Выбрать главу

Sellitto westchnął.

– Otwórz oczy, Reggie – powiedział Dellray. – Pomyśclass="underline" wcale nie jest tak, że nie masz na nic wpływu. Czy ktoś tu prowadzi jakąś operację? Oddział specjalny?

– Jeszcze jedno – dodał z roztargnieniem Eliopolos. Całą uwagę skupił na Rhymie. – Naprawdę sądzi pan, że nikt w mieście nie pamięta, że ten sam facet zabił pana techników pięć lat temu?

Cóż, hm, Rhyme miał nadzieję, że nikt nie pamięta. Ponieważ okazało się jednak, że o tym nie zapomniano, zdaje się, że razem z całym zespołem pakowali się w niezłe tarapaty.

– Ale, ale – rzekł wesoło prokurator. – Nie chcę wojny o wpływy. Myślicie, że chcę? Po co? Chcę Phillipa Hansena. Dlaczego wszyscy chcą głowy Hansena? Bo to on jest grubą rybą.

W istocie Rhyme niemal zapomniał o Phillipie Hansenie, więc dopiero teraz zaczynał rozumieć, o co chodzi Eliopolosowi. I bardzo się zaniepokoił.

Rhyme okrążył na wózku Eliopolosa jak kojot.

– Ma pan tam dobrych agentów, prawda? – spytał z niewinną miną. – Do ochrony świadków.

– W Shoreham? – rzekł niepewnie prokurator. – Oczywiście. Mhm.

– Poinstruował ich pan o wymogach bezpieczeństwa? O tym, jak groźny może być Trumniarz? – Dalej grał niewiniątko.

Chwila milczenia.

– Poinstruowałem.

– I jakie dostali rozkazy?

– Rozkazy? – udał zdziwienie Eliopolos. Nie był głupi. Zorientował się, że go przyłapano.

Rhyme roześmiał się. Zerknął na Sellitta i Dellraya.

– Rozumiecie, nasz przyjaciel prokurator ma nadzieję, że dzięki trzem świadkom będzie miał w ręku Hansena.

– Trzem?

– Percey, Hale… i sam Trumniarz – wyliczył z szyderstwem w głosie Rhyme. – Chce go złapać, żeby mieć jeszcze jeden dowód. – Spojrzał na Eliopolosa. – Czyli pan także chce wykorzystać Percey jako przynętę.

– Tyle że chce ją wsadzić w środek pułapki. – Dellray zachichotał. – Chwytam, chwytam.

– Dobrze pan wie – ciągnął Rhyme – że sprawa przeciw Hansenowi nie wygląda najlepiej, bez względu na to, co widzieli Percey i Hale.

Pan Mhm postanowił spróbować szczerości.

– Widzieli, jak pozbywał się jakichś cholernych dowodów. Cholera, może nawet nie widzieli. Jeżeli znajdziemy te worki i uda się ustalić związek Hansena ze śmiercią dwóch żołnierzy poprzedniej wiosny, świetnie, będzie sprawa. Być może. Ale, po pierwsze – możliwe, że wcale nie znajdziemy worków, i po drugie, dowody mogły ulec zniszczeniu.

Wtedy, po trzecie, wezwijcie mnie, pomyślał Rhyme. Umiem znaleźć materiał dowodowy choćby w nocnym wietrzyku.

– Jeżeli jednak będziesz miał żywego człowieka wynajętego przez Hansena – wtrącił Sellitto – możliwe, że facet wsypie szefa.

– Otóż to. – Eliopolos skrzyżował ręce na piersi w geście, którego z pewnością używał w sądzie, wygłaszając ostatnie zdanie oskarżenia.

Sachs przysłuchiwała się rozmowie, stojąc w drzwiach. Zadała pytanie, które Rhyme miał na końcu języka.

– Na jakie okoliczności łagodzące może w zamian liczyć Trumniarz?

– Kim pani jest? – spytał Eliopolos.

– Sierżant Sachs, wydział wsparcia dochodzeniowego.

– To chyba nie jest kwestia, która mogłaby interesować technika od zabezpieczania miejsc zbrodni.

– Wobec tego interesuje mnie – warknął Sellitto. – A jeżeli nie uzyskam odpowiedzi, to pytanie zada burmistrz.

Rhyme przypuszczał, że Eliopolosa czeka kariera polityka. Prawdopodobnie całkiem niezła. Prokurator powiedział:

– Ważne, żeby udało się oskarżyć Hansena. Z dwojga złego jest znacznie groźniejszy. Zdolny do czynienia większego zła.

– No dobrze – rzekł Dellray, marszcząc czoło. – Ale to nie jest odpowiedź. Co dasz Trumniarzowi, jeśli zgodzi się podkablować Hansena?

– Nie wiem – odparł wykrętnie prokurator. – O tym jeszcze nie było mowy.

– Dziesięć lat dozoru? – mruknęła Sachs.

– O tym nie było mowy.

Rhyme myślał o zasadzce, którą dokładnie opracowali, siedząc do czwartej nad ranem. Jeżeli teraz przewiozą Percey i Hale’a gdzie indziej, Trumniarz na pewno to wywęszy. Zmieni plany. Dowie się, że są w Shoreham, ominie strażników, którzy dostali rozkaz ujęcia go żywego, zabije Percey i Hale’a – i jeszcze paru ludzi – a potem zniknie.

– Zostało niewiele czasu – zaczął prokurator.

– A ma pan papier? – przerwał mu Rhyme. – Miałem nadzieję, że będziecie skłonni do współpracy.

– Nie będziemy.

– Pan jest cywilem.

– Ja nie – powiedział Sellitto.

– Mhm. Rozumiem. – Spojrzał na Dellraya, ale nawet nie spytał agenta, po czyjej jest stronie.

– W ciągu trzech albo czterech godzin mogę zdobyć nakaz aresztowania prewencyjnego – rzekł prokurator.

W niedzielę rano? – pomyślał Rhyme. Mhm.

– Nie oddamy ich – powiedział. – Niech pan robi, co pan musi.

Na okrągłej twarzy biurokraty rozlał się szeroki uśmiech.

– Jestem zmuszony poinformować pana, że jeżeli sprawca zginie podczas próby zatrzymania, osobiście zapoznam się z raportem komisji i istnieje duże prawdopodobieństwo, że dojdę do wniosku, iż rozkaz użycia broni nie został wydany przez zwierzchników. – Spojrzał na Rhyme’a. – Możliwe też, że pojawi się kwestia ingerencji osób cywilnych w operacje organów federalnych. A to już jest materiał na bardzo poważny proces cywilny. Chcę pana tylko ostrzec.

– Dzięki – odparł jowialnie Rhyme. – Jestem ogromnie wdzięczny.

Gdy prokurator wyszedł, Sellitto przeżegnał się.

– Chryste, Linc, słyszałeś? Powiedział „poważny proces cywilny”.

– Kurczę, po mojemu nasz bohater bardzo by się przestraszył „niepoważnego” procesu – wtrącił się Dellray.

Wybuchnęli śmiechem.

Dellray przeciągnął się i rzekł:

– Aleśmy wdepnęli. Lincoln, słyszałeś o tym wirusie?

– Jakim wirusie?

– Ostatnio atakuje coraz więcej naszych ludzi. Jesteśmy na jakiejś akcji, ja i chłopaki z oddziału, i dostajemy paskudnego tiku w palcu wskazującym. Tym, który naciska spust.

Sellitto, znaczenie gorszy aktor niż agent, rąbnął:

– Wy też? Myślałem, że to dotyka tylko naszych ludzi z brygady specjalnej.

– Wiecie co? – powiedział Fred Dellray, Alec Guinness wśród gliniarzy. – Znalazłem na to lekarstwo. Wystarczy samemu zabić takiego gościa jak Trumniarz i zobaczyć zdziwienie na jego zezowatej gębie. Działa bez pudła. – Włączył telefon. – Chyba zadzwonię do moich chłopców i zapytam, czy pamiętają o tym lekarstwie.

Rozdział osiemnasty

45 godzin – godzina dwudziesta druga

Percey Clay zbudziła się w mrocznym pokoju, wstała z łóżka i podeszła do okna. Rozsunąwszy zasłony, spojrzała w monotonnie szare niebo. W powietrzu wisiała delikatna mgiełka.

Warunki bliskie minimum, oceniła. Wiatr 090, pięć węzłów. Widzialność ćwierć mili. Miała nadzieję, że przed wieczornym lotem pogoda się poprawi. Och, potrafiła latać w każdych warunkach atmosferycznych – i latała. Wszyscy, którzy pomyślnie przeszli testy lotów według przyrządów, mogli startować, latać i lądować przy całkowitym zachmurzeniu. (Właściwie dzięki komputerom pokładowym, łączności radiowej, radarowi i systemom antykolizyjnym większość samolotów pasażerskich mogła latać i lądować bez udziału pilota). Lecz Percey wolała latać przy dużej widoczności. Lubiła patrzeć na przesuwającą się w dole ziemię. Światła w nocy. Chmury. A nad nią gwiazdy.

Wszystkie gwiazdy wieczoru…

Znów pomyślała o Edzie i wczorajszym telefonie do jego matki. Zaczęły planować pogrzeb. Percey chciała dokładnie się nad wszystkim zastanowić, sporządzić listę gości, przygotować przyjęcie.