Выбрать главу

Zgodziłem się z tym zdaniem. Przecież apostołowie Jezusa też nie chcieli wyjeżdżać z Jeruzalem, tylko czekali, że coś się wydarzy.

– Nas dwóch łączy to, że obaj jesteśmy obcy i tylko przypadkowo staliśmy się świadkami tych wydarzeń – powiedziałem. – Ale teraz myślę, że to wcale nie był przypadek. Moim zdaniem nie jest też przypadkiem, że właśnie ty i ja szukamy jego drogi. Niech będzie co chce, przecież obydwaj nosimy zadry w sercu i nie zaznamy spokoju, zanim nie wyjaśnimy sobie tych spraw.

– Miałem światło i drogę – odparł z goryczą Szymon Cyrenejczyk. – Ale już nie jestem wolny. Rzucam się jak ryba w sieci. Nigdy nie pragnąłem takiego wiecznego żywota, jaki faryzeusze zamierzają osiągnąć, jeśli będą postępowali zgodnie z Pismem. Widziałem zbyt wielu niewolników, którzy wyzionęli ducha, abym mógł wierzyć w drugie życie. Już raczej wierzę saduceuszom, którzy takiej nadziei nie mają. W naszej synagodze nie spieramy się o te sprawy, a musisz wiedzieć, że nasi nauczyciele siedzieli u stóp uczonych z Aleksandrii. W pewnym stopniu wierzę w czary, zarówno te szkodzące, jak i uzdrawiające, ponieważ muszę wierzyć w to, co na własne oczy widziałem. Daję jałmużnę i w granicach zdrowego rozsądku przestrzegam Prawa, co mnie cieszy, ponieważ wiem, jak wiele jest na świecie niepotrzebnego okrucieństwa i obojętności. Ale nie mam zamiaru kupować dobrymi uczynkami wiecznego żywota. Zakłamany człowiek nie może obdarowywać Boga, choćby rozdawał jałmużnę głośno trąbiąc. Nie wierzę w takie życie pozagrobowe, w jakie wierzą Grecy i Rzymianie, którzy mówią o bezcielesnych cieniach snujących się gdzieś w próżni, ani w powtórne wcielenie w koguta, a właśnie coś takiego wmawiano mi w Cyrenie. – Pogrążył się we wspomnieniach i opowiadał: – W Cyrenie są psy tresowane do chwytania zbiegłych niewolników; karmi się je ich mięsem. Do ogromnych gospodarstw w Afryce aż z Rzymu przyjeżdżali tacy, którzy badali, czy wszystkie prace rolne prowadzone są celowo i oszczędnie, a także jak obniżyć koszty utrzymania niewolników i jak kojarzyć mocnych niewolników z silnymi niewolnicami, aby mieć zdrowy przychówek. Niepotrzebnie wspominam przeszłość, na pewno to nie sprzyja cieszeniu się wolnością.

Niepostrzeżenie uderzyło mi do głowy mocne wino, które popijałem, i powiedziałem obłudnie:

– Szymonie Cyrenejczyku, chociaż jesteś tylko wyzwoleńcem, nie gardzę tobą. Jestem obywatelem rzymskim i nawet mam prawo nosić złoty pierścień, ale na Rodos nauczono mnie, że należy się wstydzić przywilejów rodowych i dawać się poznać ludziom przez własne zasługi. Przyznaję, że nie za często poznawano mnie w ten sposób, zawsze przywiązywałem większe znaczenie do myśli niż do uczynków. Od dawna zastanawiałem się nad problemem niewolnictwa. Doszedłem do wniosku, że utrzymywanie niewolników przysparza ich panom masę problemów i że człowiek zamożny nigdy nie ma spokoju, ponieważ dniem i nocą niewolnicy kręcą się wokół niego. W ten sposób osoba lubiąca wygody staje się niewolnikiem swoich niewolników. Ty otworzyłeś mi oczy i zrozumiałem, że niewolnik jest człowiekiem podobnym do mnie, mimo że ma na czole wypalone piętno i można go wykastrować, żeby uśmierzyć złe narowy. Szymonie Cyrenejczyku, jesteś moim bliźnim i pragnąłbym pokochać ciebie jak siebie samego, jeśli potrafię. Tego właśnie uczył za życia ten, który zmartwychwstał. Na pewno jestem bardziej od ciebie wykształcony, ale w tych nowych sprawach moja wiedza nie ma żadnej wartości. Czuję się jak ponownie narodzony i muszę od nowa wszystkiego się uczyć. Chciałbym szczerze zostać twoim przyjacielem mimo tak wielkiej różnicy w naszych pozycjach i wartościach.

