– Naprawdę nie jesteś gliną?
– W alejce też są? – powtórzył stanowczym głosem Stephen.
Człowiek rozejrzał się zaniepokojony po pomieszczeniu.
– Kilku przed chwilą było. Wystawili worki ze śmieciami. Nie wiem, gdzie potem poszli.
Stephen wpatrywał się w alejkę. Worki… Wystawili je, żeby mnie zwabić. Fałszywa zasłona.
– Jak dasz komuś sygnał, przysięgam…
– Cicho bądź. – Stephen powoli lustrował alejkę, z cierpliwością boa, i wreszcie dostrzegł nikły cień na bruku – za kubłem na śmieci. Cień przesunął się o dwa cale.
Na szczycie budynku za bezpiecznym domem – na wieży windy – zauważył inny postrzępiony cień. Byli za dobrzy, żeby wysunąć lufy, ale nie na tyle dobrzy, żeby zasłonić światło odbijające się od stojącej na dachu budynku wody.
Chryste… Lincoln Robak jakimś cudem wiedział, że Stephen nie kupił bajeczki o dwudziestym posterunku. Cały czas czekali na niego tutaj. Lincoln rozgryzł nawet jego plan – według którego Stephen chciał się dostać do domu z tego budynku.
Twarz w oknie…
Stephenowi przyszła do głowy niedorzeczna myśl, że wtedy w Alexandrii z okna zalanego różowym światłem patrzył na niego Lincoln Robak. Oczywiście, to nie mógł być on. Mimo to nie mógł opanować mdłości, rozchodzących się jak skłębione robaki w jego trzewiach.
Zablokowane drzwi, otwarte okna, łopocząca firanka… pieprzone zaproszenie. Do tego alejka: idealna strefa rażenia.
Ocalił go tylko instynkt.
Lincoln Robak zwabił go w pułapkę.
Zagotował się z wściekłości. Przez ciało przepłynęła fala gorąca. Jeżeli się go spodziewają, muszą postępować zgodnie z zasadami rozpoznania. Co oznaczało, że gliniarz, którego widział ten śmieć, niedługo zjawi się tu ponownie. Stephen odwrócił się do chudego włóczęgi.
– Kiedy gliniarz był tu ostatni raz?
W oczach mężczyzny pojawił się lęk.
– Odpowiedz – warknął Stephen, ignorując wycelowaną w siebie czarną gardziel kolta.
– Dziesięć minut temu.
– Jaką miał broń?
– Nie wiem. Chyba jakąś fachową. Pistolet maszynowy albo coś takiego.
– A ty kto jesteś? – zapytał Stephen.
– Nie muszę, kurwa, odpowiadać na twoje pytania – odparł zadziornie włóczęga. Otarł nos rękawem. I to był jego błąd, bo zrobił to ręką, w której trzymał kolta. W ułamku sekundy Stephen wyszarpnął mu broń i rzucił mężczyznę na ziemię.
– Nie, nie rób mi krzywdy!
– Zamknij się – warknął Stephen. Odruchowo otworzył małego kolta, by sprawdzić, ile pocisków jest w bębenku. Nie było ani jednego.
– Pusty? – spytał z niedowierzaniem.
Człowieczek wzruszył ramionami.
– No…
– Groziłeś mi nienaładowaną bronią?
– No… jeżeli cię łapią z pustym gnatem, nie zamykają na długo.
Stephen nie zrozumiał. Pomyślał, że mógłby go zabić za jego głupotę: za to, że chodzi z nienaładowaną bronią.
– Co tu robisz?
– Odejdź i zostaw mnie w spokoju – zaskomlał człowiek, rozpaczliwie próbując podnieść się na nogi.
Stephen wrzucił mu kolta do kieszeni, po czym chwycił berettę i wycelował ją w głowę włóczęgi.
– Co tu robisz?
Mężczyzna otarł twarz.
– Na górze są gabinety lekarzy. W niedzielę nikogo nie ma, to przyszedłem zabrać trochę… no wiesz, próbek.
– Próbek?
– Lekarze dostają bezpłatne próbki lekarstw i innego gówna, w ogóle tego nie wpisują do kartotek. Można nakraść, ile się chce i nikt się nie dowie. Percodan, fiorinal, tabletki na odchudzanie i tak dalej.
Jednak Stephen nie słuchał go. Znowu poczuł chłód Robaka. Lincoln musiał być bardzo blisko.
– Hej, nic ci nie jest? – spytał człowiek, patrząc na twarz Stephena.
Dziwne, ale robaki odeszły.
– Jak się nazywasz? – zapytał Stephen.
– Jodie. Właściwie Joe D’Onofrio. Ale wszyscy mówią mi Jodie. A ty?
Stephen nie odpowiedział. Patrzył przez okno. Na szczycie budynku za bezpiecznym domem mignął następny cień.
– Dobra, Jodie. Posłuchaj mnie. Chcesz zarobić parę groszy?
– No? – pytał niecierpliwie Rhyme. – Co się dzieje?
– Ciągle jest w budynku obok, od strony wschodniej. Jeszcze nie wyszedł na alejkę – zameldował Sellitto.
– Dlaczego? Musi. Przecież nie ma po co zostawać w środku. O co chodzi?
– Sprawdzają każde piętro. Nie ma go w gabinecie, do którego – jak przypuszczaliśmy – powinien wejść.
W tym, gdzie było otwarte okno. Niech to szlag! Rhyme długo myślał, czy zostawić okno otwarte, pozwalając firance zapraszająco powiewać na wietrze. Wydawało mu się, że to szyte zbyt grubymi nićmi. Trumniarz mógł nabrać podejrzeń.
– Wszyscy w pogotowiu? – spytał Rhyme.
– Oczywiście. Wyluzuj się.
Nie mógł się jednak odprężyć. Rhyme nie znał szczegółów strategii Trumniarza, jednak był pewien, że atak nastąpi od strony alejki. Miał nadzieję, że worki i kubły na śmieci uśpią jego czujność na tyle, że uzna je za wystarczającą zasłonę. Agenci Dellraya i grupa 32-A Haumanna otaczali alejkę, obstawili budynek obok i inne w okolicy bezpiecznego domu. Sachs razem z Haumannem, Sellittem i Dellrayem siedziała w furgonetce rzekomo należącej do firmy kurierskiej i zaparkowanej przecznicę dalej.
Z początku Rhyme dał się nabrać na numer z bombą z cysterny. Mało prawdopodobne, żeby Trumniarz zapomniał zabrać narzędzie, ale ostatecznie można w to było uwierzyć. Później Rhyme nabrał podejrzeń do resztek przewodu detonatora na nożycach. Ilość materiału mogła sugerować, że Trumniarz pomazał nim ostrze, by mieć pewność, że policja podejmie trop zamachu bombowego na posterunek. Rhyme uznał, że Trumniarz wcale nie schrzanił roboty – jak z początku sądzili on i Sachs. Pozwalając, by namierzono trasę ataku, a potem darowując życie strażnikowi, który mógł wezwać policję i donieść o kradzieży cysterny – wcale nie działał przypadkowo.
Ostatecznie szalę przeważył dowód rzeczowy. Wodorotlenek amonowy z papierowym włóknem. Taka kombinacja mogła pochodzić tylko z dwóch źródeł – ze starych planów architektonicznych albo map nieruchomości, które reprodukowano na dużych maszynach drukarskich, wykorzystując związki amonowe do przygotowania kliszy. Rhyme kazał Sellittowi zadzwonić do centrali policji i zapytać o włamania do pracowni architektonicznych albo okręgowych biur notarialnych. Rzeczywiście był meldunek o włamaniu do biura sędziego. Rhyme poprosił, żeby sprawdzili Trzydziestą Piątą w East Side i zdumieni stróże miasta stwierdzili, że istotnie brakuje planu tej części miasta.
Mimo to wciąż pozostawało tajemnicą, jak Trumniarz zdobył adres bezpiecznego domu, w którym byli Percey i Brit.
Pięć minut temu dwaj funkcjonariusze jednostki specjalnej odkryli wybite okno na parterze biurowca. Trumniarz ominął otwarte drzwi frontowe, ale nadal chciał zaatakować dom od strony alejki, tak jak przewidywał Rhyme. Coś go jednak odstraszyło. Był w budynku, ale oni nie mieli pojęcia, gdzie dokładnie. Jadowity wąż w ciemnym pokoju. Gdzie był, co zamierzał?
Śmierć ma wiele twarzy…
– Nie będzie czekał – mruknął Rhyme. – Za duże ryzyko. – Coraz bardziej się denerwował.
– Na parterze ani śladu – zameldował agent. – Kontynuujemy obchód.
Upłynęło pięć minut. Zgłaszali się następni, którzy nikogo nie znaleźli. W swojej słuchawce Rhyme słyszał jednak tylko szum.
– Kto nie chce zarobić? – odezwał się Jodie. – Ale nie wiem jak.
– Pomóż mi się stąd wydostać.
– A co tu właściwie robisz? To ciebie tak szukają?
Stephen przyjrzał się uważnie smutnemu człowieczkowi. Menda, ale nie wariat ani głupiec. Stephen uznał, że najkorzystniejsza taktycznie będzie szczerość. Poza tym za kilka godzin facet i tak już nie będzie żył.