Pocałowała go: najpierw w policzek, później w kącik ust, wreszcie prosto w usta.
– Sachs, nie… Słyszysz mnie? Nie.
Nie słuchała.
Nie mówiła o tym Rhyme’owi, ale kilka miesięcy temu kupiła sobie książkę pod tytułem „Niesprawny kochanek”. Ze zdumieniem dowiedziała się z niej, że sparaliżowani mężczyźni mogą się normalnie kochać i mieć dzieci. Zadziwiający męski organ ma dosłownie niezależny umysł, a uszkodzenie rdzenia kręgowego eliminuje tylko jeden rodzaj bodźców. Niepełnosprawni mężczyźni byli zdolni do normalnych erekcji. Wprawdzie Rhyme nie miał czucia, lecz – w każdym razie dla niej – dreszcz fizycznej rozkoszy był tylko częścią całego aktu, często nawet mniej ważną. Liczyła się bliskość; dzięki niej osiągało się szczyty, z którymi nie mogły się równać miliony udawanych, kinowych orgazmów. Podejrzewała, że odczucia Rhyme’a są podobne.
Pocałowała go jeszcze raz. Mocniej.
Po chwilowym wahaniu oddał pocałunek. Nie zdziwiła się, że jest w tym dobry. W jego twarzy najpierw zauważało się wyraziste ciemne oczy, a zaraz potem piękne usta.
Nagle Rhyme odsunął głowę.
– Nie, Sachs, proszę…
– Cii… nic nie mów. – Jej dłoń zanurkowała pod kocami i zaczęła pieścić i dotykać.
– Chodzi o to…
O co? Że może się nie udać? – zastanawiała się.
Lecz wszystko szło doskonale. Czuła, jak rośnie w jej ręce, bardziej wrażliwy na dotyk niż u niektórych z największych macho, z jakimi zdarzyło się jej w życiu kochać.
Jednym ruchem znalazła się na nim, skopując resztę prześcieradeł i koców; pochyliła się i znów go pocałowała. Och, jak bardzo pragnęła być z nim tak blisko. Przekonać go, że widzi w nim doskonałego mężczyznę. By zrozumiał, że niczego mu nie brakuje.
Rozpięła włosy, pozwalając im swobodnie opaść.
Ich usta przywarły do siebie na pełną minutę.
Nagle Lincoln potrząsnął gwałtownie głową i w pierwszej chwili pomyślała, że dostał ataku.
– Nie! – wyszeptał.
Spodziewała się figlarnego, namiętnego, w najgorszym razie kokieteryjnego „Och, cóż za pomysły”… Tymczasem jego „nie” zabrzmiało bardzo cicho, jak gdyby nagle opadł z sił. Na głuchy dźwięk jego głosu zabolała ją dusza. Zsunęła się z niego, przyciskając do piersi poduszkę.
– Nie, Amelio. Przykro mi. Nie.
Twarz paliła ją ze wstydu. Ile to razy umawiała się gdzieś z mężczyzną, który był jej przyjacielem, kolegą albo przypadkowym znajomym, a potem nagle drętwiała z przerażenia, gdy nagle dobierał się do niej zachłannie jak nastolatek. Wtedy w jej głosie brzmiała ta sama konsternacja, którą teraz usłyszała u Rhyme’a.
W końcu zrozumiała.
Nie była dla niego nikim więcej niż tylko partnerem. Koleżanką z pracy. Przyjaciółką przez duże P.
– Przepraszam, Sachs… nie mogę. Są pewne komplikacje.
Komplikacje? Nie dostrzegała żadnych, naturalnie poza faktem, że jej nie kochał.
– Nie, to ja przepraszam – powiedziała szorstko. – Głupio wyszło. Trochę za dużo szkockiej. Nigdy nie umiałam pić, dobrze o tym wiesz.
– Sachs.
Ubierając się, przykleiła do ust sztuczny uśmiech.
– Sachs, pozwól mi coś powiedzieć.
– Nie. – Nie chciała usłyszeć ani słowa więcej.
– Sachs…
– Powinnam iść. Wrócę wcześnie rano.
– Chcę coś powiedzieć.
Lecz Rhyme nie miał okazji nic już więcej powiedzieć, wytłumaczyć się ani przeprosić, ani wyznać. Ani wygłosić wykładu.
Nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi. Zanim Rhyme zdążył zapytać, kto to, do pokoju wpadł Lon Sellitto.
Obrzucił przelotnym spojrzeniem Sachs, potem popatrzył na Rhyme’a i oznajmił:
– Właśnie rozmawiałem z chłopakami Bo spod dwudziestego. Trumniarz tam był i węszył dookoła. Sukinsyn chwycił przynętę! Będziemy go mieli, Lincoln! Tym razem będziemy go mieli.
