– Będziesz musiał porozmawiać też z Britem.
– Oczywiście.
Po chwili oświadczyła:
– Zgoda, zrobię to.
– Dziękuję. Chcę…
– Zaraz – przerwała mu.
– Co takiego?
– Pod jednym warunkiem.
– Jakim? – Rhyme uniósł brew, a Percey uderzyła niespodziewana myśclass="underline" kiedy nie zwracało się uwagi na jego okaleczone ciało, można w nim było zobaczyć bardzo przystojnego mężczyznę. Kiedy to sobie uświadomiła, wróciło dawne, znienawidzone wrażenie – w obecności atrakcyjnego mężczyzny czuła się znacznie brzydsza i gorsza. Hej, Trollu, Małpia Gębo, Pekińczyku, Żabo, jesteś z kimś umówiona na sobotę? Pewnie nie…
– Że jutro wieczorem polecę z ładunkiem dla Amer-Medu – odrzekła Percey.
– Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł.
– Ostatnie słowo – powiedziała, przypominając sobie wyrażenie, które od czasu do czasu słyszała w rozmowach Rona i Eda.
– Dlaczego właśnie ty musisz lecieć?
– Hudson Air musi dotrzymać warunków kontraktu. Za wszelką cenę. Lot jest na styk i musi polecieć najlepszy pilot w firmie. Czyli ja.
– Co to znaczy „na styk”?
– Plan jest napięty do granic możliwości. Lecimy z minimalną ilością paliwa. Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby pilot krążył nad lotniskiem, bo schrzanił podejście do lądowania, albo lądował gdzie indziej, tłumacząc się złą pogodą. – Zamilkła na chwilę, po czym dodała: – Nie dopuszczę do upadku firmy.
Percey powiedziała to bardzo zdecydowanie. Stanowczością nie ustępowała Rhyme’owi, toteż zdumiała się, gdy ten skinął głową.
– Dobrze – rzekł. – Zgadzam się.
– A więc umowa stoi. – Instynktownie wyciągnęła do niego rękę, by przypieczętować układ, lecz zaraz się zreflektowała.
Roześmiał się.
– Ostatnio polegam wyłącznie na ustnych umowach – powiedział. By uczcić zawartą zgodę, wypili po szklaneczce szkockiej.
Teraz, w niedzielę o wpół do siódmej rano, opierała głowę o szybę okna. Miała tyle do zrobienia. Trzeba naprawić „Foxtrota Bravo”, przygotować rejestr nawigacyjny i plan lotu – co potrwa kilka godzin. A jednak mimo niepokoju, mimo smutku z powodu śmierci Eda, ogarniało ją nieokreślone poczucie szczęścia; jeszcze dziś będzie latać.
– Hej – odezwał się przyjazny głos.
Odwróciła się i ujrzała stojącego w drzwiach Rolanda Bella.
– Dzień dobry – powiedziała.
Podszedł do niej szybkim krokiem.
– Jeśli rozsuwasz zasłony, lepiej się nie wychylaj. – Zasłonił okno.
– Słyszałam, że detektyw Rhyme przygotowuje jakąś pułapkę. Na pewno go złapie.
– Fakt, Lincoln Rhyme zawsze ma rację. Ale za tego ptaszka nie dałbym funta kłaków. Dobrze spałaś?
– Nie – odrzekła. – A ty?
– Zdrzemnąłem się parę godzin – powiedział Bell, wyglądając bacznie przez szparę między zasłonami. – Nie potrzebuję dużo snu. Przeważnie budzę się na każdy szmer. Tak to już jest, kiedy człowiek ma dzieciaki. Nie odsłaniaj więcej okna. Pamiętaj, to Nowy Jork. Pomyśl, co by się stało z moją karierą, gdyby przy okazji przypadkowej strzelaniny trafiła cię jakaś zbłąkana kula. Przez tydzień by ze mnie kpili. Masz ochotę na kawę?
W niedzielny ranek w oknach starego domu odbijało się kilkanaście gęstych chmur.
Zanosiło się na deszcz.
W oknie stała Żona ubrana w szlafrok. Jej bladą twarz okalały rozczochrane czarne włosy; widocznie przed chwilą wstała.
Stephen Kall znajdował się na dachu starego budynku niedaleko bezpiecznego domu Departamentu Sprawiedliwości przy Trzydziestej Piątej, kryjąc się w cieniu wieży hydrantu. Przez lornetkę obserwował, jak po szczupłym ciele Żony przepływają cienie chmur.
Wiedział, że szyby w oknach są kuloodporne i z pewnością pierwszy pocisk się od nich odbije. W ciągu czterech sekund mógł oddać drugi strzał, lecz Żona na pewno odskoczyłaby od okna, gdyby rozprysła się szyba, nawet nie wiedząc, że ktoś do niej strzelił. Wszystko wskazywało na to, że nie będzie mógł zadać jej śmiertelnej rany.
Melduję, że będę się trzymał pierwotnego planu.
Obok Żony pojawił się jakiś mężczyzna i zaciągnął zasłony. Potem wyjrzał przez szparę, oczy zlustrowały dachy okolicznych budynków, gdzie zgodnie z logiką mógł się czaić snajper. Wyglądał na niebezpiecznego fachowca. Stephen zapamiętał wygląd tego człowieka.
Potem schował się za fasadę budynku, zanim mężczyzna zdążył go zobaczyć.
Blef policji – domyślał się, że to pomysł Lincolna Robaka – z rzekomym przewiezieniem Żony i Przyjaciela na posterunek w West Side, rozszyfrował już po dziesięciu minutach. Podsłuchawszy rozmowę Żony z Ronem, po prostu uruchomił ściągnięty z Internetu program, sprawdzający zastrzeżone numery połączeń. Okazało się, że Żona dzwoniła z numeru zaczynającego się od 212. Manhattan.
Następnie podjął próbę, która miała niewielkie szanse powodzenia.
A jak inaczej odnosi się zwycięstwa, żołnierzu?
Melduję, że łapiąc się każdej, nawet najbardziej nieprawdopodobnej możliwości.
Zalogował się do sieci i chwilę później wstukiwał numer telefonu do „odwrotnej” książki telefonicznej, która podawała nazwisko i adres abonenta. Oczywiście nie było w niej zastrzeżonych numerów i Stephen był pewien, że nikt przy zdrowych zmysłach z władz federalnych nie korzystałby w bezpiecznym domu z normalnej linii.
Mylił się.
Ekran wyświetlił: James L. Johnson, Trzydziesta Piąta Wschodnia, nr 258.
Niemożliwe…
Potem zadzwonił do budynku federalnego na Manhattanie i poprosił pana Johnsona.
– Chodzi mi o pana Jamesa Johnsona.
– Proszę zaczekać. Łączę.
– Przepraszam – wtrącił Stephen – proszę mi przypomnieć, w którym departamencie teraz pracuje.
– W Departamencie Sprawiedliwości. W Biurze Zarządu Infrastruktury.
Kiedy łączono go z biurem, Stephen odłożył słuchawkę.
Ponieważ już wiedział, że Żona i Przyjaciel są w bezpiecznym domu przy Trzydziestej Piątej, ukradł kilka planów kwartału, by dokładnie zaplanować atak. Potem ruszył na przechadzkę wokół dwudziestego posterunku na West Side i pozwolił, by zauważono, jak obserwuje dystrybutor benzyny. Następnie gwizdnął cysternę i zostawił mnóstwo śladów, żeby pomyśleli, że chce jej użyć jako gigantycznej bomby paliwowej, za pomocą której zamierza zgładzić dwoje świadków na posterunku.
I tak Stephen Kall znalazł się tutaj i miał Żonę i Przyjaciela w zasięgu broni krótkiej.
Skupił się na zadaniu, starając się nie myśleć o oczywistej paraleli: o twarzy widzianego w oknie człowieka, który go szukał.
Tylko trochę się kulił. Czuł się tylko trochę zarobaczony.
Twarz między zasłonami zniknęła. Stephen ponownie obejrzał dom.
Trzykondygnacyjny budynek, wolno stojący, otoczony ciemną alejką. Ściany wyłożone kwarcytem – najtwardszym z materiałów budowlanych, którego w przeciwieństwie do granitu czy marmuru nie można było przebić. Okien broniły kraty, które wyglądały jak zrobione ze starego żelaza, ale Stephen wiedział, że w istocie są z utwardzanej stali, nafaszerowane czujnikami ruchu albo dźwięku, albo jednymi i drugimi.
Wyjście ewakuacyjne było prawdziwe, lecz jeśli uważniej się przyjrzeć, widać było, że za zasłoniętymi oknami panuje ciemność. Prawdopodobnie do ram przykręcono od wewnątrz stalowe płyty. Stephen znalazł prawdziwe wyjście ewakuacyjne za dużym plakatem teatralnym przyklejonym do ceglanej ściany. (Po co ktoś umieszczałby reklamę przy prowadzącej na podwórko alejce, jeśli nie w celu zamaskowania drzwi?). Alejka niczym nie różniła się od innych w mieście, z bruku i asfaltu, ale w ścianach Stephen dostrzegł połyskujące szkłem oczy kamer. Przy alejce stały jednak worki ze śmieciami i kilka kubłów, które stanowiłyby wystarczającą zasłonę. Mógł ześliznąć się w alejkę z okna sąsiedniego biurowca i pod osłoną kubłów na śmieci dotrzeć do ukrytych drzwi.