Выбрать главу

Szymon Cyrenejczyk sam poszedł sprawdzić. Słyszałem, jak zagniewany rozmawia ze służącą, biega po pokojach i potrąca meble. Dopiero po długim czasie wrócił i powiedział:

– Tu naprawdę nikogo nie ma. Służąca zaklina się, że nikomu nie otwierała bramy i nikt w domu nie widział Eleazara.

– A ja myślałem, że widzę nieboszczyka nauczyciela, który mnie wychowywał na wyspie Rodos. Dobrze, że na kamiennej posadzce zostały ślady jego stóp. Inaczej musielibyśmy uznać, że obydwaj ujrzeliśmy widmo.

Wskazałem ślady bosych stóp na gładko oszlifowanej kamiennej posadzce. Szymon Cyrenejczyk schylił się, by je obejrzeć z bliska, i rzekł z lekkim roztargnieniem:

– Eleazar chyba skaleczył się w nogę.

Przesunął palcem po posadzce i na opuszku palca pojawiła się plamka krwi. Rzuciłem się na ziemię, by na kolanach obejrzeć ślady stóp. Zimny dreszcz przeszedł mi przez plecy. Podniosłem wzrok na Szymona Cyrenejczyka i jąkając się powiedziałem:

– Teraz rozumiem, dlaczego uczniowie nie od razu go rozpoznali.

– Marnie strzegą mego domu – krzyczał rozdrażniony Szymon Cyrenejczyk, który zupełnie mnie nie zrozumiał – jeśli byle kto może po nim biegać, choć brama jest zamknięta.

– Czy ty naprawdę go nie poznałeś?

– To był Eleazar, mój nadzorca – twierdził z uporem.

– Nie, nie! – krzyknąłem, podnosząc ręce. – Te ślady są święte, a twój dom błogosławiony! To zmartwychwstały przeszedł koło nas i pozwolił się nam ujrzeć, ponieważ tak żarliwie szukamy«jego drogi.

Opalona twarz Szymona zszarzała, ale dalej się upierał:

– To był Eleazar, widziałem go na własne oczy i poznałem. Nie ścierpię, żebyś mnie pomawiał o kłamstwo!

– Możesz wierzyć, w co chcesz. Ja wiem, czemu dać wiarę. Było w nim coś znajomego dla nas obydwu. Ale jak mogliśmy w pierwszej chwili zrozumieć, że to on? Maria Magdalena też go nie poznała, dopóki nie zawołał jej po imieniu.

– Co ty właściwie próbujesz mi wmówić? – protestował Szymon Cyrenejczyk. – Widziałem, jak wywoływano duszę czarownicy; to był cień poruszający się wraz z kłębami dymu. Ale żaden duch nie zostawia na podłodze śladów bosych stóp!

– Bo on nie jest duchem – powiedziałem. – Czy jeszcze nie rozumiesz? Powstał z grobu i nadal żyje wśród nas, przychodzi i odchodzi, kiedy chce. Nawet przez zamknięte drzwi.

– Może naprawdę zmartwychwstał, bo patrzył na mnie tak dziwnie. Ale dlaczego miałby się pokazać właśnie tobie i mnie, tego nie pojmuję. Przecież ani nie jesteśmy jego uczniami, aniśmy go nie znali. Ty, nie obrzezany Rzymianin, i ja, były niewolnik. Dlaczego miałby się nam pokazać?

– Jego Królestwo było blisko nas, zanim sam się pokazał – rzekłem z powagą. – Czy nie zauważyłeś, jak jasno zrobiło się w pokoju z jego przyjściem? Także nasze samopoczucie się poprawiło. Zresztą ciągle czuję się świetnie. Czemu dziwią nas jego zamiary? Objawiając się nam z pewnością chciał pokazać, że chociaż jesteśmy obcy, mamy prawo szukać jego drogi, jak tylko umiemy.

– Jeśli to był on, przekażę majątek synom i pójdę za nim wszędzie, gdzie zechce. Ale to nie był on, tylko Eleazar. – Zaczął gorzko żalić się na swój los, zacisnął w pięści swoje wielkie ręce i wyrzekał: – Czemu właśnie mnie to musiało spotkać? Nie mógł złapać w swoje sieci młodszego? Tak właśnie nieszczęście spada na człowieka: nagle, niespodziewanie i najmniej oczekiwanie. Co mnie sprowadziło wówczas na jego drogę? Sądziłem, że będę mógł spędzić resztę życia korzystając z tego, co posiadam.

Doszedłem do wniosku, że uwierzył w objawienie się nam Jezusa, ale broni się przed konsekwencjami swej wiary. Powiedziałem, żeby mu dodać odwagi:

– Szymonie, mój bracie, wierz mi, on z pewnością może ci dać dużo więcej, niż dotychczas miałeś. Ale nie idź za nim, skoro już teraz wydaje ci się to zbyt trudne. Nie sądzę, aby zmuszał kogokolwiek, jeśli nie jest wewnętrznie przygotowany.

– Oho, czyżbyś zaczął uważać się za strażnika jego drogi i stawiać mi przeszkody jak jego uczniowie, którzy nawet mnie nie przyjęli? Równie dobrze jak ty mogę znaleźć tę drogę, jeśli rzeczywiście nam się pokazał, w co ciągle nie wierzę.

W tym momencie obydwaj podskoczyliśmy, bo ktoś załomotał w bramę. Usłyszeliśmy zgrzyt odsuwanego rygla i otwieranie drzwi, a następnie kłótliwy głos służącej. Nagle do pokoju wpadł mały człowieczek z wielką głową, który załamywał ręce, płakał i wołał:

– Gdzie on jest? Gdzieście go ukryli? Przywiązałem osła przed bramą i cierpliwie czekałem, bo widziałem, jak wchodził do tego domu, ale dotąd nie wyszedł.

– Człowieku, o kim ty mówisz? – spytał Szymon. – Tutaj nikt nie wchodził, a razem z moim gościem długo już rozmawiamy.

Śmieszny mały człowieczek podszedł do mnie, uniósł swoją olbrzymią głowę, przyjrzał mi się krótkowzrocznymi oczyma i oświadczył:

– To nie jest ten, którego szukam. Tamten był odziany w drogie żydowskie szaty, jego płaszcz był uszyty z wełny z Miletu, znam się na tym.

– Kogo szukasz? – spytał ponownie Szymon. – I czemu bezczelnie wpychasz się do mojego domu?

– Nic ci do tego, kogo szukam – rzekł lekceważąco mały człowieczek. – Powiem ci tyle, że wyprzedził mnie na drodze. Poznałem go dopiero wtedy, gdy już się oddalił, i wołałem za nim, ale się nie zatrzymał, jakby nie słyszał moich krzyków. Poganiałem osiołka, ale dotarł do miasta przede mną i tylko dostrzegłem, że wszedł do tego domu.

Znowu zakołatano do bramy i po chwili do pokoju wkroczył wieśniak o dobrodusznej ogorzałej twarzy. Szymon Cyrenejczyk odetchnął z ulgą, kiedy go zobaczył, i zawołał:

– No, przecież jesteś, Eleazarze! Czemu przed chwilą bez słowa przeszedłeś przez pokój i zniknąłeś?

– Wcale tędy nie przechodziłem – odparł zdziwiony Eleazar.

– Idę prosto z pola. Co się dzieje z tobą, gospodarzu? Od tylu dni nie pokazujesz się w swoich włościach, nie wiem, co robić, bo nie zostawiłeś żadnych instrukcji. Chyba nie jesteś chory?

Spojrzałem na nogi nowo przybyłego. Były bose i wydawało mi się, że lekko zakrwawione. Spytałem:

– Czy skaleczyłeś nogi?

– Nie, nie – Eleazar z zawstydzeniem popatrzył na własne nogi i wyjaśnił: – To farba, którą znakujemy ofiarne jagnięta. Nie umyłem ich, spieszno mi było zobaczyć się z gospodarzem, żeby ustalił, co będzimy robić w Cyrenie i żeby mnie obrugał, bo inaczej nie wykonam dobrze jego poleceń. Mały człowieczek spoglądał kolejno na nas, aż wreszcie chyba stracił panowanie nad sobą, poczerwieniał na twarzy i wrzasnął:

– Chcecie ze mnie głupca zrobić?! Co tu gadacie o polach i kozłach ofiarnych? Nie mam żadnych rogów, ale pytam was po dobroci, gdzieście go podziali?

– Co mi tu, karle, skaczesz przed oczami jak kogut? Jestem Marek, obywatel rzymski, to nasz gospodarz, Szymon Cyrenejczyk, a Eleazar jest zarządcą jego majątku. Kim zaś ty jesteś, że masz czelność awanturować się w obcym domu, jakby ci rozum odjęło?

– Jestem Zacheusz z Jerycha, były dziesiętnik poborców podatkowych – odparł wyniosłym tonem. – Nie drwij z mego wzrostu, bo w moim mieście nikt nie ośmiela się tego czynić, w każdym razie nie przy Rzymianach.

Zdumiony klasnąłem, a Szymon Cyrenejczyk wykrzyknął:

– Słyszałem o tobie, Zacheuszu! Właśnie wybieraliśmy się do ciebie. Jakie wiatry cię tu przygnały? Gdyby nie wigilia szabatu bylibyśmy właśnie w drodze do Jerycha.

Zacheusz podejrzliwie się nam przyglądał, więc pospieszyłem z potwierdzeniem:

– Szymon prawdę mówi. Więc to ty jesteś tym człowiekiem, który z rozkazu Jezusa rozdał połowę swego majątku ubogim i w czwórnasób wynagrodził tych, których oszukał?