Выбрать главу

– Nie, on mi nie rozkazał – zapewnił Zacheusz. – Z własnej woli podzieliłem majątek, który nieprawnie nabyłem. A co ty, Rzymianinie, wiesz o nim?

– Widzę, gospodarzu, że jesteś cały i zdrowy – Eleazar niespokojnie szurał nogą po posadzce – a ja nie chcę słuchać o sprawach, które powodują pustkę w głowie i bóle brzucha.

– Nie bój się – powiedziałem. – Wyjaśniliśmy już te sprawy gruntownie. Czemu ty, który jesteś biednym człowiekiem, odczuwasz lęk, gdy wymienia się imię Nazarejczyka?

– Jego brzemię byłoby lekkie, a niewola słodka – Eleazar przebierał nogami ze wzrokiem wbitym w ziemię. – Obiecał nam pokój, gdybyśmy poszli za nim. Ale każdego, kto obiecuje służbie, pastuchom czy chłopom coś dobrego, lepszego niż dotąd, zaraz prowadzą przed oblicze sędziego. No i ukrzyżowali tego Jezusa, dlatego nie chcę już więcej o nim słyszeć.

– Nie, nie – krzyknął z zapałem Zacheusz. – Bardzo się mylisz co do jego nauki. On przyszedł szukać zbłąkanych i mnie też nazwał dzieckiem Abrahama, chociaż wiedział, że jestem chciwy i okrutny. I nie drwił z mego wyglądu, tylko zawołał mnie po imieniu, poprosił, żebym zszedł z drzewa, na które się wspiąłem, żeby go zobaczyć, i powiedział, że przyjdzie jako gość do mojego domu.

– A jego Królestwo nie jest z tego świata – dodałem od siebie.

– Kiedy mówił, wierzyliśmy, że jego Królestwo wkrótce się objawi – zapewnił Zacheusz. – Nie przybyłem do Jeruzalem razem z innymi na święto Paschy, bo jestem grzesznikiem i mojej ofiary nie przyjęto by w Świątyni. Dopiero od tych, co po świętach wrócili do Jerycha, dowiedziałem się, jak straszliwie go zamordowano, i teraz nie mam pojęcia, co myśleć. Ogarnął mnie niepokój, w końcu wsiadłem na osła, żeby jechać do Jeruzalem i wszystkiego się dokładnie dowiedzieć. I po drodze, niedaleko Jeruzalem, on mnie minął.

– Kto? – zapytał gorączkowo Szymon Cyrenejczyk.

– Jezus. – Zacheusz znów poczerwieniał, opuścił wzrok na ziemię, załamał ręce. – Tylko nie mówcie, że zwariowałem. Byłem zmęczony podróżą, bo jestem słabowity. Osiołek też kroczył ze zwieszoną głową. Dopiero kiedy przeszedł obok mnie, poczułem tchnienie mocy i poznałem go.

– Czy naprawdę widziałeś, że wszedł do mojego domu? – natarczywie pytał Szymon.

– W żadnym innym domu nie mógł zniknąć – zapewnił Zacheusz. – W Jerychu mówiono, że zmartwychwstał, ale nie uwierzyłem, bo nigdy nic takiego się nie wydarzyło. Kiedy go teraz rozpoznałem, nie miałem odwagi zbyt głośno za nim wołać. Nie chciałem też zwracać na siebie uwagi dobijając się do bramy, żeby go nie narazić na niebezpieczeństwo. Ale zmiłujcie się nade mną i dopuśćcie mnie do niego, żebym mógł paść na ziemię i uczcić w nim mesjasza.

Na dźwięk tego słowa Eleazar zaklął siarczyście i krzyknął:

– Przestań nazywać go mesjaszem! Chorych uzdrawiał i martwych wskrzeszał, jak król wjechał do Jeruzalem i biczem oczyścił Świątynię, a nie starczyło mu siły na obalenie rady! Wielu mężczyzn ostrzyło już topory i tylko czekaliśmy na sygnał, żeby iść za nim. No i jaki znak otrzymaliśmy? Przybili go do krzyża między dwoma zbójami! Niech nikt więcej za mego życia nie mówi mi o mesjaszu! Widocznie tak być musiało i nie pozwolę nikomu wprowadzić się w błąd! Dzieciom swoim zostawię w spadku pewność, że mesjasza nie ma i nie będzie!

– Eleazarze, wiedziałeś o nim? – zapytał Szymon Cyrenejczyk. Czemu nic mi nie powiedziałeś?

– Tobie na pewno nie powinienem był o nim mówić – Eleazar wyraźnie rozzuchwalił się, bo krzyknął bez zastanowienia: – Jesteś przecie człowiekiem bogatym i tak chciwym, że nawet chrust zbierasz z ziemi, aby nie zostawić niczego wdowom i sierotom. Dla bogatych nie powinno być miejsca w Królestwie. Przede wszystkim trzeba by oczyścić jego drogi z bogaczy, a pola, winnice i gaje oliwne podzielić między lud! To prawda, że jedni mówili to, drudzy co innego, ale sądziłem, że dzieci Światłości wróciłyby do Jeruzalem i pokierowały nami. No tak, Janowi Chrzcicielowi poderżnęli gardło, a Jezusa Nazarejskiego przybili do krzyża. Bogaci, możni i uczeni w Piśmie zawsze w ten sam sposób mordowali proroków tego narodu. I nie wstrzymam już żółci wzbierającej we mnie, tylko wypluję ją na twoją podłogę, gospodarzu. Ty wiesz, co zrobili w Cyrenie, a ja dobrze wiem, co się wyprawia w Judei i Jeruzalem!

– Jeśli takie straszne krzywdy cię ode mnie spotkały – powiedział cichym głosem Szymon – i jeśli rzeczywiście zabieram wdowom i sierotom chrust, który niosę w płaszczu do domu, to uderz mnie. Zasłużyłem na to.

Jednakże Eleazar go nie uderzył. Przeciwnie, schylił głowę i zapewnił:

– Nie, nie, głupio powiedziałem. Jesteś dobrym panem, najlepszym, jaki w tych czasach może istnieć na świecie. Troszczysz się o wdowy i sieroty i niezbyt skrupulatnie obliczasz snopy i kosze z oliwkami. Wielu ludzi żyje z okruchów, którym pozwalasz spadać ze swego stołu. Przepełnia mnie gorycz i smutek przez Jezusa Nazarejskiego. Pokazał swą moc i obiecywał tak dużo, a zostały nam tylko puste ręce.

– Ależ one wcale nie są puste – wtrąciłem – tylko wypełnione czymś większym i bardziej niewiarygodnym, niż przypuszczaliście.

Wskazałem ślady na podłodze, które już prawie zniknęły i tylko pod światło można ich się było doszukać. Szymon Cyrenejczyk opowiedział o zjawie i zaproponował:

– Zacheuszu, widzę, że jednak nam nie dowierzasz i podejrzewasz, żeśmy go gdzieś ukryli. Weź Eleazara i sprawdźcie w mym domu wszystkie pomieszczenia. Zajrzyjcie do piwnic, spichlerzy i na tarasy, wszędzie, żeby cienia wątpliwości nie zostało, że zniknął stąd tak samo, jak się pojawił. Potem wróćcie, abyśmy porozmawiali i zdecydowali, co dalej robić.

Istotnie, podejrzliwe spojrzenie Zacheusza świadczyło, że nie w pełni wierzy Szymonowi Cyrenejczykowi. Przyjął jego propozycję, ale powiedział:

– Szkoda, że nie jestem już dziesiętnikiem poborców podatkowych. Miałbym wtedy włócznię celnika i odnalazłbym wszystkie tajne skrytki w twoim domu. Jeśli ja tu nie znajdę Jezusa, to nikt tego nie zrobi, choć prawie wierzę, że go tutaj już nie ma.

Zniecierpliwiony Szymon kazał służbie przynieść taką włócznię, jaka była potrzebna. Prowadzony przez Eleazara Zacheusz wyszedł niepewnym krokiem kaleki i obaj zaczęli systematycznie sprawdzać wszystkie pomieszczenia. My zaś, Szymon i ja, długo milczeliśmy bardzo przygnębieni. W końcu powiedziałem:

– Mówiliśmy o Zacheuszu i sam się zjawił. Może to dla nas jakiś znak?

Szymon nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ z ulicy dał się słyszeć wielki hałas. Usłyszeliśmy, jak służąca otwiera bramę i kłóci się z jakimiś ludźmi. Wreszcie przybiegła do Szymona i jękliwie zaczęła wywodzić:

– Co się tutaj dzieje? Przed domem zebrała się gromada żebraków. Są rozdrażnieni i mówią, że podobno dzisiaj, Szymonie Cyrenejczyku, masz przyjąć jadłem i napojem wszystkich biedaków i kalekich z całego Jeruzalem! Co mam robić?

– Sen to czy jawa?! – Szymon Cyrenejczyk obiema rękami złapał się za głowę. – Przecież żadnej uczty dziś nie wydaję! – Odwrócił się w moją stronę i rzekł oskarżająco: – Jesteś z pewnością złośliwym magiem. To wszystko twoja robota, a w mojej głowie nie zostało ani krzty zdrowej myśli.

Rzucił się do bramy, a ja za nim. Otworzył i zobaczyliśmy, że cały wąski zaułek wypełniają kalecy, nędzarze i opętani. Muchy roiły się w zaropiałych oczach dzieci, które wyciągały do Szymona chude rączyny. Wszyscy mu schlebiali i błogosławili w imię Boga Izraela. Na próżno Szymon próbował dociec, skąd ta absurdalna wiadomość o uczcie. Nikt z żebraków nic nie wiedział, a z obydwu stron zaułka widać było coraz więcej gorliwie wlokących się przed jego dom kalek. Szymon Cyrenejczyk załamał się, zwołał służbę i rozkazał: