Выбрать главу

Akurat na pierwszym piętrze budynku biurowego było otwarte okno, w którym powiewała firanka. Ktoś, kto śledził monitory kamer, musiał zauważyć ten ruch i przestał nań zważać. Stephen mógł zeskoczyć z wysokości sześciu stóp i za kubłami podczołgać się do wyjścia ewakuacyjnego.

Wiedział, że się go nie spodziewają – słyszał komunikaty o ewakuacji wszystkich budynków w okolicach dwudziestego posterunku, naprawdę więc uwierzyli, że chce wysadzić komisariat, wykorzystując cysternę. Oceniaj, żołnierzu.

Melduję, że według mojej oceny wróg polega na obronnych zaletach budynku, wynikających z solidnej konstrukcji i anonimowości posesji. Nie zauważyłem obecności uzbrojonego personelu, przypuszczam więc, że zaatakowanie domu z dużym prawdopodobieństwem pozwoli wyeliminować jeden lub oba cele.

Mimo tej pewności natychmiast poczuł się zarobaczony od stóp do głów.

Wyobraził sobie, jak szuka go Lincoln. Lincoln Robak. Wielka, gruba larwa, śliska od śluzu, rozglądająca się wszędzie, widząca przez ściany, włażąca w najdrobniejsze szczeliny.

Wyglądająca przez okno…

Wspinająca się po jego nodze.

Wżerająca się w ciało.

Zmyć to! Zmyć!

Co zmyć, żołnierzu? Znowu zaczynasz o tych pieprzonych robakach?

Melduję, że tak… że nie.

Miękniesz, żołnierzu? Czujesz się jak mała przestraszona dziewczynka?

Melduję, że nie. Jestem twardy jak stal. Chcę zabijać. Pałam żądzą mordu!

Zaczął głęboko oddychać. Powoli się uspokoił.

Pod wieżą hydrantu gaśniczego na dachu ukrył futerał po gitarze z modelem 40 w środku. Resztę sprzętu umieścił w dużej torbie, po czym nałożył kurtkę ze znaczkiem Uniwersytetu Columbia i czapkę baseballową.

Zszedł po schodach ewakuacyjnych i zniknął w alejce, czując wstyd, a nawet strach – nie przed kulami wroga, lecz przed przewiercającym go na wskroś spojrzeniem Lincolna Robaka, który zbliżał się powoli, ale nieubłaganie, szukając go w całym mieście.

Stephen dokładnie zaplanował atak na biurowiec, ale nie musiał zabijać ani jednego człowieka. Budynek obok bezpiecznego domu był pusty.

Westybul wyglądał na opustoszały i nie było tu żadnych kamer. Drzwi wejściowe, częściowo otwarte, blokował gumowy ogranicznik, a obok stały wózki i podkładki pod meble. Kuszący widok, ale Stephen nie chciał wpaść na tragarzy ani dzierżawców budynku. Wyszedł więc na zewnątrz i wśliznął się za róg po przeciwnej stronie bezpiecznego domu. Przystanął za małą sosną rosnącą w donicy, która zasłaniała go od strony chodnika.

Łokciem zbił wąskie okno, za którym było ciemne pomieszczenie – jak się okazało, gabinet psychiatry – i dostał się do środka. Przez pięć minut stał zupełnie bez ruchu, ściskając w ręku pistolet. Potem cicho wymknął się za drzwi i znalazł w korytarzu.

Zatrzymał się pod drzwiami, za którymi powinien się znajdować pokój z otwartym oknem – i powiewającą firanką. Sięgnął do klamki.

Lecz instynkt podpowiedział mu zmianę planów. Stephen postanowił spróbować wyjść przez piwnicę. Odnalazł schody i zszedł do wionącego stęchlizną labiryntu.

Cicho zmierzał w kierunku ściany położonej najbliżej bezpiecznego domu. Pchnął stalowe drzwi i wszedł do tonącego w półmroku pomieszczenia o wymiarach dwadzieścia na dwadzieścia stóp, w którym stały pudła i stare sprzęty. Na wysokości własnej głowy dostrzegł okienko wychodzące na alejkę.

Ciasna droga. Trzeba wyjąć szybę wraz z ramą. Ale gdy już się znajdzie na zewnątrz, będzie mógł od razu ukryć się za workami i pełznąc po ziemi, dotrzeć do wyjścia ewakuacyjnego bezpiecznego domu. To lepszy plan.

