– Zwierzęce – oznajmił.
– Znowu kocie? – spytał Sellitto.
– Zobaczymy – odparł Cooper, nie unosząc głowy.
Lecz te włosy nie pochodziły z kota. Była to sierść gryzonia.
– Szczur – powiedział Rhyme. – Rattus noruegicus. Zwykły szczur z kanałów.
– Dalej. Co jest w tej torebce, Sachs? – Rhyme pytał jak zgłodniałe dziecko, spoglądające łakomie na czekoladki w witrynie sklepu ze słodyczami. – Nie, nie w tej. Tak, w tamtej.
W torebce spoczywał kawałek papierowego ręcznika z ledwie widoczną brązową plamą.
– Znalazłam to na bloku żużlowym, tym, który przesunął. Chyba ten facet miał to na rękach. Nie ma odcisków, ale kształt plamy wskazuje, że mógł ją zrobić ręką.
– Dlaczego tak myślisz?
– Bo wsadziłam rękę w coś brudnego, a potem pchnęłam drugi blok. Ślad był taki sam.
I to jest moja Amelia, pomyślał. Na chwilę wróciło wspomnienie wczorajszej nocy – oboje razem w jego wielkim łóżku. Szybko odsunął od siebie tę myśl.
– Co to jest, Mel?
– Wygląda jak smar. Wymieszany z kurzem, brudem, fragmentami drewna i jakiegoś materiału organicznego. Chyba mięsem zwierzęcym. Wszystko bardzo stare. Popatrz, tu w górnym rogu.
Rhyme zobaczył na ekranie monitora srebrzyste plamki.
– Metal. Opiłki czegoś metalowego. Gazem. Musimy wiedzieć o wszystkim.
Cooper włożył próbkę do chromatografu.
– Substancja ropopochodna – oznajmił. – Słabo przerobiona, bez dodatków… Jest żelazo ze śladami manganu, krzemu i węgla.
– Czekaj – zawołał Rhyme. – A nie ma chromu, kobaltu, miedzi, niklu, wolframu?
– Nie.
Rhyme spojrzał na sufit.
– Metal? Stara stal, wytapiana z surówki w piecu bessemerowskim. Gdyby pochodziła z bardziej współczesnych czasów, musiałaby zawierać niektóre z tych pierwiastków.
– Jest coś jeszcze. Smoła węglowa.
– Kreozot! – wrzasnął Rhyme. – Mam cię. Pierwszy poważny błąd Trumniarza. Jego wspólnik to chodząca mapa ich drogi.
– Drogi dokąd? – zapytała Sachs.
– Do metra. Stary smar, stal ze starych torów i haków szynowych, kreozot z podkładów. Aha, a ten kawałek kafla jest z mozaiki. Dużo starych stacji było wyłożonych kafelkami – z obrazkami związanymi z okolicą.
– Jasne – powiedziała Sachs. – Na stacji Astor Place jest mozaika ze zwierzętami, którymi handlował John Jacob Astor.
– Popękana porcelanowa płytka. A więc po to był potrzebny Trumniarzowi. Żeby pokazał mu kryjówkę. Przyjaciel Trumniarza to pewnie bezdomny ćpun, który mieszka w nieużywanej bocznicy, w tunelu albo na starej stacji.
Rhyme zorientował się nagle, że wszyscy patrzą na cień stojącego w drzwiach człowieka. Zamilkł.
– Dellray? – spytał niepewnie Sellitto.
Ukazała się ciemna, posępna twarz Freda Dellraya.
– Co jest? – zapytał Rhyme.
– Innelman. Pozszywali go. Założyli mu trzysta szwów. Ale było za późno. Stracił za dużo krwi. Właśnie umarł.
– Przykro mi – powiedziała Sachs.
Agent uniósł dłonie, rozcapierzając długie palce.
Wszyscy obecni w pokoju wiedzieli o długoletnim partnerze Dellraya, który zginął podczas zamachu bombowego na budynek federalny w Oklahoma City. Rhyme pomyślał też o Tonym Panellim – porwanym kilka dni temu w środku miasta. Prawdopodobnie już nie żył, a jedynym śladem, który mógłby pomóc go odnaleźć, były ziarna dziwnego piasku.
Teraz odszedł kolejny z przyjaciół Dellraya.
Agent zaczął chodzić po pokoju wolnym, ciężkim krokiem.
– Wiecie, po co ten skurwiel zadźgał Innelmana?
Wszyscy wiedzieli; nikt jednak nie odpowiedział.
– Żeby odwrócić naszą uwagę. To jedyny powód. Żebyśmy zgubili trop. Możecie w to uwierzyć? Żebyśmy, kurwa, zgubili trop. – Zatrzymał się gwałtownie. Spojrzał na Rhyme’a czarnymi oczyma, w których tliła się wściekłość. – Masz w ogóle jakieś punkty zaczepienia, Lincoln?