Moje słowa uraziły godność osobistą Szymona Cyrenejczyka, ponieważ wyzwoleńcy mają to uczucie bardziej niż inni rozwinięte. Trzepnął glinianym kubkiem w oparcie siedziska, aż woda prysnęła mi w oczy, i wrzasnął:

– Jak ci nie wstyd, Rzymianinie! Do kloaki cisnę twój pierścień, precz wyrzucę twoją filozofię! Do diabła z tym próżniaczym marnowaniem dni przez amatora wrażeń, który nie potrafi okłosić jednej jedynej łodygi zboża! Hardo stoją tylko puste kłosy! I ta twoja ciekawość jest tylko próżniaczym zabijaniem czasu, żebyś kiedyś miał co opowiadać i czym się wyróżniać spośród tłumu. Obłudna pycha przebija przez twoją rzadką brodę i wyziera z frędzli płaszcza. Jesteś jak aktor, który za wszelką cenę łapie dla siebie nową rolę, bo wszystkie poprzednie zmarnował.

Jeszcze kilka dni temu chlusnąłbym mu w twarz winem, wyszydził go jako żałosnego wyzwoleńca i odszedł pełen gniewu. Terazujego zgryźliwe słowa otrzeźwiły mój zamroczony winem umysł. W milczeniu rozważałem jego słowa. Czy miał rację, oskarżając mnie w taki sposób? To prawda, że początkowo powodowała mną zwykła ludzka ciekawość, ale im dalej szedłem tą drogą, tym bardziej oczywisty stawał się wniosek, że to wszystko również mnie dotyczy i że ja sam zmieniam się krok za krokiem.

– Wybacz mi moją pychę – prosiłem. Ja, obywatel Rzymu, zniżyłem się do proszenia ledwie okrzesanego wyzwoleńca o przebaczenie! – W tej sprawie jesteśmy równi sobie. Żadną miarą nie jestem wyższy czy lepszy od ciebie. Podobno ostatniego wieczora Jezus sam na kolanach mył stopy swoim uczniom, ucząc ich pokory. Chętnie schylę się przed tobą i umyję twoje stopy, jeśli tylko chcesz, Szymonie Cyrenejczyku.

– Sam myję sobie nogi i nie potrzebuję do tego służby – ofuknął mnie Szymon, ale wyraźnie się udobruchał. – Nie przejmuj się mną. Odkąd ten Jezus spojrzał na mnie, nie mogę sobie ze sobą poradzić.

Uznając mnie za swego przyjaciela, Szymon dotknął ręką mego czoła, ramion i piersi, co wcale nie było przykre.

– Możliwe, że skierowano cię do mnie we właściwej chwili – stwierdził. – Grecki nauczyciel moich synów czytał mi księgi prorockie, ale bezustannie ziewał, toteż nic nie rozumiałem. Miałem zamiar wyjść z domu i poszukać znawcy tekstów, który by mi wytłumaczył wszystko najpierw literalnie, a potem obrazowo i jeszcze porównał te teksty z innymi, żebym nie popadł w fanatyzm. Widzisz, po tym spojrzeniu Nazarejczyka wiem, że jego nauka nie jest nauką ksiąg, ale życia… – Nagle rozejrzał się dokoła i zapytał: – Co się stało? Czuję się jakoś lekko, znikł cały mój niepokój.

Odniosłem wrażenie, że od strony atrium przesunęła się chmura i pojaśniało mi w oczach. Równocześnie wszedł do środka owinięty płaszczem rosły mężczyzna i przebył pokój, kierując się w głąb mieszkania, jakby nas nie zauważył. Szymon Cyrenejczyk krzyknął za nim:

– Czy to ty, Eleazarze? Czy coś się stało na polu? – Wyjaśniająco dodał: – To mój pracownik, Eleazar. Na pewno ktoś uciął sobie rękę albo osiołek wpadł do studni, więc przyszedł po mnie.

Wstał i podążył za mężczyzną. Zacząłem się zastanawiać, gdzie widziałem tego obcego, bo w sylwetce było coś znajomego. Aż się roześmiałem, gdy uświadomiłem sobie, że najbardziej przypominał mi mego dobrego nauczyciela z Rodos. Miał tak samo lekko łysiejącą głowę. Gdyby się odział w grecki chiton, byłby zupełnie do niego podobny. Dobrze wiedziałem, że zmarł już dobrych parę lat temu. Posmutniałem, gdym sobie przypomniał, jak byłem roztropny i otwarty na przyjmowanie wszystkiego co dobre w tamtych dawnych czasach.

Po dłuższej chwili wrócił Szymon Cyrenejczyk i powiedział z gniewem:

– Nie rozumiem, gdzie ten Eleazar się podział? Chyba wyszedł przez podwórze, gdy mnie nie znalazł w sypialni. – Uderzył w metalowy krąg, a kiedy zjawił się służący, rozkazał mu: – Przyprowadź do mnie Eleazara. Dopiero co przeszedł przez ten pokój, ale mnie nie zauważył, bo siedziałem w cieniu.

– Nie widziałem dzisiaj Eleazara – odrzekł zdziwiony sługa, lecz udał się na poszukiwanie. Zaraz jednak wrócił i zapewnił: – Nie, nie, pomyliłeś się panie. Nigdzie nie ma Eleazara, a brama jest zamknięta.