Lecz nie potrafiła. Jej myślami bez reszty zawładnął Lincoln Rhyme.
Przypomniała sobie rozmowę, jaką wczorajszego wieczoru odbyli za zamkniętymi drzwiami – po spięciu z Amelią Sachs.
Siedziała obok niego w starym fotelu. Rhyme mierzył ją wzrokiem od stóp do głów. Doznała dziwnego uczucia. Nie było to taksujące spojrzenie, jakim mężczyźni obrzucają kobiety (niektóre – jej nie) w barze albo na ulicy. Patrzył na nią tak, jakby był bardziej doświadczonym pilotem i oceniał ją przed ich pierwszym wspólnym lotem. Sprawdzał jej kompetencje, zachowanie, szybkość podejmowania decyzji. Jej odwagę.
Wyciągnęła z kieszeni piersiówkę, lecz Rhyme pokręcił głową, po czym zaproponował jej osiemnastoletnią szkocką.
– Zdaniem Thoma za dużo piję – rzekł. – Ma rację, ale czym jest życie bez drobnych przywar?
Parsknęła wymuszonym śmiechem.
– Mój ojciec na nich zarabia.
– Na gorzale? Czy przywarach w ogóle?
– Na papierosach. Jest jednym z szefów US Tobacco w Richmond. Nie, przepraszam, firma nazywa się teraz Towary Konsumpcyjne czy coś w tym rodzaju.
Za oknem zatrzepotały ptasie skrzydła.
– Och. – Percey zaśmiała się. – Samczyk.
Rhyme powędrował wzrokiem za jej spojrzeniem.
– Słucham?
– Samiec sokoła wędrownego. Dlaczego uwiły gniazdo tutaj? Zwykle mieszkają wyżej.
– Nie wiem. Obudziłem się pewnego ranka i już tu były. Znasz się na sokołach?
– Pewnie.
– Polowałaś z nimi? – zapytał.
– Kiedyś. Miałam jednego, z którym polowałam na kuropatwy. Dostałam go jako sokolę.
– Cóż to takiego?
– Pisklę. Łatwiej je ułożyć. – Dokładnie obejrzała gniazdo, uśmiechając się nieznacznie. – Ale moim najlepszym łowcą był jastrząb gołębiarz, złapany jako dorosły ptak. Samica. Samice są większe od samców i lepiej polują. Ciężko dać sobie z nimi radę. Ale ta polowała na wszystko – króliki, zające, bażanty.
– Masz jeszcze tego ptaka?
– Och, nie. Kiedyś czekała – to znaczy krążyła w górze, szukając ofiary. Nagle zmieniła zdanie. Pozwoliła uciec tłustemu bażantowi. Potem wzbiła się w prąd ciepłego powietrza, które uniosło ją kilkaset stóp w górę. Zniknęła w słońcu. Jeszcze przez miesiąc wystawiałam przynętę, ale nie wróciła.
– Tak po prostu zniknęła?
– Zdarza się dorosłym ptakom – wyjaśniła, wzruszając obojętnie ramionami. – To dzikie zwierzęta. Ale spędziła ze mną ponad pół roku. – Właśnie ten jastrząb stanowił inspirację przy projektowaniu logo Hudson Air. – Wskazując sokoły za oknem, dodała: – Masz szczęście, że trafiło ci się takie towarzystwo. Nadałeś im imiona?
Rhyme parsknął pogardliwym śmiechem.
– Nie mam takich zwyczajów. Thom próbował, ale go wyśmiałem i uciekł z pokoju.
– Ta Sachs… naprawdę ma zamiar mnie aresztować?
– Wydaje mi się, że będę umiał jej to wyperswadować. Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć.
– Słucham.
– Musicie z Hale’em dokonać wyboru. Dlatego chciałem z tobą porozmawiać.
– Wyboru?
– Możemy was wywieźć z miasta. Do miejsca przeznaczonego specjalnie do ochrony świadków. Przy zachowaniu środków ostrożności z pewnością zgubimy Trumniarza, a wy bezpiecznie doczekacie posiedzenia sądu przysięgłych.
– Ale? – zapytała.
– Ale nadal będzie was tropił. Nawet po posiedzeniu sądu będziecie stanowić zagrożenie dla Phillipa Hansena, bo będziecie musieli zeznawać w procesie. A proces może trwać wiele miesięcy.
– Nie wiadomo, czy sąd przysięgłych w ogóle postawi go w stan oskarżenia, bez względu na to, co usłyszy od nas – zauważyła Percey. – Po co więc miałby nas zabijać?
