– Myślę, że wystrzały spowodowały obsunięcie się kamieni – odezwał się Jupiter.
– Oczywiście – przytaknął pan Dalton. – Wytrzymaj jeszcze chwilę, Cardigo. Uwolnimy cię migiem spod tych kamieni.
Zajęło im to istotnie kilka minut, po czym dwaj pomocnicy pana Daltona ruszyli po ciężarówkę. Gdy podjechała na miejsce wypadku, unieśli ostrożnie Cardiga i ułożyli na platformie. Ciężarówka odjechała do szpitala w Santa Carla, a chłopcy powrócili do swych rowerów.
Panowały już zupełne ciemności, gdy Jupiter, Bob i Pete ustawiali rowery za ogrodzeniem otaczającym zabudowania rancza. Było tam pięć budynków: obszerna chata dla pracowników, duża i mniejsza stajnia, pawilon w którym mieściła się kuchnia, i główny dom – stary, piętrowy budynek, o drewnianej konstrukcji wypełnionej cegłą, otoczony szerokim gankiem. Cały dom był porośnięty pnączami o jasnoczerwonych i szkarłatnych kwiatach. Ogrodzenie dla koni otaczało budynki rancza.
Na małym placu w pobliżu kuchni zgromadziła się grupa mężczyzn. Rozmawiali ściszonymi głosami, zapewne o wypadku. Ich twarze pełne były strachu i złości.
Chłopcy zamierzali właśnie wejść do domu, gdy dobiegi ich czyjś ochrypły głos.
– Gdzieście to byli, chłopcy?
Z ciemności wyłoniła się niewielka, sztywna sylwetka i po chwili rozpoznali ostrą, wysmaganą wiatrem twarz Luka Hardina, rządcy pana Daltona.
– To ranczo jest bardzo duże, można się łatwo zgubić – powiedział.
– Przywykliśmy do otwartych przestrzeni i gór, proszę pana – odparł Jupiter. – Nie ma potrzeby martwić się o nas.
Rządca podszedł do nich.
– Słyszałem, co was tu sprowadza. Ciekawi was Jęcząca Dolina, hę? To nie jest dobre miejsce dla dzieci. Trzymajcie się od niego z daleka, słyszycie?!
Nim zdążyli zaprotestować, otworzyły się drzwi i z domu wybiegła mała, energiczna kobieta, o siwych włosach i mocno opalonej twarzy.
– Nonsens, Luke! – zawołała gniewnie. – Chłopcy nie są dziećmi i zdają się mieć więcej rozsądku od ciebie.
– Jęcząca Dolina to nie jest dobre miejsce – powtórzył Hardin uparcie.
– Dorosły mężczyzna, a boi się jaskini! – wykrzyknęła pani Dalton.
– Ja się nie boję – powiedział wolno Hardin. – Nie boję się też spojrzeć prawdzie w oczy. Mieszkam w tej okolicy przez całe życie. Jeszcze jako chłopiec nasłuchałem się historii o Jęczącej Dolinie. Nigdy w nie nie wierzyłem, ale teraz nie jestem już taki pewny…
– Bzdury! Głupie zabobony, dobrze o tym wiesz!
Słowa były odważne, ale w głosie pani Dalton wyczuwało się niepokój.
– Jak pan myśli, co to za jęk, kto go wydaje? – Jupiter zwrócił się do Hardina.
Rządca spojrzał na niego poważnie.
– Nie wiem, chłopcze. Nikt nie wie. Szukaliśmy i nie znaleźliśmy niczego. W każdym razie niczego, co da się zobaczyć – oczy Luka rozbłysły w ciemnościach – Indianie zawsze mówili, że nikt nie może zobaczyć Starucha.
ROZDZIAŁ 3. Ucieczka El Diablo
– Luke! – krzyknęła pani Dalton.
– Nie mówię, że wierzę w te historie – powiedział rządca. – Człowiek musi widzieć rzeczy takimi, jakie są. Ta jaskinia zaczęła znowu jęczeć i jak dotąd nikomu nie udało się wyjaśnić dlaczego. Jeśli to nie jest Staruch, to co to, według pani, jest?