– Niewiele. – Powiedział mu o bezdomnym przyjacielu Trumniarza, lekach, kryjówce w metrze. W bliżej niesprecyzowanym miejscu.
– To wszystko?
– Niestety tak. Ale mamy jeszcze trochę dowodów do zbadania.
– Dowodów – szepnął pogardliwie Dellray. Podszedł do drzwi i przystanął. – Odwrócenie uwagi. Nie ma żadnego powodu, żeby zginął dobry chłopak. Żadnego, kurwa, powodu.
– Fred, zaczekaj… potrzebujemy twojej pomocy.
Ale agent już nie słyszał albo nie chciał słyszeć. Wyszedł z pokoju.
Chwilę później drzwi na dole zamknęły się z głośnym trzaskiem.
Rozdział dwudziesty pierwszy
45 godzin – godzina dwudziesta czwarta
– Nareszcie w domu – powiedział Jodie.
Materac, dwa kartony starych ubrań, jedzenie w puszkach. Czasopisma – „Playboy”, „Penthouse” i tanie pornosy, które Stephen obrzucił zniesmaczonym spojrzeniem. Jakieś dwie książki. Cuchnąca stacja metra, gdzie mieszkał Jodie, znajdowała się gdzieś pod centrum miasta. Została zamknięta kilkadziesiąt lat temu i zastąpiona stacją położoną wyżej.
Dobre miejsce dla robaków, pomyślał ponuro Stephen, po czym z trudem odgonił ohydny obraz.
Weszli na małą stację z niższego peronu. Dotarli tutaj – dwie lub trzy mile od bezpiecznego domu – idąc cały czas pod ziemią, przez piwnice budynków, tunele, szerokie i wąskie rury kanalizacyjne. Po drodze zostawili fałszywy trop – otwarty właz do kanałów. W końcu weszli do tunelu metra i pokonali go w całkiem dobrym czasie, choć Jodie miał kiepską kondycję i ciężko dyszał, usiłując dotrzymać kroku pędzącemu naprzód Stephenowi.
Prowadzące na ulicę drzwi były od środka zabite deskami. Spomiędzy szpar w belkach padały ukośne promienie światła, w których tańczył kurz. Stephen wyjrzał na zewnątrz i zobaczył zaciągnięte chmurami niebo. Była to biedna część miasta. Na rogach ulic siedzieli włóczędzy, na chodnikach walały się butelki po thunderbirdzie i colcie 44, ulice były upstrzone kapslami z fiolek. W ciemnej alejce przycupnął duży szczur, pożerając coś szarego.
Stephen usłyszał za sobą jakiś brzęk. Odwrócił się i zobaczył, jak Jodie wsypuje garść ukradzionych tabletek do puszek po kawie. Zgarbiony uważnie sortował kolorowe pigułki. Stephen pogrzebał w torbie i wydobył telefon komórkowy. Zadzwonił do mieszkania Sheili. Spodziewał się, że odezwie się automatyczna sekretarka, lecz usłyszał nagrany komunikat, że linia jest uszkodzona.
– O nie…
Stał jak ogłuszony.
Oznaczało to, że torebka z ładunkiem w mieszkaniu Sheili eksplodowała. Czyli dowiedzieli się, że tam był. Jakim cudem, do cholery?
– Dobrze się czujesz? – spytał Jodie.
Jak?
Lincoln, Król Robaków. Tak się dowiedzieli!
Lincoln, biała robaczywa twarz przyglądająca mu się z okna…
Stephen poczuł, jak zaczynają mu się pocić dłonie.
– Hej?
Stephen uniósł głowę.
– Wyglądasz jakby…
– Wszystko w porządku – odrzekł krótko.
Przestań się zadręczać, powiedział do siebie w duchu. Jeżeli wybuch rzeczywiście nastąpił, zmiótł całe mieszkanie i zniszczył najmniejszy ślad. Wszystko w porządku. Jesteś bezpieczny. Nigdy cię nie znajdą, nie złapią. Robaki cię nie dostaną…
Spojrzał na Jodiego, który uśmiechał się z zaciekawieniem. Napięcie ustąpiło.
– Nic, nic – powiedział. – Mała zmiana planów. – Wyłączył telefon.
Stephen ponownie otworzył torbę i odliczył pięć tysięcy dolarów.
– Masz swoją kasę.
Na widok pieniędzy Jodie osłupiał. Spoglądał to na banknoty, to na Stephena. Wyciągnął drżącą chudą dłoń i ostrożnie wziął pięć tysięcy, jakby papier mógł się rozpaść, gdyby chwycił go za mocno.