Zrobiłem to, pomyślał Stephen.

Wystrychnął ich wszystkich na dudka.

Wystrychnął na dudka Lincolna Robaka! Ta myśl sprawiła mu przyjemność, jaką na pewno dałoby zlikwidowanie obu celów.

Z przewieszonej przez ramię torby wyjął śrubokręt i począł wydłubywać z okna kit. Szare płaty odpadały powoli i zajęcie pochłonęło go do tego stopnia, że zanim zdążył rzucić śrubokręt i położyć dłoń na kolbie beretty, ten człowiek już na nim siedział, przykładając mu lufę do szyi i szepcząc:

– Jeden ruch i nie żyjesz.

3

KUNSZT

[Sokół] zerwał się do lotu. Szybował: jak potworna latająca ropucha, jak pierzasta sowa, jak fruwający Ryszard III z garbem na plecach, zbliżał się do mnie, lecąc nisko przy ziemi. Skrzydła miarowo rozcinały powietrze, para oczu w opuszczonej nisko głowie wpatrywała się we mnie w upiornym skupieniu.

„Jastrząb gołębiarz”

T.H. White

Rozdział dziewiętnasty

45 godzin – godzina dwudziesta trzecia

Krótka lufa, pewnie kolt, smittie albo podróbka dago, z której dawno nie strzelano, albo której nie smarowano.

Czuję rdzę.

Co nam mówi rdza na broni, żołnierzu?

Melduję, że dużo.

Stephen Kall uniósł ręce.

Wysoki i drżący niepewnością głos powiedział:

– Rzuć broń. I walkie-talkie.

Walkie-talkie?

– No już. Bo za chwilę twój mózg wyląduje na ścianie. – Głos załamywał się z emocji. Napastnik pociągnął nosem.

Żołnierzu, czy zawodowcy grożą?

Melduję, że nigdy. Ten człowiek jest amatorem. Mam go unieszkodliwić?

Jeszcze nie. Nadal jest groźny.

Tak jest.

Stephen upuścił broń na kartonowe pudło.

– Gdzie… gdzie jest twoje radio?

– Nie mam radia – odrzekł Stephen.

– Odwróć się. Nie próbuj żadnych sztuczek.

Stephen ostrożnie obrócił się i stanął twarzą w twarz z chudym mężczyzną, który patrzył na niego wyzywająco. Człowiek był bardzo brudny i wyglądał na chorego. Z nosa mu ciekło, miał niepokojąco zaczerwienione oczy. Jego brązowe włosy były skołtunione. Poza tym cuchnął. Zapewne bezdomny. Menel, jak nazwałby go ojczym Stephena. Albo ćpun.

Wysłużony stary colt z krótką lufą napierał na brzuch Stephena. Kciuk menela odwiódł kurek. Spust mógł zaskoczyć w każdej chwili, zwłaszcza że rewolwer był stary. Stephen uśmiechnął się łagodnie. Nie poruszył żadnym mięśniem.

– Posłuchaj – powiedział. – Nie chcę jakichkolwiek kłopotów.

– Gdzie masz radio? – powtórzył człowiek.

– Nie mam.

Człowiek nerwowym ruchem stuknął jeńca w pierś. Stephen z łatwością mógł go zabić – napastnik wydawał się rozkojarzony. Czuł, jak palce włóczęgi badawczo przesuwają się po jego ciele. Wreszcie facet odsunął się od niego.

– Gdzie twój partner?

– Kto?

– Nie wciskaj mi kitu. Przecież wiesz.

Nagle znowu robaki… Coś było nie tak.

– Naprawdę nie wiem, o czym mówisz.

– Gliniarz, co tu był przed chwilą.

– Gliniarz? – szepnął Stephen. – W tym budynku?

W oczach włóczęgi błysnęła niepewność.

– Tak. Nie jesteś jego partnerem?

Stephen podszedł do okna i wyjrzał.

– Nie ruszaj się. Bo strzelę.

– Wyceluj gdzie indziej – polecił mu Stephen, spoglądając na niego przez ramię. Przestał się bać starego rewolweru. Zaczynał pojmować swój błąd i mdłości ścisnęły mu żołądek.

– Stój. Kurwa, nie żartuję – zaskrzeczał człowiek.

– W alejce też są? – spytał spokojnie Stephen.

Upłynęła chwila milczenia.