Z tymi słowami Luke Hardin zszedł z ganku i skierował się do chaty. Pani Dalton spoglądała za nim ze smutkiem.
– Myślę, że to zmieniło nas wszystkich – powiedziała. – Luke jest jednym z najodważniejszych ludzi, jakich znam, i nigdy nie słyszałam, żeby mówił w ten sposób.
– Zastanawiam się, dlaczego zdecydował się powiedzieć nam o Staruchu – odezwał się Jupiter w zamyśleniu.
Pani Dalton milczała przez chwilę, po czym uśmiechnęła się.
– Myślę, że Luke jest po prostu zmęczony. Wszyscy martwimy się i pracujemy zbyt ciężko. A teraz, chłopcy, co powiecie na ciastka i mleko?
– Z przyjemnością coś zjemy, proszę pani – odpowiedział Pete za nich wszystkich.
Wkrótce chłopcy zajadali ciastka w przestronnej jadalni starego domu. Kolorowe, indiańskie kilimy pokrywały podłogę, umeblowanie składało się z prostych, wiejskich, ręcznie robionych sprzętów, a jedną ścianę pokoju niemal całkowicie zajmował wielki kamienny kominek. Na ścianach wisiały wypchane głowy niedźwiedzi i jeleni.
– Co to jest Staruch, proszę pani? – spytał Jupiter sięgając po następne ciastko.
– To stara indiańska legenda. Dawno temu, kiedy pierwsi Hiszpanie przybyli do tego kraju, Indianie mówili, że w stawie, głęboko w jaskini w Diabelskiej Górze, żyje czarny i lśniący potwór, którego zwali Staruchem.
Pete zmrużył oczy.
– Ale skoro nikt nie może widzieć Starucha, skąd wiedzieli, że jest czarny i lśniący?
Pani Dalton roześmiała się.
– No właśnie! Widzisz, cała historia jest oczywiście bez sensu. Przypuszczam, że ktoś coś kiedyś zobaczył, powiedział innym, ci coś dodali od siebie i tak powstała legenda.
– Jak na to reagowali Hiszpanie? – spytał Bob.
– To było dawno temu i oni sami byli bardzo zabobonni – odparła pani Dalton. – Co prawda utrzymywali, że nie wierzą w istnienie potwora w jaskini, ale w miarę możliwości starali się unikać doliny. Tylko najodważniejsi, jak El Diablo, weszli w głąb jaskini.
– Czy może nam pani opowiedzieć coś o El Diablo? – poprosił Jupiter.
W tym momencie do pokoju wszedł pan Dalton w towarzystwie niskiego, szczupłego mężczyzny w okularach o grubych szkłach. Chłopcy spotkali go już wcześniej. Był to profesor Walsh, gość państwa Daltonów.
– A, to wy, chłopcy! Słyszałem, że byliście w naszej pełnej tajemnic Jęczącej Dolinie? – spytał.
– Nonsens! – wybuchnął pan Dalton. – Nie dzieje się tam nic tajemniczego. Zwykłe wypadki, jakie mogą się zdarzyć na każdym ranczo.
– Ma pan oczywiście rację – przytaknął profesor Walsh. – Obawiam się jednak, że pańscy pracownicy są innego zdania. Prości ludzie uwierzą raczej w siły nadprzyrodzone, niż przyznają się do własnej nieostrożności.
– Gdybyśmy tylko mogli dowiedzieć się, co powoduje ten jęk, i pokazać to im – powiedział pan Dalton. – Po dzisiejszym wypadku stracę jeszcze więcej ludzi. Nie dają sobie nic wytłumaczyć. A przecież Jupiter zorientował się od razu, że obsunięcie kamieni spowodowały strzały w czasie manewrów marynarki wojennej.
– Proszę pana – odezwał się Jupiter oficjalnym tonem – pragnęlibyśmy panu pomóc. Mamy pewne doświadczenie w tego rodzaju sprawach. Być może pan Crenshaw wspomniał panu o tym?