Выбрать главу

– Nie pamiętam.

– Pamiętasz… patrzył na twoje miśki.

– I coś mówił. Tak, tak. Powiedział, że nazywa się Joe czy coś takiego. Może Jodie.

– Tak, już wiem. Jodie.

– Jodie – powtórzył Cats, po czym otarł czoło. – Poszukam go. Stary, muszę coś wziąć. Kurwa, jak mnie boli.

Kiedy Cats oddalił się chwiejnym krokiem, pojękując, mamrocząc do siebie i ciągnąc za sobą torbę z puszkami, Leon i Misiarz wrócili na swój krawężnik i usiedli. Leon otworzył piwo Voodoo i zaczęli pić.

– Nie powinniśmy mu tego robić – powiedział.

– Komu?

– Joemu, czy jak on się nazywał.

– Chcesz, żeby ten skurwiel się tu kręcił? – zapytał Misiarz. – Niebezpieczny. Bałem się go. Chcesz, żeby się tu kręcił?

– Pewnie, że nie. Ale wiesz, nie?

– No.

– Sam wiesz.

– Wiem. Daj butelkę.

Rozdział dwudziesty trzeci

45 godzin – godzina dwudziesta piąta

Siedząc obok Jodiego na materacu, Stephen podsłuchiwał rozmowę prowadzoną przez telefon Hudson Air.

Rozmawiał Ron. Stephen już wiedział, że nazywa się Talbot. Nie był pewien, na czym dokładnie polega praca Rona, ale był to ktoś ważny w firmie, więc Stephen miał nadzieję, że podsłuchując jego telefon, zdobędzie ważne informacje na temat Żony i Przyjaciela.

Usłyszał, jak Ron kłóci się z kimś z firmy sprzedającej części do silników Garretta. Ponieważ była niedziela, mieli kłopoty ze zdobyciem części do naprawy samolotu – butli gaśniczej i czegoś, co nazywali pierścieniem.

– Obiecałeś, że będzie o trzeciej – zrzędził Ron. – Musi być o trzeciej.

Po krótkich negocjacjach – i utyskiwaniach – firma zgodziła się przerzucić części samolotem z Bostonu do siedziby w Connecticut. Potem ciężarówka miała je dostarczyć do Hudson Air o trzeciej albo czwartej. Na tym skończyli rozmowę.

Stephen słuchał jeszcze przez kilka minut, ale nikt już nie dzwonił.

Zawiedziony wyłączył telefon.

Nie miał pojęcia, gdzie teraz mogą być Żona i Przyjaciel. Dalej w bezpiecznym domu? Może ich gdzieś przewieziono?

O czym teraz myślał Lincoln Robak? Do czego jest zdolna jego inteligencja?

I kim on jest? Stephen próbował go sobie wyobrazić jako cel oglądany przez celownik optyczny Redfield. Jednak nie potrafił. Widział tylko masę skłębionych robaków i twarz spokojnie mu się przyglądającą zza brudnej szyby okna.

Zorientował się, że Jodie coś do niego mówi.

– Co?

– Pytam, co robił twój ojczym.

– Różne rzeczy. Dużo polował i łowił ryby. Był bohaterem w Wietnamie. Przeszedł za linię frontu i zabił pięćdziesięciu czterech ludzi. To się podobało nie tylko żołnierzom, ale politykom i zwykłym ludziom.

– On cię nauczył tego… co robisz? – Narkotyk przestał działać i zielone oczy Jodiego nabrały blasku.

– Nie, ćwiczyłem przede wszystkim w Afryce i Ameryce Południowej, ale on zaczął mnie uczyć. Nazywałem go „Największym żołnierzem świata”. Śmiał się z tego.

W wieku ośmiu, dziewięciu i dziesięciu lat Stephen maszerował za Lou przez wzgórza Wirginii Zachodniej. Gorące krople potu kapały im z nosa wprost na palce, zgięte na spustach winchesterów albo rugerów. Godzinami leżeli bez ruchu w trawie, nie odzywając się ani słowem. Na skórze czaszki Lou perlił się pot, widoczny pod krótko przyciętymi włosami. Obaj mieli oczy utkwione w celu.

Nie mruż lewego oka, żołnierzu.

Nigdy.

Wiewiórki, dzikie indyki, jelenie, bez względu na okres ochronny, niedźwiedź, gdy udało się go wytropić, psy w mniej fartowne dni.

Zabij to, żołnierzu. Patrz na mnie.

Huk. Uderzenie w ramię, zdumione oczy umierającego zwierzęcia.

W parne sierpniowe niedziele ładowali karabiny do paint-ballu pociskami z dwutlenkiem węgla, rozbierali się do spodenek i polowali na siebie nawzajem, robiąc sobie na piersiach i udach rozległe plamy i pręgi. Kulki świstały w powietrzu z prędkością trzystu stóp na sekundę, a młody Stephen z trudem powstrzymywał płacz po bolesnym trafieniu. Można było kupić kule w każdym kolorze, ale Lou upierał się, by ładowali broń pociskami z czerwoną farbą. Jak krew.

Wieczorami siedzieli przy ognisku w ogrodzie; dym ulatywał pierścieniami w niebo i wciskał się przez otwarte okno do kuchni, gdzie matka myła naczynia po kolacji szczoteczką do zębów. Muskularny, niewysoki człowiek – w wieku piętnastu lat Stephen był już wzrostu Lou – popijał ze świeżo otwartej butelki jacka danielsa i mówił, mówił, mówił, bez względu na to, czy Stephen słuchał, czy nie, spoglądając na iskry mknące w niebo jak świetliste pomarańczowe owady.

– Chcę, żebyś jutro nożem załatwił jelenia.

– Ja…

– Umiesz to zrobić, żołnierzu?

– Tak jest, umiem.

– No to słuchaj. – Pociągnął łyk. – Gdzie twoim zdaniem jest tętnica szyjna?

– No chyba…

– Nie bój się powiedzieć, jeśli czegoś nie wiesz. Dobry żołnierz przyznaje się do niewiedzy. Potem jednak robi coś, żeby to zmienić.

– Melduję, że nie wiem, gdzie jest tętnica szyjna.

– Pokażę na tobie. Tutaj. Czujesz pulsowanie? Dokładnie tu.

– Tak jest, czuję.

– Najpierw musisz znaleźć rodzinę – łanię z cielakami. Podejdziesz blisko. To najtrudniejsza część zadania. Żeby zabić łanię, musisz stworzyć zagrożenie dla młodych. Ruszasz na cielaka. Jeśli mu zagrozisz, łania nie ucieknie. Podejdzie do ciebie. Wtedy skok! Wbijasz jej nóż w szyję. Ale nie prosto, tylko pod kątem. Rozumiesz? Robisz nacięcie w kształcie V. Chwytasz? To dobrze. Chłopcze, to dopiero będzie zabawa!

Potem Lou szedł do domu, żeby sprawdzić, czy talerze i garnki są czyste i stoją równo na kraciastym obrusie, cztery kwadraty od brzegu stołu. Kiedy stały trzy i pół kwadratu od brzegu albo choć na jednym znalazła się plamka tłuszczu, Stephen, leżąc przy ognisku i obserwując lecące w ciemne niebo iskry, słyszał dobiegające z domu odgłosy uderzeń i płacz.

– Musisz być w czymś dobry – mówił mu później ojczym, kiedy matka już spała, a on z butelką wychodził przed dom. – Inaczej nie ma po co żyć.

Kunszt. Mówił o kunszcie.

– Jak to się stało, że cię nie wzięli do piechoty morskiej? – zapytał Jodie. – W końcu mi nie powiedziałeś.

– To było głupie – odrzekł Stephen, a po chwili dodał: – Kiedy byłem dzieciakiem, wpakowałem się w kłopoty. Ty tego nie robiłeś?

– Czy pakowałem się w kłopoty? Rzadko. Za bardzo się bałem. Nie chciałem martwić matki. Nie podobało się jej, że kradłem i tak dalej. A co zrobiłeś?

– Niezbyt mądrą rzecz. W naszym mieście mieszkał jeden facet. Wiesz, taki tyran. Zobaczyłem, jak wykręca ręce swojej kobiecie. Była chora, więc dlaczego jeszcze się nad nią znęcał? Poszedłem do niego i powiedziałem, że jeżeli nie przestanie, to go zabiję.

– Tak mu powiedziałeś?

– Ojczym nauczył mnie jeszcze jednej rzeczy. Nie groź. Zabij albo daruj życie, ale nie groź. Dalej gnębił tę kobietę i musiałem dać mu nauczkę. Zacząłem go bić. Poniosło mnie. Wziąłem kamień i walnąłem go. Nie zastanawiałem się nad tym, co robię. Dostałem kilka lat za nieumyślne spowodowanie śmierci. Miałem piętnaście lat, ale już zaszarganą kartotekę. Wystarczyło, żeby mnie nie przyjęli do piechoty morskiej.

– Chyba gdzieś czytałem, że nawet jak jesteś notowany, możesz iść do wojska. Do jakiegoś specjalnego obozu.

– Ale to było zabójstwo.

Jodie ścisnął ramię Stephena.

– To nie fair.

– Wtedy tak nie myślałem.

– Naprawdę mi przykro – powiedział Jodie.