekł krótko Rhyme.
Technik włożył kawałek taśmy do ramki i podgrzał. Natychmiast wyłonił się maleńki fragment odcisku palca. Cooper pokręcił głową.
– Nie wierzę – wymruczał.
– Co?
– Trumniarz wytarł taśmę. Wiedział, że dotykał jej bez rękawiczek. Zostawił tylko kawałeczek odcisku.
Podobnie jak Rhyme, Cooper należał do Międzynarodowego Stowarzyszenia Identyfikacji. Obaj byli ekspertami w identyfikowaniu ludzi na podstawie badań daktyloskopijnych, DNA i stomatologicznych – śladów zębów. Ale wobec tego odcisku – podobnie jak poprzedniego na metalowej osłonie bomby – byli bezsilni. Umieli znaleźć i zidentyfikować najbardziej ukryty ślad. Tego nie.
– Zrób zdjęcie i powieś na tablicy – mruknął Rhyme. Zgodnie z wymogami profesjonalizmu należało tak postąpić. Zawód był jednak ogromny. Sachs o mało nie przypłaciła życiem tego śladu – na próżno.
Edmond Locard, słynny francuski ekspert kryminalistyczny, sformułował zasadę nazwaną później jego imieniem. Stwierdził, że przy każdym kontakcie zbrodniarza i ofiary następuje wymiana dowodów. Choćby w mikroskopijnej skali, lecz zawsze ma miejsce przepływ. Rhyme odnosił jednak wrażenie, że jeśli ktokolwiek był w stanie obalić zasadę Locarda, duch zwany przez nich Tańczącym Trumniarzem mógł sprostać temu zadaniu najlepiej.
Sellitto, widząc jego zmartwioną minę, rzekł:
– Urządziliśmy zasadzkę w dwudziestym. Przy odrobinie szczęścia będziemy go mieli.
– Miejmy nadzieję. Należy nam się trochę szczęścia.
Zamknął oczy, opierając głowę na poduszce. Po chwili usłyszał głos Thoma:
– Dochodzi jedenasta. Czas się położyć.
Czasami łatwo ignorować potrzeby ciała, nawet o nim zapominać – tak jak teraz, gdy stawką jest ludzkie życie, trzeba uwolnić się z fizycznych ograniczeń i pracować, pracować bez ustanku. Trzeba pokonać wszystkie bariery normalnego funkcjonowania organizmu. Ciało Lincolna Rhyme’a nie tolerowało jednak lekkomyślnego traktowania. Odleżyny mogły prowadzić do posocznicy i zatrucia krwi. Obecność płynu w płucach – do zapalenia płuc. Nikt nie cewnikował pęcherza? Nie masował jelit, by pobudzić je do ruchu? Za ciasno zawiązał buty? Konsekwencją mogła być dysrefleksja i udar. Już zwykłe wyczerpanie mogło spowodować atak.
Śmierć ma wiele twarzy…
– Idziesz spać – oświadczył Thom.
– Muszę jeszcze…
– Spać. Musisz spać.
Rhyme uległ. Był już bardzo zmęczony.
– No dobrze, Thom. – Podjechał do windy. – Jeszcze tylko jedno. – Odwrócił się. – Sachs, możesz do mnie przyjść za parę minut?
Skinęła głową, patrząc, jak zamykają się drzwi małej windy.
Zastała go już leżącego w „Clinitronie”.
Sachs odczekała dziesięć minut, by dać mu czas na wszystkie rutynowe czynności – Thom założył szefowi cewnik i wyczyścił zęby. Jak większość inwalidów Rhyme był pozbawiony fałszywego wstydu, lecz Sachs wiedziała, że nie chciał, by oglądała go przy niektórych czynnościach.
W tym czasie wzięła prysznic w łazience na dole, przebrała się w czyste ubranie, które Thom przypadkiem miał w pralni w suterenie.
Światła były przygaszone. Rhyme pocierał głową o poduszkę jak niedźwiedź szorujący grzbietem o pień drzewa. „Clinitron” było to najwygodniejsze łóżko na świecie. Ważyło pół tony i składało się z masywnej płyty z umieszczonymi wewnątrz szklanymi kuleczkami, między którymi przepływało ogrzane powietrze.
– Sachs, dzisiaj byłaś świetna. Przechytrzyłaś go.
Tyle że przeze mnie Jerry Banks stracił rękę.
I pozwoliłam Trumniarzowi uciec.
Podeszła do barku, gdzie nalała sobie macallana, unosząc pytająco brew.
– Śmiało – rzekł. – Cudowny nektar zapomnienia…
Zrzuciła mundurowe buty i podciągnęła bluzę, by obejrzeć siniec.
Rhyme syknął na ten widok.
Siniec miał kształt Missouri i barwę dojrzałego bakłażana.
– Nie lubię bomb – powiedziała. – Nigdy nie byłam tak blisko wybuchu.
Z torebki wyjęła trzy pastylki aspiryny, które połknęła, niczym ich nie popijając (to sztuczka, której artretycy uczą się dość szybko). Podeszła do okna. Na parapecie siedziały sokoły wędrowne. Piękne ptaki. Nie były duże. Czternaście, może szesnaście cali. Mniejsze od psa. Ale jak na ptaki… wyglądały wyjątkowo groźnie. Ich dzioby miały kształt pazurów dzikich stworów z filmów fantastycznych.
– Dobrze się czujesz, Sachs? Powiedz prawdę.
– Nic mi nie jest.
Wróciła na krzesło, pociągając kolejny łyk alkoholu, który miał ciężki smak dymu.
– Chcesz zostać na noc? – zapytał.
Od czasu do czasu nocowała u niego. Spała na kanapie albo w łóżku obok niego. Nie wiedziała, czy ze względu na ciepłe powietrze „Clinitronu”, czy dlatego że leżała obok człowieka – ale zawsze najlepiej spała tutaj. Od rozstania ze swoim ostatnim chłopakiem, Nickiem, nie miała żadnych bliższych kontaktów z mężczyzną. Tu mogła leżeć z Rhyme’em w szerokim łóżku i rozmawiać. Opowiadała mu o samochodach, zawodach strzeleckich, o matce i chrześnicy. O ojcu żyjącym kiedyś pełnią życia, jego długim i smutnym umieraniu. Zdradzała mu znacznie więcej osobistych spraw niż on jej. Wcale jej to jednak nie przeszkadzało. Lubiła go słuchać. Jego żywy umysł nie przestawał jej zdumiewać. Mówił o dawnym Nowym Jorku, o sprawkach mafii, o których nikt się nigdy nie dowiedział, o miejscach zbrodni, które wyglądały beznadziejnie, dopóki nie znaleziono drobinki kurzu, skrawka paznokcia, kropelki śliny czy włoska, na podstawie których można było ustalić tożsamość albo miejsce pochodzenia sprawcy – ustalić mógł to oczywiście Rhyme, lecz niewielu poza nim. Jego umysł był niestrudzony. Wiedziała, że przed wypadkiem włóczył się ulicami Nowego Jorku, szukając próbek ziemi, szkła, roślin i kamieni – wszystkiego, co mogło mu pomóc w rozwiązywaniu spraw. Sachs miała wrażenie, że potrzeba nieustannego ruchu przeniosła się z jego bezużytecznych nóg do umysłu, który teraz wędrował po ulicach miasta do późnej nocy.