Выбрать главу

– Masz zestaw? – spytał ją Rhyme.

– Nie mamy czasu! Krwawi jak diabli, musimy go znaleźć!

– Spokojnie, Sachs. Zestaw. Otwórz swój zestaw.

Westchnęła.

– No dobrze. Mam.

Zestaw narzędzi do zabezpieczania miejsca zbrodni zawierał liniał, kątomierz zaopatrzony w ciężarek, taśmę mierniczą, zestaw odczynników do testów chemicznych. Był też luminol – który wykrywa pozostałości tlenku żelaza, nawet gdyby sprawca posprzątał dokładnie ślady krwi.

– To jedna wielka jatka, Rhyme – powiedziała. – Nie będę w stanie nic znaleźć.

– Miejsce może nam powiedzieć o wiele więcej, niż ci się wydaje, Sachs. To miejsce też.

Cóż, Rhyme na pewno by się połapał w tej makabrycznej piwnicy; on i Mel Cooper od dawna byli członkami Międzynarodowego Stowarzyszenia Analityków Plam Krwi. (Nie wiedziała, co jest bardziej poruszające – potworne kałuże na miejscach zbrodni czy fakt, że istnieje grupa ludzi specjalizujących się w ich badaniu). Tu jednak rzecz przedstawiała się beznadziejnie.

– Musimy go znaleźć…

– Sachs, uspokój się… Rozumiesz mnie?

– W porządku – odrzekła po chwili.

– Potrzebujesz tylko linijki – powiedział. – Najpierw mów, co widzisz.

– Wszędzie plamki.

– Ślady rozprysku krwi mogą dużo wyjaśnić. Ale są bez wartości przy niejednolitej powierzchni. Jak wygląda podłoga?

– Gładki beton.

– To dobrze. Jak duże są te plamki? Zmierz.

– Rhyrne, on umiera.

– Jak duże? – powtórzył ostro.

– Różnych rozmiarów. Kilkaset plam ma średnicę około trzech czwartych cala. Niektóre są większe. Cal i ćwierć. Tysiące bardzo małych. Jakby rozpylano krew w sprayu.

– Zostaw te najmniejsze. To odpryski, satelity większych. Opisz największe. Kształt?

– W większości okrągłe.

– Brzegi postrzępione?

– Tak – mruknęła. – Ale są też z gładkimi brzegami. Kilka mam tuż przed sobą. Są jednak trochę mniejsze.

Gdzie on jest, zastanawiała się. Agent Innelman. Człowiek, którego nie znała. Zniknął, krwawiąc jak zarzynana świnia.

– Sachs?

– Co? – odburknęła.

– Opisz mi drobniejsze plamki.

– Nie mamy czasu!

– Nie mamy czasu, żeby to zlekceważyć – powiedział spokojnie.

Niech cię szlag, Rhyme, pomyślała, a potem odezwała się:

– Dobra. – Zmierzyła. – Mają średnicę około pół cala. Idealnie okrągłe. Brzegi niepostrzępione.

– Gdzie one są? – zapytał niecierpliwie. – Przy którymś z końców korytarza?

– Przede wszystkim w środku. Na końcu korytarza znajduje się jakiś składzik. W środku i blisko środka plamy są większe i mają nierówne brzegi. Na drugim końcu korytarza są mniejsze.

– Tak, tak – rzekł z roztargnieniem Rhyme, po czym zaczął wyjaśniać: – A więc sprawa wyglądała tak… Jak się nazywa ten agent?

– Innelman. John Innelman. To przyjaciel Dellraya.

– Trumniarz dopadł Innelmana w składziku, zadał mu jeden cios nożem, dość wysoko. Chciał go osłabić, może trafił w ramię albo szyję. Stąd te duże, nierówne plamy. Potem wywlókł go na korytarz i zadał jeszcze jeden cios, tym razem niżej. Dlatego są tam mniejsze i okrągłe plamy krwi. Z im mniejszej wysokości spadają krople krwi, tym równiejsze są brzegi plam.

– Dlaczego to zrobił? – spytała, tracąc oddech.

– Żeby nas na chwilę zatrzymać. Wie, że zanim zaczniemy go gonić, będziemy szukać rannego agenta.

Ma rację, pomyślała, ale szukamy go bardzo powoli!

– Jak długi jest ten korytarz?

Westchnęła, spoglądając w obie strony.

– Jakieś pięćdziesiąt stóp, mniej więcej. Na całej długości ciągną się ślady krwi.

– We krwi są jakieś odciski butów?

