Выбрать главу

Wziął mnie i Zacheusza, abyśmy mu pomogli otworzyć liczne zamki obitej żelaznymi obręczami skrzyni. Wyjął z niej skórzaną sakiewkę, biegiem wrócił na podwórze, zerwał pieczęć i zaczął wciskać do wyciągniętych rąk srebrne monety. Kilku żebrakom dał drachmę, innym po cztery, a niektórzy dostali po dziesięć drachm, rozdawał bowiem pieniądze na chybił trafił, nie bacząc, kto ile dostał.

– Czemu tamten dostał tak dużo, a mnie dałeś tak mało?

– skamlali żebracy.

– To wina Jezusa Nazarejskiego – odpowiadał Szymon. – On bierze, czego nie zgromadził, i zbiera, czego sam nie posiał. I dodał jeszcze monet tym, którym dał najwięcej. Kiedy zaczął zabierać pieniądze tym, którym dał najmniejsze srebrne monety, żebracy doszli do wniosku, że najwyższy czas brać nogi za pas, i uciekli, zabierając ze sobą dziecko.

Szymon Cyrenejczyk otarł pot z czoła, zdumiony potrząsnął sakiewką i rzekł:

– Coś takiego nigdy mi się przedtem nie zdarzyło. Czy to znak czy rada? Sakiewka jest tylko do połowy opróżniona, chociaż zdawało mi się, że rozdzieliłem wszystkie pieniądze.

– Schowaj sakiewkę z powrotem do skrzyni – powiedziałem.

– Potem uczesz brodę, żebyś sam wszy nie dostał, i każ służbie posprzątać resztki. Nie wiem, czy twoje zachowanie przed chwilą było głupotą czy sprytem, w każdym razie jestem pewien, że żebracy wyszli zadowoleni i na pewno przez długi czas będziesz miał spokój, bo nie będą cię nachodzić.

Zacheusz siedział obok Eleazara na skraju dużej stągwi, w której mieszano wino, śmiał się wesoło i wołał do mnie:

– Chodź, Rzymianinie, weź kubek i zaczerpnij wina. Jest go jeszcze sporo na dnie i nie wypada, aby tak dobry napitek stał i kisł. Pił wino i wołał: – Niech będzie błogosławiona latorośl winna, dana nam w imię tego, który umarł i zmartwychwstał, aby przygotować Królestwo dla nas wszystkich. Na własne oczy widzieliśmy go my wszyscy trzej. Ty, Eleazarze, widziałeś tylko jego ślady na kamiennej posadzce, ale musisz uwierzyć nam, którzy jesteśmy godniejsi od ciebie prostego rolnika i pastucha. – Tkliwie objął ramieniem szyję Eleazara, pocałował go i tłumaczył: – Nie martw się, jestem godniejszy od ciebie tylko tutaj, na tym. świecie. W jego Królestwie być może staniesz przed nami. On sam zapewniał, że tam pierwsi będą ostatnimi, a ostatni pierwszymi.

– Wszyscy zachowujecie się jak pijani, a najbardziej mój pan, Szymon! – wołał Eleazar, usiłując wyrwać się z objęć Zacheusza. – Ja zaś jestem zadowolony, bo otrzymałem nowe szaty i rozdzieliłem tak dużo, i to drogich rzeczy, między tych, którzy niczego nie mają. Na pewno wino uderzyło mi do głowy, bo nie jestem do niego przyzwyczajony.

– Pokój wam – powiedział Szymon Cyrenejczyk, ściskając oburącz głowę. – Jestem bardzo zmęczony i idę spać. Przez wiele nocy oka nie zmrużyłem, tylko czuwałem i denerwowałem się przez Jezusa Nazarejskiego. Teraz odnalazłem spokój i wydaje mi się, że będę mógł spać przez cały szabat.

Niepewnym krokiem ruszył do swego pokoju. Zacheusz i ja nie poszliśmy za nim, obydwaj bowiem zrozumieliśmy, że sen najlepiej mu zrobi. On zaś przypomniał sobie o obowiązkach gospodarza, z rozczochraną czupryną wyjrzał zza drzwi, mrugnął do nas i rzekł:

– Mam nadzieję, że to wszystko było tylko złym snem. Przekonam się o tym, jeśli po obudzeniu was nie zobaczę. Ale, Zacheuszu z mego snu, jeśli chcesz, przenocuj w sąsiednim pokoju. Ty, Eleazarze, wyśpij się i wytrzeźwiej, a zanim trzecia gwiazda zabłyśnie na niebie, idź do domu świętować szabat. Tobie, Rzymianinie, zupełnie nie wiem, co powiedzieć, bo na pewno jesteś zjawą senną i już cię więcej nie spotkam.

Eleazar usłuchał go, poszedł w cień krużganka, położył się na ziemi i z głową nakrył płaszczem. Zacheusz i ja zostaliśmy we dwóch i bacznie na siebie spoglądaliśmy. Jego twarz w moich oczach nie była już odstręczającym obliczem karła; oczy mu błyszczały, a pdïiczki zaczerwieniły się od wina w zupełnie ludzki sposób. Spytał mnie, czy wiem coś o wyborze apostołów, uczniów Jezusa. Powiedziałem, co mi było wiadomo od Marii Magdaleny, mówiłem także o objawieniu się Jezusa kilku uczniom w dużej sali, mimo że drzwi były zamknięte.

Przyznałem się też, że spotkałem Tomasza i Jana, ale że mi nie zaufali i nie chcieli ze mną szczerze mówić. W końcu rzekłem:

– Moje serce płonie. Nawet jeśli pójdę i opowiem im, nie uwierzą mi, ale jeśli ty pójdziesz i opowiesz^ co nam się przytrafiło, może uwierzą, bo cię znają. I może wówczas nam zaufają i powierzą swoją tajemnicę, bo na pewno więcej niż my wiedzą o jego misterium, chociaż nie chcą innym tego wyjawić.

– Pójdę i wezmę ich w obroty – rzekł z przekonaniem Zacheusz.

– Przynajmniej jeden z nich, Mateusz, ufa mi, ponieważ sam niegdyś był celnikiem. Rozumiemy się doskonale. Być może wstawi się też u innych w mojej sprawie.

Opisałem wygląd izby, w której spotkałem Tomasza i Jana. Zacheusz powiedział, że mniej więcej wie, o którym domu mówię i kto jest jego właścicielem, chociaż nie chciał wyjawić mi jego nazwiska. Zachęcał, pewny swego:

– Idź w pokoju do siebie i czekaj na zaproszenie, a ja przygotuję ci drogę.

Tak rozstaliśmy się i wróciłem do mego domu, dziwiąc się bardzo temu wszystkiemu, co mnie spotkało u Szymona Cyrenejczyka.

LIST SIÓDMY

Marek do Tulii.

W dalszym ciągu piszę do Ciebie, Tulio, jakbym wysyłał Ci pozdrowienia. Na Rodos mój dobry nauczyciel nauczył mnie rozumieć, jak zawodna jest ludzka pamięć i jak szybko wydarzenia rozpraszają się w umyśle, plączą jedne z drugimi, a ich kolejność ulega przemieszaniu. Nawet ci, którzy uczestniczyli w tych samych wydarzeniach, pamiętają je różnie i różnie o nich świadczą, każdy zgodnie ze swoim wrażeniem. Piszę po to, abym pamiętał, w jaki sposób i w jakim porządku chronologicznym przebiegało wszystko, co tu przeżywam.

Swoje pisanie rozpocząłem w wigilię szabatu, kiedy łoskot zamykanych drzwi Świątyni rozniósł się nad miastem aż po odległe doliny. Siedziałem w domu i pisałem także przez cały szabat, ponieważ Żydzi życzą sobie, aby cudzoziemcy szanowali ich święta i nie biegali wtedy po ulicach. Oni sami, ubrani w odświętne szaty, udają się do Świątyni, aby się modlić i wysłuchać głośno czytanego Pisma; muszą przestrzegać określonej prawem liczby kroków, które wolno im przemierzyć w dniu szabatu. W Świątyni kapłani dokonują podwójnych ofiar, ale powiedziano mi, że nie jest to traktowane jako naruszenie szabatu.

Przed zachodem słońca, kiedy jeszcze trwało święto, odwiedził mnie Adenabar. Był bez hełmu, a ubrał się w syryjski płaszcz, aby nie wzbudzać zainteresowania na ulicy. Smutno ziewnął i rzekł: *

– Co dobrego słychać u ciebie, jak żyjesz i czy jesteś zdrów? Bo przez wiele dni o tobie nie słyszałem. Strasznie nudno jest w żydowski szabat, nie wolno nam nawet pomaszerować na ćwiczenia do cyrku, żeby stukotem butów nie obrazić Żydów. Poczęstuj mnie łykiem wina.

W twierdzy Antonia w dzień szabatu wino zamknięte jest na klucz, żeby legioniści nie spędzali wolnego dnia na bijatykach ani nie wyszli pijani do miasta i nie drażnili Żydów, pokazując im świńskie uszy.

Mój syryjski gospodarz bardzo się o mnie martwił. Ażeby mnie uspokoić i zapewnić mi dobry humor, przyniósł do mojego pokoju dzban galilejskiego wina, które wychwalał jako najzdrowsze ze wszystkich win. Jego zdaniem nie uderza ono zbytnio do głowy ani nie powoduje bólu żołądka. Mówił też, że nie wymaga mieszania go z żywicą, bo dobrze się trzyma pod warunkiem, że zostanie wypite, zanim zdąży skwaśnieć. Adenabar chętnie się go napił, otarł usta, dokładnie mi się przyjrzał i stwierdził:

– Aleś zmienił wygląd! Już niełatwo cię odróżnić od zgreczonego Żyda. Zapuściłeś brodę, palce masz poplamione atramentem, a w oczach wyraz, jakiego nie lubię. Co cię gnębi? Mam nadzieję, że nie zamącił ci w głowie ten żydowski Bóg bez oblicza, co często zdarza się obcokrajowcom. Przyjeżdżają tacy obejrzeć Świątynię, a potem zaczynają rozmyślać nad sprawami, które nie mieszczą się w normalnej czaszce. Tylko żydowska głowa jest w stanie to wytrzymać, bo od dziecka wychowują ich, aby rozumieli swojego Boga. Kiedy ich chłopak kończy dwanaście lat, jest już zahartowanym wyznawcą Boga, sam może błogosławić pokarmy i nie potrzebuje pomocy rodziców, by się modlić.