– To nie ma znaczenia. Gdy Trumniarz dostanie od kogoś zlecenie, nie spocznie, dopóki jego ofiara będzie żyła. Poza tym prokuratorzy obciążą Hansena zabójstwem twojego męża i w tej sprawie również będziesz świadkiem. Hansenowi bardzo więc zależy, żeby się ciebie pozbyć.
– Chyba rozumiem, do czego zmierzasz.
Uniósł brew.
– Robak na haczyku – powiedziała.
Zmrużył oczy, wybuchając śmiechem.
– No, nie zamierzam paradować z wami na oczach wszystkich, tylko umieścić was w bezpiecznym domu w mieście. Pod pełną strażą. Z najnowocześniejszymi systemami bezpieczeństwa. Trumniarz odsłoni się i będziemy go mieli. Skończymy z nim raz na zawsze. Wariacki pomysł, ale nie sądzę, żebyśmy mieli inny wybór.
Kolejny łyczek szkockiej. Niezła. Jak na trunek niewyprodukowany w Kentucky.
– Wariacki? – powtórzyła. – Pozwól, że o coś cię spytam. Masz jakiegoś mistrza? Kogoś, kogo starasz się naśladować?
– Oczywiście. Najsłynniejszych badaczy kryminalistycznych. Augusta Vollmera, Edmonda Locarda.
– Słyszałeś o Beryl Markham?
– Nie.
– Lotniczka brytyjska z lat trzydziestych i czterdziestych. To ona – nie Amelia Earhart – jest moim idolem. Prowadziła życie pełne fantazji. Pochodziła z arystokracji – wiesz, jak z „Pożegnania z Afryką”. Była pierwszym człowiekiem – nie kobietą, pierwszym człowiekiem – który samotnie przebył trasę nad Atlantykiem trudniejszą drogą, ze wschodu na zachód. Lindbergh wykorzystał wiejące w ogon wiatry. – Zaśmiała się. – Wszyscy myśleli, że jest pomylona. Gazety drukowały błagalne artykuły wstępne, żeby zrezygnowała z lotu. Oczywiście nie zrezygnowała.
– I dokonała tego?
– Lądowała awaryjnie tuż przed lotniskiem, lecz tak, dokonała tego. Nie wiem, czy to był akt odwagi, czy szaleństwa. Czasem wydaje mi się, że nie ma różnicy.
– Będziecie tam dość bezpieczni – ciągnął Rhyme. – Ale nie całkowicie.
– Coś ci powiem. Jak nazywacie tego mordercę?
– Trumniarz.
– Właśnie. W odrzutowcach używamy określenia „trumienny próg”.
– Co to takiego?
– Margines między prędkością przeciągnięcia a prędkością, od której samolot zaczyna się rozpadać od turbulencji Macha – kiedy zbliża się do prędkości dźwięku. Na poziomie morza lecisz kilkaset mil na godzinę, ale na wysokości pięćdziesięciu albo sześćdziesięciu tysięcy stóp prędkość przeciągnięcia może osiągać pięćset węzłów, a na barierę dźwięku trafiasz przy pięćset czterdziestu. Jeżeli nie zostaniesz w tym marginesie czterdziestu węzłów, przechodzisz przez trumienny próg i koniec. Wszystkie samoloty, które latają na takich pułapach, muszą mieć autopiloty, żeby utrzymać prędkość w marginesie. Powiem ci, że latam na takiej wysokości i prawie nigdy nie korzystam z autopilota. Nie znam pojęcia „absolutne bezpieczeństwo”.
– Czyli zrobisz to.
Percey nie odpowiedziała od razu. Przez chwilę patrzyła na niego badawczo.
– Chodzi o coś więcej, prawda?
– Więcej? – zdziwił się Rhyme, ale niewinność w jego głosie zabrzmiała niezbyt przekonująco.
– Czytam rubrykę miejską w „Timesie”. Przecież nie w każde morderstwo angażuje się tylu gliniarzy naraz. Co ten Hansen takiego zrobił? Zabił dwóch żołnierzy i mojego męża, a traktujecie go, jakby był jakimś Alem Capone.
– Mam gdzieś Hansena – powiedział cicho Lincoln Rhyme, siedzący na swym zmotoryzowanym tronie. Ciało miał nieruchome, lecz ciemne oczy błyszczały mu jak płomienie – tak samo jak oczy jej jastrzębia. Nie mówiła tego Rhyme’owi, ale ona też nie nadawała imion ptakom myśliwskim. Swojego jastrzębia nazywała po prostu „sokołem”.
– Chcę dostać Trumniarza – ciągnął Rhyme. – Zabił wielu gliniarzy, w tym dwóch, którzy pracowali u mnie. Zamierzam go złapać.
Mimo to czuła, że kryje się za tym coś więcej. Nie naciskała jednak.