– Kilkadziesiąt. Rozchodzą się we wszystkich kierunkach. Czekaj… tu jest winda dla obsługi. Nie zauważyłam jej z początku. Tam właśnie prowadzą ślady krwi! Na pewno jest w środku. Trzeba…

– Nie, Sachs, zaczekaj. To by było zbyt oczywiste.

– Trzeba otworzyć drzwi windy. Połączę się ze strażą pożarną. Niech przyślą kogoś z kluczem do wind albo łomem. Wtedy będzie…

– Posłuchaj mnie – rzekł spokojnie Rhyme. – Czy plamki prowadzące do windy wyglądają jak łezki? Węższymi końcami skierowanymi w różne strony?

– Musi być w windzie! Na drzwiach widać czerwone smugi. On umiera, Rhyme! Czy ty tego nie rozumiesz?

– Łezki, Sachs? – powtórzył, starając się przybrać uspokajający ton. – Wyglądają jak kijanki?

Spojrzała w dół. Rzeczywiście. Idealne kijanki, z ogonami skierowanymi w różne strony.

– Tak, Rhyme. Właśnie tak wyglądają.

– Wycofaj się do miejsca, w którym się kończą.

Czyste szaleństwo. Innelman wykrwawiał się w szybie windy. Przez chwilę patrzyła na metalowe drzwi, myśląc o tym, czy nie zignorować poleceń Rhyme’a, lecz potem posłusznie cofnęła się w głąb korytarza.

Do miejsca, w którym urywały się łezkowate plamy.

– Znalazłam, Rhyme. Tu się kończą.

– Obok jakiegoś schowka albo drzwi.

– Tak, skąd wiesz?

– Zaryglowane od zewnątrz?

– Zgadza się.

Jak on to, u diabła, robi?

– Czyli agenci zobaczyli rygiel i poszli dalej – przecież Trumniarz nie mógł się zaryglować od zewnątrz. W środku jest Innelman. Otwórz te drzwi, Sachs. Chwyć kombinerkami skobel, ale nie za sam uchwyt. Być może uda się zdjąć odcisk. Jeszcze jedno, Sachs.

– Tak?

– Nie sądzę, żeby zostawił bombę. Miał za mało czasu. Ale bez względu na to, w jakim stanie jest agent, a na pewno w kiepskim, zapomnij o nim przez chwilę i sprawdź, czy nie ma żadnej pułapki.

– Dobrze.

– Obiecujesz?

– Tak.

Kombinerki… odsunąć skobel… przekręcić gałkę.

Broń w górę. Nacisnąć mocniej. Już!

Drzwi odskoczyły.

Nie było bomby ani żadnej innej pułapki. Tylko bezwładne, blade, ociekające krwią ciało Johna Innelmana, które upadło u jej stóp.

Zdusiła krzyk.

– Jest. Szybko, sanitariuszy! Jest okropnie pocięty.

Sachs pochyliła się nad nim. Podbiegli dwaj ludzie z ambulansu i kilku agentów, wśród których był posępny Dellray.

– Co on ci zrobił, John? Stary… – Wysoki agent cofnął się, podczas gdy sanitariusze zabrali się do pracy. Rozcięli ubranie i obejrzeli rany. Innelman miał półotwarte, zamglone oczy.

– Czy on…? – spytał Dellray.

– Żyje, ale ledwie, ledwie.

Sanitariusze nałożyli opatrunki na rany, na nogę i ramię nałożyli opaski uciskowe, podłączyli przewód z osoczem.

– Bierzmy go do busa. Szybko, każda chwila się liczy!

Położyli agenta na noszach i pomknęli korytarzem. Dellray ruszył za nimi z opuszczoną głową, mrucząc do siebie i ściskając w palcach zgasłego papierosa.

– Może mówić? – spytał Rhyme. – Wiecie już, dokąd mógł pójść Trumniarz?

– Nie, był nieprzytomny. Nie wiem, czy zdołają go uratować. Jezu.

– Musisz zachować spokój, Sachs. Mamy miejsce zbrodni. Musimy się dowiedzieć, gdzie jest Trumniarz, jeżeli w ogóle jeszcze jest w pobliżu. Wróć do składziku. Sprawdź, czy są tam jakieś drzwi albo okna prowadzące na zewnątrz.

Po drodze zapytała go:

– Skąd wiedziałeś o schowku?

– Zorientowałem się po kształcie plam krwi. Trumniarz wepchnął tam Innelmana, a potem nasączył jego krwią jakąś szmatę. Poszedł do windy, wymachując szmatą. Krople padały pod różnym kątem i stąd ich łezkowaty kształt. Ponieważ usiłował zaprowadzić nas do windy, powinniśmy szukać w przeciwnym kierunku. Czyli w składziku. Jesteś tam już?