Выбрать главу

– Przyszedłem tu, żeby kogoś zabić – powiedział.

– Nie mów. Jesteś z mafii? Kogo chcesz zabić?

– Jodie, cicho bądź. Jesteśmy naprawdę w trudnej sytuacji.

– My? Ja nic nie zrobiłem.

– Znalazłeś się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie – rzekł Stephen. – I to twój kłopot, ale jesteś w takiej samej sytuacji jak ja, bo szukają mnie i nie uwierzą, że nie jesteśmy wspólnikami. No więc: pomożesz mi czy nie? Nie ma czasu – tak czy nie?

Jodie próbował opanować lęk, ale zdradziło go spojrzenie.

– Tak czy nie?

– Nie chcę, żeby mi się coś stało.

– Jeśli będziesz po mojej stronie, nic ci się nie stanie. To ja decyduję, komu się stanie krzywda, a komu nie. Jestem w tym dobry.

– I zapłacisz? Pieniędzmi? Nie czekiem?

Stephen musiał się roześmiać.

– Nie czekiem. Gotówką.

W kaprawych oczach odbił się głęboki namysł.

– Ile?

Gnida chciał negocjować cenę.

– Pięć tysięcy.

Lęk pozostał, ale obok niego w oczach włóczęgi pojawiło się bezbrzeżne zdumienie.

– Naprawdę? Bez kitu?

– Naprawdę.

– A jak pomogę ci wyjść, a ty mnie zabijesz, żeby mi nie zapłacić?

Stephen znów się roześmiał.

– Płacą mi o wiele więcej. Pięć kawałków to dla mnie nic. W każdym razie, jeżeli stąd wyjdziemy, może będę jeszcze potrzebował twojej pomocy.

– Ja…

W oddali dał się słyszeć jakiś dźwięk. Ktoś się zbliżał.

Gliniarz, który go szukał.

Tylko jeden, stwierdził Stephen, nasłuchując. Słusznie. Spodziewają się go na pierwszym piętrze, w pokoju z otwartym oknem, który Lincoln Robak zapewne obstawił największym oddziałem.

Stephen wsunął pistolet do torby i wyciągnął nóż.

– Pomożesz mi?

Głupie pytanie. Jeśli chciał żyć, musiał mu pomóc. Inaczej umrze w ciągu sześćdziesięciu sekund. Dobrze o tym wiedział.

– Dobra. – Wyciągnął do niego rękę.

Stephen ją zignorował.

– Jak się stąd wydostaniemy?

– Popatrz na te bloki żużlowe. Można je wyjąć. Pod spodem jest wejście do tunelu. To sieć starych tuneli, które kiedyś biegły pod całym miastem. Nikt o nich nie wie.

– Tak? – Stephen żałował, że nic o nich wcześniej nie słyszał.

– Dojdziemy nim do metra. Tam właśnie mieszkam. Na starej stacji metra.

Ostatni raz Stephen pracował z innym człowiekiem dwa lata temu. Czasami żałował, że zabił swojego partnera.

Jodie ruszył w stronę bloków.

– Nie – szepnął Stephen. – Chcę to zrobić inaczej. Stań pod ścianą. Tutaj. – Pokazał ścianę naprzeciw drzwi.

– Ale mnie zobaczy. Zaświeci latarką i od razu mnie zobaczy!

– Stań tam i podnieś ręce.

– Zastrzeli mnie – zaskomlił Jodie.

– Nie, nie zastrzeli. Musisz mi zaufać.

– Ale… – Obejrzał się na drzwi i otarł twarz.

Czy ten człowiek nie stchórzy, żołnierzu?

Melduję, że istnieje takie ryzyko. Ale rozważyłem tę możliwość i moim zdaniem nie stchórzy. Bardzo potrzebuje pieniędzy.

– Musisz mi zaufać.

Jodie westchnął.

– No dobrze.

– Podnieś ręce jak najwyżej, inaczej strzeli.

– Tak? – Wyciągnął w górę ramiona.

– Cofnij się, żeby mieć twarz w cieniu. Tak, teraz dobrze. Nie chcę, żeby widział twoją twarz… dobrze. Świetnie.

Kroki zbliżały się. Przycichły, policjant się wahał.

Stephen dotknął palcami ust i rzucił się jak długi na podłogę.

Kroki zatrzymały się. W drzwiach pojawiła się jakaś postać. W kamizelce kuloodpornej i kurtce FBI.

Wśliznęła się do pomieszczenia, oświetlając je latarką umieszczoną na końcu H &K. Kiedy agent dostrzegł sylwetkę Jodiego, zrobił coś, co zdumiało Stephena.

Zaczął naciskać spust.

Był to bardzo subtelny ruch. Lecz Stephen strzelał już do tylu zwierząt i ludzi, że doskonale znał to napięcie mięśni i postawę tuż przed oddaniem strzału.

Stephen musiał działać szybko. Skoczył, podbijając w górę karabin agenta i wyrywając mu mikrofon. Potem wbił nóż w triceps, paraliżując mu prawe ramię. Człowiek zawył z bólu.

Pozwolono im strzelać! Nie mogę się poddać. Jeśli się pokażę, zastrzelą. Z bronią lub bez.

– O Boże! – krzyknął Jodie. Niepewnie postąpił naprzód. Ręce wciąż trzymał w górze, co wyglądało niemal komicznie.

Stephen rzucił agenta na kolana, wcisnął mu na oczy hełm z kevlaru i zakneblował usta szmatą.

– O Boże, zabiłeś go – wykrztusił Jodie, opuszczając ramiona i podchodząc bliżej.

– Zamknij się – powiedział Stephen. – Gdzie to wyjście?

– Ale…

– No już.

Jodie wytrzeszczył oczy.

– Gdzie?

Jodie pobiegł do dziury w ścianie, a Stephen pociągnął agenta na korytarz.

Pozwolili im strzelać…

Lincoln Robak zdecydował, że trzeba go zabić. Stephen był wściekły.

– Zaczekaj tu – rozkazał Jodiemu.

Stephen wcisnął wtyczkę mikrofonu ze słuchawką z powrotem do radia i zaczął nasłuchiwać. Działali na kanale operacyjnym, a w biurowcu musiało być kilkunastu gliniarzy i agentów porozumiewających się podczas przeszukiwania różnych części budynku.

Nie miał czasu, ale musiał ich zatrzymać.

Stephen wywlókł bezwładnego agenta na żółty korytarz.

Znów wyciągnął nóż.

Rozdział dwudziesty

45 godzin – godzina dwudziesta trzecia

– Niech to szlag. Niech to jasny szlag! – krzyknął Rhyme, opluwając sobie brodę. Podszedł Thom i starł mu ślinę, lecz Rhyme odpędził go niecierpliwie.

– Bo! – zawołał do mikrofonu.

– Tak? – odezwał się siedzący w furgonetce Haumann.

– Chyba rozgryzł zasadzkę i będzie się starał wydostać. Powiedz swoim agentom, żeby się przegrupowali w zespoły obronne. Nie chcę, aby ktokolwiek został sam. Pchnij wszystkich do budynku. Chyba…

– Czekaj… Czekaj… O nie…

– Bo? Sachs? Niech się ktoś odezwie.

Nikt jednak nie odpowiadał.

Rhyme usłyszał krzyki w radiu. Połączenie zostało przerwane. Potem zaczął słyszeć urywane słowa:

– …pomocy. Mamy ślady krwi… W biurowcu. Tak, tak… nie… na dole… piwnicy. Innelman nie odpowiada. Był… piwnicy. Do wszystkich, ruszać się. Ruszać!…

– Bell, słyszysz mnie? – zawołał Rhyme. – Podwoić straż przy świadkach. Nie zostawiaj, powtarzam, nie zostawiaj ich bez opieki. Trumniarz jest w pobliżu, nie wiemy dokładnie gdzie.

W słuchawce odezwał się spokojny głos Rolanda Bella:

– Siedzą jak pisklęta pod skrzydłem. Nikt tu nie wejdzie.

Przeciągające się oczekiwanie doprowadzało Rhyme’a do wściekłości. Nie potrafił tego znieść. Chciało mu się krzyczeć.

Gdzie on jest?

Wąż w ciemnym pokoju.

Potem zameldował się jeden z agentów, mówiąc Haumannowi i Dellrayowi, że zabezpieczają piętro po piętrze.

Na koniec Rhyme usłyszał:

– Piwnica zabezpieczona. Jezu, ile tu krwi. Nie ma Innelmana. Nie możemy go znaleźć! Chryste, ileż krwi!

– Rhyme, słyszysz mnie?

– Tak.

– Jestem w piwnicy biurowca – powiedziała do mikrofonu Amelia Sachs, rozglądając się.

Betonowe ściany miały brudnożółtą barwę, a podłogi pomalowano na szary kolor, który przywodził na myśl okręt wojenny. Trudno było jednak nie dostrzec krwi, wszystko było nią spryskane, jak na koszmarnym obrazie Jacksona Pollocka.

Biedny agent, pomyślała. Innelman. Lepiej jak najszybciej go odszukać. Człowiek, który traci tyle krwi, nie przeżyje dłużej niż piętnaście minut.