– Kilka godzin temu – opowiadał dalej detektyw – paru chłopaków z rozpoznania zauważyło białego mężczyznę spacerującego wokół dwudziestego posterunku. Wśliznął się w alejkę i wyglądało, jakby sprawdzał ochronę. Później widzieli go, jak się gapił na dystrybutor obok komisariatu.
– Dystrybutor? Do tankowania radiowozów?
– Zgadza się.
– Śledzili go potem?
– Próbowali. Ale zniknął, zanim zdążyli się zbliżyć.
Rhyme domyślał się, że Sachs dyskretnie zapina górny guzik bluzki… Musiał z nią porozmawiać o tym, co tu przed chwilą zaszło. Musiała go zrozumieć. Ale wobec nowin, z jakimi przyszedł Sellitto, ta rozmowa będzie musiała zaczekać.
– Mamy coś lepszego. Pół godziny temu dostaliśmy meldunek o kradzieży ciężarówki. Z Rollins Distributing. West Side, niedaleko rzeki. Firma dostarcza benzynę małym stacjom. Gość przeciął siatkę ogrodzenia. Strażnik usłyszał to i poszedł sprawdzić. Został zaatakowany od tyłu i pobity niemal do nieprzytomności. A facet ulotnił się razem z ciężarówką.
– Wydział kupuje paliwo od tego Rollinsa?
– Nie, ale kto o tym może wiedzieć? Jeśli Trumniarz podjedzie pod posterunek cysterną, strażnicy przepuszczą go, nic nie podejrzewając, a potem…
– Cysterna wyleci w powietrze – wtrąciła Sachs.
Sellitto zamilkł raptownie.
– Sądziłem, że chce wykorzystać wóz tylko po to, żeby dostać się do środka – powiedział po chwili. – Waszym zdaniem to bomba?
Rhyme poważnie pokiwał głową. Zły na siebie. Sachs miała rację.
– Wpadliśmy we własne sidła. Nie przyszło mi do głowy, że mógłby coś takiego zrobić. Chryste, cysterna wybucha w dzielnicy…
– Bomba z nawozów sztucznych?
– Nie – rzekł Rhyme. – Chyba nie miał czasu na złożenie tego do kupy. Ale wystarczy mały ładunek na boku cysterny i powstanie superbomba ze wspomaganiem benzynowym. Zmiecie posterunek z powierzchni ziemi. Trzeba wszystkich ewakuować. Ale po cichu.
– Po cichu – mruknął Sellitto. – To nie będzie trudne.
– A co ze strażnikiem od Rollinsa? Może mówić?
– Może, ale dostał od tyłu. Nic nie widział.
– Chcę przynajmniej jego ubranie. Sachs – spojrzała na niego – mogłabyś przywieźć jego rzeczy ze szpitala? Będziesz wiedziała, jak je zapakować, żeby nie zniszczyć śladów. A potem sprawdź miejsce, gdzie ukradł ciężarówkę.
Zastanawiał się, jak dziewczyna zareaguje. Nie zdziwiłby się, gdyby wyszła bez słowa. Ale w jej nieruchomej, pięknej twarzy zobaczył, że czuje to samo co on: paradoksalną ulgę, że ich wieczór, nieuchronnie zmierzający do katastrofy, swoją interwencją uratował Trumniarz.
Powoli, powoli zaczynało im dopisywać szczęście, wyczekiwane przez Rhyme’a.
Godzinę później wróciła Amelia Sachs. Trzymała plastykową torebkę, w której spoczywały nożyce do drutu.
– Znalazłam je przy samym ogrodzeniu. Strażnik musiał zaskoczyć Trumniarza i ten je upuścił.
– Aha! – krzyknął Rhyme. – Nigdy nie sądziłem, że popełni taki błąd. Może rzeczywiście przestaje uważać… Ciekawe, czego się tak boi?
Rhyme rzucił okiem na nożyce. Proszę, modlił się w duchu, niech tu będzie odcisk.
Nieprzytomny Mel Cooper – który wcześniej spał w sypialni na górze – zbadał każdy milimetr kwadratowy narzędzia. Nie znalazł ani śladu odcisku.
– Możesz coś powiedzieć o samych nożycach? – odezwał się Rhyme.
– Model Craftsman, jeden z najlepszych, sprzedawany w każdym sklepie Searsa w całym kraju. Za kilka dolców można je kupić na giełdach albo złomowiskach.
Rhyme syknął zawiedziony. Przez chwilę wpatrywał się w nożyce, po czym spytał: